30 sie 2016

„Saga Ognia i Wody. Mroczny przypływ” - Jennifer Donnelly

Tytuł: Saga Ognia i Wody. Mroczny przypływ
Autor: Jennifer Donnelly
Wydawnictwo, rok wydania: Zielona Sowa, 
Ilość stron: 352
Cena: 34,90 zl


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Zielona Sowa


Odnaleźć światło w mrocznym przypływie

Gdy na twoich barkach spoczywają losy kraju, na kim możesz polegać, jeśli jesteś jedynym wybawieniem? Widzieliśmy księżniczki, które porzucały diademy i suknie na rzecz munduru ruchu oporu, proste dziewczyny z ludu stawały się symbolami walki o wolność, a teraz… przyszedł czas na syreny. Serafina, Neela, Ling, Ava, Becca i Astrid, bohaterki sagi stworzonej przez Jennifer Donnelly, otrzymały niezwykły dar, który w obliczu nadciągającej wojny wydaje się przekleństwem. Choć mogą polegać na sobie nawzajem, to jednak więź nie wystarcza, gdy dzieli je wielka głębia. Wtrącone do obozu pracy, desperacko pragnące dostać się do domu, by ocalić to, co pozostało czy kryjące wielkie tajemnice, przyjaciółki muszą znaleźć w sobie siłę. „Mroczny przypływ” to (równie niespokojna) cisza przed burzą oraz bezpośrednia kontynuacja „Gniewnej fali”. Syreny nadal poszukują magicznych amuletów, co jest bardzo karkołomnym zadaniem, nie tylko ze względu na fakt, że ukryto je w trudno dostępnych miejscach. Odzyskanie artefaktów może kosztować je życie, a na domiar złego, w ślad za nimi podążają wrogowie, w tym krwiożerczy jeźdźcy śmierci. Odzyskanie korony królestwa wydaje się niczym w porównaniu ze złem, które powoli zatruwa świat syren.

„Mroczny przypływ” łączy elementy, które są nam dobrze znane ze współczesnej literatury młodzieżowej. Stanowiąca oś opowieści walka, by obalić zło, budzi skojarzenia z takimi dystopiami jak „Igrzyska śmierci” czy „Niezgodna”, bo Donnelly tak samo jak Collins i Roth, skupia się na walce z wrogiem poprzez ruch oporu. Mamy do czynienia z przywódczynią ruchu, która stawia czoła uzurpatorowi i wraz z wiernymi towarzyszami sabotuje jego poczynania, a w tym samym czasie jej serce wyrywa się do ukochanego. Nietrudno pomyśleć o Katniss albo Tris, gdy patrzy się na perypetie Serafiny, jednak nie są to jedyne skojarzenia. Powieści dla nastolatków obfitują w sylwetki walecznych dziewcząt, od żebraczek do księżniczek, które mają w sobie dość odwagi, by podjąć trudne wyzwanie i postawić na szali wszystko, co ma dla nich wartość. Rzecz jasna każda z nich otrzymuje wsparcie ruchu oporu, ale to im przypada w udziale bycie symbolem. Podobny temat podjęła też Kiera Cass czy Victoria Aveyard. Młode bohaterki są wojowniczkami, które w trakcie kolejnych tomów dorastają do swojej roli, przechodzą metamorfozę, ale jedno pozostaje niezmienne: siła przyjaźni i miłości, czyli nieodłączne elementy strony dobra. Historia przeznaczona dla młodszego czytelnika niepozbawiona jest przesłania, refleksji i wartości zapisanych na kartach. Autorka pokazuje, dlaczego warto być dobrym, nawet jeśli otacza nas mrok i jak walczyć o to, w co wierzymy. A jeśli już o powieściach z przesłaniem mówimy, to warto wspomnieć, że w „Mrocznym przypływie” znalazło się nawet miejsce dla inspiracji Harrym Potterem! Wierni fani serii J.K. Rowling bez problemu rozpoznają kilka podobieństw do ukochanej serii. Jednak baśniowe dekoracje, czyli podwodny świat syren sprawia, że większość tych nawiązań nie drażni. Autorka konsekwentnie buduje królestwo, władając wymyślonymi przez siebie krainami, magicznymi obrzędami, językiem, tworząc własną mitologię. Barwna kreacja świata przedstawionego jest iście… magiczna, czy też baśniowa, stanowiąc jedną z najmocniejszych stron sagi.

To, co w zamyśle brzmi jak opowieść dla młodszych nastolatek, czyli grupa przyjaciółek będących syrenami i władających magią próbuje ocalić świat, zderza się z dworskimi intrygami, walką o władzę i bezlitosnymi prześladowaniami, czyli tematami, które zazwyczaj są zarezerwowane dla nieco starszych czytelników. Jednak Donnelly nie epatuje przemocą i zbytnio nie komplikuje podstępów, pod względem fabularnym oraz kreacji bohaterów stawia na prostotę, dzięki czemu „Mroczny przypływ” nadaje się dla młodszych czytelników tak samo, jak poprzednie tomy. Motywacje bohaterów są jasne, ich uczucia łatwe do rozszyfrowania, a postawy w dużej mierze wpisują się w czarno-biały podział. Dorosłe tematy skrojono na miarę młodszego nastolatka. Warto szczególnie podkreślić fakt, że „Mroczny przypływ” nie nuży, a przeplatające się wątki dotyczące poszczególnych syren oferują czytelnikom ekscytujące przygody i kolejne dawki emocji. Knowania wrogich sił nie dają bohaterkom czasu na odpoczynek, wielokrotnie wrzucając je w sam środek niebezpieczeństwa. Oprócz intryg nie brakuje także miłości i związanego z nią poświęcenia. Każda z syren przynosi perłę: miłość rodzicielska, zmuszająca do trudnych decyzji, sekretna miłość, wystawiona na wielką próbę, miłość, która dopiero zaczęła się rodzić, czy miłość, która nie powinna się przydarzyć…

„Mroczny przypływ” przyniósł niepokój i przygotowania do ostatecznego starcia. Losy podwodnych królestw spoczywają w rękach sześciu syren, które muszą zmierzyć się z mitycznym złem. Czy księżniczka Serafina znajdzie w sobie dość siły, by nie dać zwieść się wrogom? Będąca dobrą propozycją dla młodszego czytelnika, trzecia odsłona cyklu pióra Jennifer Donnelly, to opowieść o miłości, przyjaźni i odwadze, skupiająca się na uniwersalnych wartościach.

Pozostawiono nas nad przepaścią i tym samym zachęcono do sięgnięcia po kolejny tom sagi, zatytułowany „Pomyślne wiatry” – jednak dla kogo będą one pomyślne?

28 sie 2016

A jaki jest twój Empik?


W ostatnich dniach sierpnia w sondzie ulicznej zapytano Polaków o kulturę – o ich preferencje i zainteresowania. Nikt nie podejrzewał, co może zdarzyć się w ciągu dwóch minut. W ekspresowym tempie w centrum miasta wyrastały spersonalizowane oazy relaksu spełniające kulturalne marzenia. W ten sposób promowano nowy program lojalnościowy – Mój Empik.
Jedna dziennikarka, dwie lokalizacje, kilkudziesięciu szczęśliwców i kilkaset książek, filmów i płyt. Liczyły się tempo, intuicja i koordynacja. W jednej chwili Justyna Dżbik-Kluge zagadywała nieświadomego spacerowicza i pytała o kulturalne preferencje, a w kolejnej, za jego plecami ekipa techniczna aranżowała niezwykłą kulturalną przestrzeń. Na ruchliwym chodniku nagle pojawiał się regał zapełniony ulubionymi książkami, płytami i filmami danej osoby. Obok niego stawał domowy fotel i stolik. Z przenośnego odtwarzacza zaczynała płynąć muzyka ukochanych wykonawców. 

Ekipa ukryta w busie dzięki przekazowi na żywo był w stanie w ciągu dwóch minut wybrać spośród kilkuset kulturalnych produktów wskazywane przez przechodniów jako ich ulubione. Następnie w ciągu kilkunastu sekund musiał je niepostrzeżenie umieścić za ich plecami. Ukrytym kamerom pozostawało rejestrować zaskoczenie i radość „ankietowanych”. 

Akcja obrazuje sposób działania programu Mój Empik - największej sieci dystrybuującej dobra kulturalne w Polsce. To nie tylko specjalne promocje i rabaty dostępne dla wszystkich posiadaczy karty, ale przede wszystkim spersonalizowana oferta – nowo uruchomiony program będzie zapamiętywać kulturalne preferencje i dostarczy „uszyte na miarę” promocje, zaproszenia i informacje. Jeśli na przykład ktoś często sięga po reportaże, to jako pierwszy dowie się o premierach tej kategorii, dostanie rabat na książki tego gatunku i zaproszenia na spotkania z ulubionymi autorami. Nie ma konieczności noszenia przy sobie karty plastikowej, ponieważ program jest kompatybilny z aplikacją mobilną i przy kasie można okazać kod widoczny na ekranie smartfona. Skończy się też problem gromadzenia paragonów – zwrotu bądź wymiany produktów będzie można dokonać na podstawie historii zakupów zarejestrowanej na karcie. Co ważne, jeśli przystępując do programu pokażemy kasjerowi kartę z poprzedniego systemu lojalnościowego, zakupy zachowają ciągłość i szybciej zostaną dopasowane do nas osobiste propozycje. W ciągu pierwszych 4 dni w nowym programie lojalnościowym Empiku zarejestrowało się już 60 tysięcy osób.

__________

Osobiście skorzystałam z oferty i zarejestrowałam się online w programie Mój Empik. Szczególnie ciekawią mnie promocje i informacje "szyte na miarę", z których rzeczywiście będę mogła skorzystać - wcześniej zdarzało się, że zniżki dotyczył gatunków, które mnie nie interesują albo tytułów, które już przeczytałam. Czy moje wybory spotkają się z idealnymi sugestiami? Czas pokaże :) 

5 sie 2016

„Harry Potter and the Cursed Child/Harry Potter i Przeklęte Dziecko" - John Tiffany, Jack Thorne, J.K. Rowling

Tytuł: Harry Potter and the Cursed Child
Autor: John Tiffany, Jack Thorne, J.K. Rowling
Wydawnictwo, rok wydania: Little Brown UK, 2016
Ilość stron: 344

Polskie wydanie
Tytuł: Harry Potter i Przeklęte Dziecko. Część 1-2
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania:[zapowiedź] 22.10.2016
Cena: 39 zł


~~***~~


Potter…

Potter, Potter.

Co my tu mamy?

Mamy tych, którzy okrzyknęli „Przeklęte dziecko” udanym powrotem do świata czarodziejów, a w opozycji do nich stoją twierdzący, że to tylko fanfiction niskich lotów. Burza emocji, jaka rozpętała się po premierze książki, nie jest niczym nadzwyczajnym, jeśli weźmiemy pod uwagę nerwowe oczekiwanie wiszące w powietrzu od dobrych kilku miesięcy. Dla wielu osób seria o Harrym Potterze jest kultowa, spędzili z nią niemalże 20 lat* i, tak jak ja, traktują ją jako nieodłączną część swojego dzieciństwa. O tym, że magia Harry’ego nie gaśnie, przekonałam się osobiście, w trakcie odliczania kolejnych minut w koszmarnie długiej kolejce, która rozciągała się wzdłuż ulicy tylko po to, by zawinąć się za rogiem i ciągnąć dalej. Nagini nie mogłaby się równać z takim wężykiem. Widziałam dorosłych, nastolatki i dzieci, widziałam kostiumy, których nie powstydziliby się prawdziwi czarodzieje, widziałam emblematy Hogwartu, okulary z charakterystycznymi oprawkami, różdżki, białe sowy i walizki. Wielu przypłynęło na fali nostalgii, inni dopiero stawiają pierwsze kroki w świecie magii. 

Owiana tajemnicą opowieść w końcu trafiła do moich rąk.

J.K. Rowling, John Tiffany i Jack Thorne to trio stojące za sztuką „Harry Potter i przeklęte dziecko: część 1 i 2”. Pisarka, reżyser i dramaturg (a nie jak zdarza się to przedstawiać machinie marketingowej – sama Rowling) odważyli się na ryzykowny eksperyment; słowa wieńczące siódmy tom serii „wszystko było dobrze” dla wielu czytelników były i nadal są definitywnym pożegnaniem z historią Pottera. Pozostali, po części z ciekawości, po części z tęsknoty za magicznym światem, postanowili zajrzeć do krainy-po-szczęśliwym-zakończeniu. Czy może być coś więcej? Czy powinno być coś więcej? 

„Przeklęte dziecko” podejmuje opowieść w tym samym miejscu, w którym skończył się epilog „Insygniów śmierci”. Dziewiętnaście lat spokoju… dobiegło końca. Nad światem czarodziejów ponownie zbierają się czarne chmury, a w centrum zamieszania, jak zawsze, znajdują się Potter, Granger, Wesley oraz Malfoy. Borykając się z pracą, problemami rodzinnymi i przeszłością, która tak naprawdę nigdy nie odeszła, zdają się nie zauważać, że ich pociechy wkroczyły w wiek, który, przynajmniej dla nich, był przełomowy. Nastoleni Albus Potter zmaga się z ciężarem rodzinnego dziedzictwa, którego nigdy nie chciał – tak samo, jak nie chce być porównywany ze swoim słynnym ojcem. Trudno stać w cieniu „tego Pottera”, szczególnie jeśli nie ma się zadatków na bohatera. Scorpius Malfoy również boryka się z rodzinnym dziedzictwem – a raczej plotkami na jego temat. Niepodobny do swojego ojca, który również zaznaczył swój ślad w historii Hogwartu, po raz pierwszy Malfoy jest tym, z którym nikt się nie liczy. Ich ścieżki przecinają się w zaskakującym punkcie, pociągając za sobą splot nowych przygód i dylematów, jednocześnie eksplorując dawne historie, których źródła kryją się głęboko w przeszłości. Bo gdy Potter i Malfoy chcą coś udowodnić, to nikt ich nie powstrzyma.

Nowe pokolenie wkroczyło do Hogwartu, a w ślad za nimi podążyło zło… 

Ósmy tom ma w sobie sporo z nostalgicznego spojrzenia wstecz pomieszanego z igraniem z ideą „co by było, gdyby…” – co by było, gdyby pewne wydarzenia potoczyły się inaczej, co by było, gdyby bohater X spotkał się z bohaterem Y, z kolei całość jest podlana pozornie nieskrępowanym fantazjowaniem na temat dorosłości ukochanego trio. Jak na kolejny tom przystało, opowieść jest zakorzeniona w Hogwarcie, niezmiennie będącym stałym punktem w losach bohaterów – tych nowych i tych starych. Autorom nie brakuje fantazji, a większość ich pomysłów sprawiała, że parskałam śmiechem. Szczególnie jednej dużej rewelacji nie dało się przyjąć na serio. Myślę, że w tym tkwi słaba strona „Przeklętego dziecka” – w dobie fanfiction nikogo nie dziwi dopisywanie nowych historii, łączenie w pary bohaterów i opowiadanie losów ich potomstwa. Jednak w przypadku opowieści określonej mianem oficjalnego ósmego tomu oczekiwałam czegoś więcej niż „kombinowania” i budowania osi opowieści wokół postaci, której życiorys jest jakby żywcem wyjęty z fanfiction nastoletniego czytelnika, niezbyt wprawionego w literackim rzemiośle. W przeciwieństwie do poprzednich siedmiu tomów, ósemka cechuje się bardzo nierównym poziomem. Mamy do czynienia ze zderzeniem magii Rowling z jakimiś dziwnymi, nie do końca udanymi pomysłami, jakby ilość i jakość bawiły się w przeciąganie liny i w ogólnym rozrachunku to ilość wygrała. W trakcie lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ta burza pomysłów nie była w wystarczającym stopniu przemyślana i uporządkowana. Część z nich można by zmienić, z części zrezygnować, bo w obecnej wersji ta kakofonia rozpisana na stronach „Przeklętego dziecka” nie jest czymś, co pasuje mi do stylu Rowling i tego, jak prowadzi historie. Jak pisałam wcześniej, „Przeklęte dziecko” na szczęście zawiera w sobie iskry dobrze znanej potterowskiej magii i to dzięki niej otrzymujemy dość oryginalną i wciągającą historię. Powiem szczerze, że nie chciałam się z nią rozstawać, nawet mimo tych niedociągnięć. Na kartach scenariusza co rusz odnajdujemy perełki w postaci nawiązań do poprzednich tomów, więc znajomość serii jest niezbędna. Ożywianie wspomnień sprawia, że łza się w oku kręci i na dodatek zyskujemy nową perspektywę na wydarzenia, o których myśleliśmy, że już niczym nas nie zaskoczą. Wyobraźnia czytelników nabiera barw kilkukrotnie w trakcie lektury, ale w moim przypadku fantazjowanie pobudził w szczególności wątek poświęcony alternatywnej rzeczywistości. Choć niejednokrotnie, szczególnie w ostatnich tomach, seria mierzyła się z tematem mroku i zła, to ósmy tom pozwolił zajrzeć nam do świata, który przeraża i jeży włosy na głowie, ale także… ciekawi. Nie mogłam oprzeć się myśli, że chciałabym poczytać coś więcej na ten temat, chciałabym, by Rowling napisała o nim osobną powieść. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ryzykowne myślenie, ale wizja alternatywnego tomu, utrzymanego w takim klimacie… kusi.

Niezaprzeczalnie kryje się w „Przeklętym dziecku” potterowski klimat, ale nie wiem, czy jest go wystarczająco dużo, by móc z lekkim sercem powiedzieć „tak, to godny ósmy tom!”, bo „Przeklęte dziecko” godną kontynuacją serii bywa – we fragmentach dialogów, niektórych interakcjach pomiędzy bohaterami, kreacji postaci (absolutnie cudowny Scorpius, do którego należy ten tom), zdaniach, które brzmią jak sentencje spod pióra Rowling czy opowieściach, które po raz kolejny rzucają swój czar. Jednak czy tylko częściowy powrót do domu, jak wielu fanów nazywa Hogwart, jest grą wartą świeczki? Umysł mówi nie, ale napędzane nostalgią serce twierdzi, że było warto, nawet dla tych kilku chwil, jeśli nie dla całości. Można sobie tylko wyobrażać, ile zyskuje ta historia, gdy zostaje wzbogacona o kostiumy, muzykę, scenografię, efekty specjalne, grę aktorską; wszystko, co składa się na magię teatru, z którą mogą obcować szczęśliwcy. Jeśli pojawi się nagranie sztuki na DVD, będę ostatnią, która krzyknie „skok na kasę”, a pierwszą, która je kupi. Bo kto nie chciałby zobaczyć westendowej sztuki?

Nie da się ukryć, że świat Pottera to świetny biznes. Czerpiąc informacje z Pottermore, możemy dowiedzieć się, że oprócz Special Rehearsal Edition, czyli pierwszej wersji scenariusza, zostanie opublikowane także wydanie Definitive Edition, czyli wersja finalna. W 2017 roku, z okazji dwudziestolecia „Kamienia filozoficznego” na brytyjskim rynku pojawią się cztery wydania pierwszego tomu – każde wydanie związane z jednym z domów Hogwartu. Reedycja „Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć” zyska bonusowy materiał, ponadto dzięki nowym edycjom drugie życie zyskają „Quidditch przez wieki” i „Baśnie barda Beedle'a”. 

Czy naprawdę jest nam to potrzebne?

Kilka godzin później, gdy mijałam tę samą księgarnię, kolejka do kas nadal wyglądała imponująco, a tworzyli ją ciągle pojawiający się, nowi czytelnicy.

_________
*pierwsze wydanie (brytyjskie) powieści „Harry Potter i kamień filozoficzny” pojawiło się na rynku w 1997 roku.