7 gru 2016

„The Chemist" - Stephenie Meyer

Tytuł: The Chemist
Autor: Stephenie Meyer 
Wydawnictwo, rok wydania: Sphere (imprint Little, Brown)
Ilość stron: 524

Polskie wydanie
Książka prawdopodobnie ukaże się w Polsce


~~***~~


Zabójcza chemia

Sporą grupę czytelników zelektryzowała wieść, że Stephenie Meyer wydaje nową książkę dla dorosłych. Po „Intruzie”, który stanowił flirt ze SciFi, autorka postanowiła podzielić się swoją miłością do powieści szpiegowskiej. Wierni fani nie kryli zdziwienia, a wielu przeciwników nie mogło poskromić swojej ciekawości, bo zapowiedź nie zdradzała powrotu znanej Meyer. Thriller szpiegowski? Zabójcza agentka? Zero miłości na horyzoncie? Czy aby na pewno mówimy o autorce, która zasłynęła serią romansów paranormalnych? Okazuje się, że tak. 

W kategorii opowieści szpiegowskich nie ma chyba bardziej typowej historii, niż ta o agencie pracującym dla sekretnej organizacji rządowej, na którego to wspomniana agencja wydaje wyrok śmierci. Dlaczego? Czy nie posłuchał rozkazów, przeszedł na ciemną stronę mocy czy może… stał się niewygodnym świadkiem? Zmuszony do ucieczki, absolutnie nikomu nie ufając (no, może z kilkoma wyjątkami), postanawia rozwikłać intrygę. Wszyscy wiemy, co będzie później – pościgi, wybuchy, tropienie spisku na szczytach władzy, a gdzieś po drodze (opcjonalnie) ognisty romans. Zemsta jest za to obowiązkowa. Czas ucieka, rośnie liczba trupów, ilość nabojów w magazynku się nie kończy. Finalnie dochodzi do konfrontacji. Właśnie po te „typowości” sięgnęła Meyer w swojej drugiej powieści kierowanej do dorosłych czytelników.

Dziś ma na imię Alex i ma ciemne włosy. Jutro będzie blondynką Jessie o niebieskich oczach. Wczoraj była kobieca, dziś jest nastoletnią chłopczycą. Zmienia wygląd, styl, tożsamość, adres. Niegdyś była najlepszą chemiczką pracującą w tajnym laboratorium na usługach rządu, teraz jest zwierzyną, którą próbują upolować inni agenci. Wydano na nią wyrok śmierci i od tamtej chwili walczy o życie. Dobrze wyszkolona i zdeterminowana, nie zamierza stać się łatwym celem. 

W życiu Alex nie zmieniło się tylko jedno: nadal jest zabójczo skuteczna. 

Wiedza jest jej bronią.

I zamierza wykorzystać ją, by zemścić się na tych, którzy zapragnęli jej śmierci.

Uwielbiam opasłe tomy, przez które można przedzierać się godzinami. Im dłużej mogę zostać w wykreowanym przez autora świecie, tym lepiej. Dlatego sama nie wierzę, że to piszę, ale „The Chemist” jest… za długie. Zdecydowanie za długie. Przy „The Chemist” dłużyzny w 
Intruzie" to ledwie mgnienie oka. To przegadana powieść, pełna niepotrzebnie drobiazgowych opisów, które hamują akcję i nie pozwalają na budowanie napięcia. Wcześniejsze powieści Meyer łączy wiele, a jednym z tych elementów jest zarzut, że autorka niepotrzebnie opisuje do bólu przyziemne czynności. Buduje wokół nich całe rozdziały, jakby jedzenie płatków z mlekiem czy przygotowanie łatwego obiadu było czymś tak niewyobrażalnie egzotycznym dla czytelnika, że bez drobiazgowego opisu nie byłby w stanie sobie tego wyobrazić. Dobrze wiemy, że bohaterowie muszą jeść, spać, kąpać się, słowem: robić wszystko to, czego zazwyczaj domaga się ciało, ale czy za każdym razem trzeba nam to pokazywać? Meyer nie napisze, że bohaterka poszła wziąć prysznic. I kropka. Meyer opisze, że bohaterka obejrzała łazienkę, która wyglądała tak i tak, że były takie i takie kosmetyki do mycia, że zrobiła to i tamto… To tylko przykład, ale takich sytuacji jest mnóstwo. Taką przyziemność można by było przełknąć w powieści obyczajowej, ale jak po raz kolejny czytam o tym, że bohaterowie robią radosne nic w powieści, która z definicji ma trzymać w napięciu i oferować zawrotną akcję, to mi ręce i powieki opadają. I ziewam. Na litość wszystkich literackich bogów, to powieść firmowana jako „gripping page-turner”*! Gdy sięgam po thriller czy powieść szpiegowską, to na pewno nie robię tego po to, żeby czytać o tym, jak tajny superagent siedzi na kanapie i zmienia kanały w tv – i na dodatek autor nie opisuje tego w dwóch zdaniach, ale w dwóch rozdziałach. Na pewno nie sięgam też po taką powieść po to, żeby czytać, jak wspomniany agent ukrywa się, a ktoś inny odwala za niego całą brudną robotę. Ja chcę być w centrum wydarzeń, Stephenie Meyer – niekoniecznie. Nie da się nie zauważyć, że Meyer, mimo deklarowania wielkiej miłości do powieści szpiegowskiej, lepiej czuje się w romansie, który zresztą jest bazą tworzonych przez nią historii („Saga Zmierzch”, „Intruz”, a teraz „The Chemist”). Flirtuje z gatunkami, ale tak naprawdę nie potrafi oderwać się od swoich korzeni, co widać dobitnie w epilogu „The Chemist”. Autorka stroni od tworzenia skomplikowanej intrygi, ale za to z uporem wraca do wątku romantycznego. Stara się oferować zakochanym jak najwięcej kradzionych chwil, tworząc sceny normalnego życia. Podczas gdy jeden z bohaterów poza kadrem wykonuje niebezpieczną misję, o której dowiadujemy się jedynie ze strzępków rozmów telefonicznych, główna bohaterka i jej ukochany przesiadują na farmie, która jest ich tymczasowych schronieniem i najwięcej czasu zajmuje im opieka nad psami oraz robienie maślanych oczu do siebie nawzajem. To bezczelny spoiler, ale musicie wiedzieć, co na was czeka, gdy sięgniecie po powieść opisywaną jako wciągającą i trzymającą w napięciu. Jak nietrudno zgadnąć, jakiekolwiek napięcie i dynamizm akcji zostały na tym etapie zarżnięte i później, tuż przed finałem, próbowano je wskrzesić. 

Czy wspominałam, że wielką rolę w powieści odgrywa romans? Uściślając, jest to instalove, czyli miłość nieposkromiona, nieokiełznana, natychmiastowa, od pierwszego wejrzenia, która uderza w bohaterów niczym piorun już przy pierwszym spotkaniu. Co prawda okoliczności ich zapoznania są nietypowe, ale najwyraźniej dla tej autorki nie istnieją okoliczności tak nietypowe, żeby nie dało się z nich stworzyć okazji do flirtu. Teoretycznie ten flirt mogłoby się udać, gdyby Meyer miała większe doświadczenie i sprawniej poruszała się po gatunku. Niestety, w tej relacji również brakuje napięcia, silniejszych emocji – ta miłość zupełnie nie przekonuje, a wręcz prowokuje pytania „po co autorka wplotła taki wątek? Co miała na myśli? Co miał on wnieść do historii?”. Myślę, że pisarka chciała na siłę połączyć dwie różne historie, zastosować swoje ulubione rozwiązania, ale to, co sprawdziło się w książce X, niekoniecznie sprawdzi się w książce Y, tak odmiennej gatunkowo. Pierwsza próba w roli szpiega skończyła się rozpaczliwym godzeniem tego, co znane z tym, co nowe. „The Chemist” byłoby lepsze, gdyby Meyer nie była taka „meyerowa” i lepiej przemyślała całą intrygę. Najwyraźniej jest to pisarka, która w każdym gatunku będzie szukała tego, w czym czuje się pewnie. O ile „Intruz” przez porównanie stał się lekkostrawnym romansem w konwencji SF, o tyle podobny eksperyment nie udał się w „The Chemist”. Tu ciężkostrawne jest wszystko: i romans, i ujęcie powieści szpiegowskiej. Uwielbienie dla Jasona Bourne’a może i jest niezłą inspiracją, ale to na pewno niewystarczający materiał na całą powieść. W ogólnym rozrachunku wyszło tak, że autorka miała jakiś tam pomysł na intrygę, wiedziała, jak chce zacząć i skończyć, ale pozostał jeszcze jeden malutki problem… Trzeba to ze sobą połączyć. Łatanie romansem i niczym konkretnym gigantycznych dziur w historii zaowocowało niemal pięćsetstronicową powieścią, która mogłaby być krótsza o 1/3 (albo i nawet więcej). To zabójcze dla thrillera i nie ratują tego naprawdę udane elementy, jak sceny walk czy działalność chemiczki Alex i cała otoczka związana z jej pracą.

Wypadałoby pochwalić Meyer za to, że próbuje czegoś nowego, ale zastanawiam się, dlaczego autorka nie próbuje swoich sił w gatunku, który najwyraźniej jest jej przeznaczony – romansie współczesnym. Widać, że w każdej historii dąży do miłości, że w budowaniu związanych z nią wątków czuje się najbardziej komfortowo. Moglibyśmy zaprzeczać, ale „Saga Zmierzch” miała w sobie to coś, co porwało tłumy i zaowocowało drugim fenomenem w postaci „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E.L. James. Nawet fani „Intruza” ciągle czekają na kolejne tomy, które niegdyś zapowiadano. „The Chemist”, mimo że jest przysłowiową inną bajką, nie ma w sobie tej samej iskry, która zainteresowałaby czytelnika, zaangażowała go w historię i pozwoliła jej trwać w kolejnych tomach.

______________

* Powieść, która mocno wciąga, trzyma w napięciu i nie można się od niej oderwać. Czytelnik w zawrotnym tempie przewraca kolejne strony, żeby dowiedzieć się, co dalej.