30 maj 2016

„A Court of Mist and Fury” - Sarah J. Maas


Tytuł: A Court of Mist and Fury
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo, rok wydania: Bloomsbury Childrens Books, 2016
Ilość stron: 632

Polskie wydanie
Pierwszy tom wydało Wydawnictwo Uroboros


~~***~~

To nowe piekło.
Nowy wymiar koszmaru.*

Według mitu, raz na kilka miesięcy mrok miał okrywać Persefonę. Odchodziła od świata wiosny żyjącej w kwiatach, rozkwitającego życia i blasku dnia, a witał ją świat wiecznej nocy, sekretów otulonych w ciemność i gwiazd skrzących się w oddali. Ci, którzy ją tracili – rozpaczali, a ci, którzy ją przyjmowali, świętowali. Rozdarta pomiędzy skrajnościami, nie należała do nikogo i należała do wszystkich. Uprowadzona, zwabiona podstępem, przekazywana z rąk do rąk pieczęć umowy pomiędzy bogami.

Według mitu… ale to wcale nie było tak.

Kolejny retelling, kolejne spojrzenie na historię Persefony i Hadesa. Tym razem spleciono ją z baśnią o Pięknej i Bestii, którą poznaliśmy we „Dworze Cierni i Róż". Sarah J. Maas sięga do tego, co znane i można by pomyśleć, że brakuje jej pomysłów na oryginalną opowieść, ale w tym przypadku zupełnie nie o to chodzi. „A Court of Mist and Fury” to dowód na to, że jej wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Persefona znała zarówno światło, jak i cień. Która z tych krain była jej bliższa? Jaką decyzję podjęłaby, gdyby otrzymała szansę na decydowanie o sobie? A gdyby w jej historii pojawiła się nić, której nikt wcześniej nie dostrzegał? Maas tworzy zupełnie nową historię, wywracając do góry nogami to, czego do tej pory byliśmy pewni. Nie tyle czerpie z mitu, ile inspiruje się tym, co mogłoby być. Wszelkie nawiązania są tak subtelne, że nie ma mowy o znudzeniu i przewidywalności (bo skoro to retelling, to na pewno konstrukcja historii jest taka sama i nic mnie nie zaskoczy). Podobnie było w pierwszym tomie - podstawa została pokryta warstwami oryginalnych rozwiązań i trzeba było dokopać się naprawdę głęboko, by znaleźć źródło inspiracji.

Tutaj tradycyjnie powinno pojawić się nakreślenie fabuły oraz tłumaczenie anglojęzycznego opisu, ale ponieważ „Dwór Cierni i Róż” wydano w Polsce stosunkowo niedawno, wprowadzenie do drugiego tomu byłoby naszpikowane niewybaczalnymi spoilerami. Wystrzegajcie się opisów i streszczeń „A Court of Mist and Fury”, jeśli pierwszy tom macie dopiero w planach, albo jesteście w trakcie lektury, bo naprawdę zepsujecie sobie całą frajdę.

Maas nad wyraz zręcznie kreuje klątwy, może dlatego one jej samej nie dotykają. Słaby drugi tom? Syndrom kontynuacji albo środkowej powieści? Nie, nie i nie. W tym przypadku, i piszę to z pełnym przekonaniem, „A Court of Mist and Fury” jest lepsze od „Dworu Cierni i Róż”. Obawiałam się, czy autorka podoła, czy będzie miała pomysł na dalszą kreację świata i poprowadzenie wątków, ale teraz już wiem, że w przypadku tej autorki nie ma się czego obawiać. Właściwie to nawet doszłam do wniosku, że Maas dopiero teraz rozwinęła skrzydła, że od początku miała konkretną wizję, którą pragnęła zrealizować i już pierwszy tom pisała podekscytowana z myślą „już nie mogę się doczekać, aż zabiorę ich w głąb świata Fae”! A czego w tym świecie nie ma… Są prastare opowieści, namiętności rujnujące dwory, zabójcze intrygi – i mnóstwo barw. Kraina Fae jest niesamowicie zróżnicowana, barwna i tętni od magii. Tyle w niej baśniowości, ile okrucieństwa. Lektura tej powieści to w gruncie rzeczy wyprawa oferująca mnóstwo wrażeń i trudno opowiedzieć o niej komuś, kto jeszcze jej nie przeżył. Z kolei ci, którzy mają ją za sobą, są niczym tykające bomby, bo tłamszą w sobie wszystkie te uczucia i przemyślenia, i wybuchają wtedy, gdy spotkają drugą bombę.

Podczas recenzowania pierwszego tomu nieśmiało zaliczyłam serię do gatunku New Adult fantasy – w grę wchodził przede wszystkim wiek bohaterki oraz subtelna erotyka. Druga część zdaje się mocniej podkreślać swoją przynależność gatunkową. Nie ma mowy, żeby określać ją jako Young Adult, nie przy tym napięciu erotycznym, flircie czy scenach seksu. Rzecz jasna nie jest to erotyk pełną gębą, Maas raczej rzuca garść odważniejszych „momentów” i nie zgrywa drugiej E.L. James, ale nie da się ukryć, że jest doroślej, namiętniej, a między bohaterami iskrzy i o tym iskrzeniu można by długo opowiadać. Niektóre sceny są wręcz ciężkie od emocji i pożądania, w pełni przekonując nas, że ta para jest dla siebie stworzona. Chemia napędza historię i nim się spostrzeżemy, jesteśmy tak zaangażowani w losy Fae, że i nasze serca zaczynają mocniej bić.

Po tym, co ją spotkało, Feyre nie mogłaby być tą samą osobą. I nie jest. „A Court of Mist and Fury” to również plejada interesujących bohaterów, wśród których prym wiedzie dziewczyna, której największą zbrodnią była walka o przetrwanie. Feyre zmieniła się – jest złamana, ale stara się być silna. Musi odnaleźć swoje miejsce wśród wiekowych, doświadczonych graczy, którzy nie obawiają się kruchości ludzkiego życia. Przemiana dziewczyny, wyraźnie zaznaczona na kartach powieści, na pewno zjedna jej kolejnych sympatyków. Feyre nie już jest bezwolną marionetką, nie jest Persefoną wyrywaną z rąk do rąk przez siły wyższe. Drugi tom wielu bohaterom upływa pod znakiem metamorfoz. Ci, których znamy, zmieniają się, gdy na scenę wkraczają nowe postacie. Niektórych możecie w ogóle nie poznać. Ach, ten dreszczyk emocji związany z dwulicowością, fascynującymi intrygami i kolejnymi tajemnicami! Wasza sympatia i niechęć będą wystawione na ciężką próbę, uwierzcie mi na słowo.

I nadszedł finał… Finał, który sprawił, że miałam ochotę rwać włosy z głowy i nie mogłam zasnąć w nocy, bo obmyślałam plan machiny umożliwiającej podróże w czasie. Żądam trzeciego tomu tu i teraz! Cudowne, upiorne, perfekcyjne (jak cała powieść) zakończenie jest idealnym zwieńczeniem „A Court of Mist and Fury”. Emocje sięgają zenitu, a ciekawość i ekscytacja związane z trzecim Dworem to najlepsza rekomendacja.

Z czytelników, którzy skończyli „A Court of Mist and Fury”, Sarah J. Maas może stworzyć sobie nowy dwór: Dwór Kaca Książkowego, który to będzie najpotężniejszym dworem we wszystkich krainach wyobraźni. Nie wiem, jak wytrzymam do premiery trzeciego tomu (no dobrze, wiem – zachomikowałam dotychczas wydane tomy „Szklanego Tronu” i na czas oczekiwania będą jak znalazł). Kapitalna kontynuacja udanego „Dworu Cierni i Róż” w pełni zaspokaja czytelniczy apetyt, jednocześnie budząc głód kolejnych tomów.
____________________
*„A Court of Mist and Fury” str. 599, tłumaczenie własne.

16 maj 2016

„Bez słów” - Mia Sheridan


Tytuł: Bez słów
Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Otwarte, 2016
Ilość stron: 400
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Otwarte
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać

Usłyszeć milczenie


Nietrudno rozpłynąć się w ciszy, gdy świat o tobie zapomniał. Żyjesz na skraju miasteczka w samotni otoczonej lasem i choć starasz się unikać cudzych spojrzeń, to i tak niosą się za tobą szepty. Szepty, cisza, skutek niegdyś przerwanego krzyku, który zamienił się w bliznę. Starasz się stłamsić złe wspomnienia, choć tak naprawdę to one tłamszą ciebie. Patrzysz z oddali na tętniące życiem ulice, których częścią jesteś jedynie w plotkach. Wypracowana przez lata rutyna oferuje bezpieczeństwo, a samotność to cena, jaką płacisz za uśmierzanie bólu. Już nauczyłeś się, że drugi człowiek jest jedynie źródłem cierpienia i zawiódł cię, gdy chciałeś być wysłuchany. Niewypowiedziana historia żyje razem z tobą… Do czasu. Słowa są wytrwałe i w różnej postaci odnajdują drogę na tych bezdrożach, wśród których próbowałeś się ukryć.

Archer Hale unika ludzi i żyje z łatką miejscowego dziwaka. Odmieniec, samotnik, pustelnik – gdyby ktoś o niego zapytał, otrzymałby wzruszenie ramion albo szept, który z odpowiednią dawką zaangażowania opowiedziałby o tym, co podobno wie. Mieszkańcy już przyzwyczaili się, że tajemniczy mężczyzna od lat pojawia się i znika, nie pozostawiając za sobą ani słowa czy nawet gestu. Każdy zajmuje się swoją codziennością i nie zaprząta sobie głowy cieniem snującym się na obrzeżach. Gdy w miasteczku pojawia się Bree Prescott, nic nie zapowiada ważnych zmian w losach wielu osób. Ot, kolejna przyjezdna – nie ona pierwsza i nie ostatnia. Dziewczyna chce tylko znaleźć spokój i nabrać zdrowego dystansu do dawnego życia. Bezszelestnie wtapia się w tłum, ale nie potrafi stać się niewidzialną dla przeszłości. Jest tylko jeden człowiek, która może zrozumieć ten ciężar. Dwie osoby niezdolne do uciszenia myśli zaczyna łączyć to, co niewypowiedziane. Jednak są takie przeżycia, od których nikt nas nie uwolni…

Mia Sheridan wytrwale pracuje, by zdobyć koronę królowej romansu. Do tej pory napisała dziewięć powieści, z których każda powstała dzięki inspiracji znakami zodiaku. Stworzone przez nią historie traktują o miłości poddawanej najcięższym próbom i rozkochują w sobie kolejne czytelniczki. Uhonorowanie uczuć to nie jedyna myśl, jaka przyświeca Sheridan, która na kartach powieści stara się przemycić coś jeszcze – elementy składające się na miłość, rodzaj przesłania. Czy romans może być lekcją? W pewnym sensie może. W przypadku „Bez słów” wznosi się ponad zauroczenie i pożądanie, by opowiedzieć o akceptacji i wrażliwości na drugiego człowieka. Skupia się na samotnych, odrzuconych, ignorowanych albo przez swoją inność traktowanych jak miejscowa „atrakcja”, których sytuacja nikogo nie interesuje. Być może są niepełnosprawni fizycznie albo umysłowo, być może interakcje z nimi wymagają więcej zachodu, a świat nie potrafi znaleźć w sobie dość energii, by zawalczyć o taką osobę. Wtedy ich dłonie wyciągnięte po pomoc zamieniają się w załamane ręce.

Romans New Adult rządzi się swoimi prawami – część z nich autorka zatrzymała, z kolei inne przerobiła na swoją modłę. Odświeżenie pewnych stałych elementów było bardzo dobrym pomysłem, bo dzięki temu „Bez słów” oferuje to, co w tym gatunku najlepsze, a z drugiej strony zachowuje klimat, który zdaje się znakiem firmowym Sheridan. Jedną z najbardziej rzucających się w oczy zmian jest dynamika relacji Bree i Archera. Do tej pory przyzwyczailiśmy się do schematycznego podziału ról w romansach i pokrewnych kategoriach; rozkład sił w związkach damsko-męskich obfituje w scenariusze spod znaku „pana i uległej”, „ofiary i wybawiciela”, „zranionej i opiekuna”, ale to nie zadowala pisarki, która zarówno słabości, jak i siły upatruje w obydwu partnerach. Nie interesują jej papierowe zestawy cech, dzięki czemu znajduje złoty środek, nie zmuszając ani Bree, ani Archera do opowiadania się po żadnej ze skrajnych stron. Wzorem Colleen Hoover, J.A. Redmerski i K.A. Tucker, Sheridan ubiera romantyczną historię w kolejne warstwy erotyki, słodkiej bajki, melodramatu, sięga po szokujące tajemnice i traumy z przeszłości. Łączenie skrajności staje się gwarantem silnych emocji, które nie opuszczają czytelniczki w trakcie lektury. Autorka z rozmysłem gra na uczuciach i nawet jeśli ilość dramatów wydaje się nieprawdopodobna, to jesteśmy tak zaangażowani w perypetie bohaterów, że z rosnącą niecierpliwością pochłaniamy kolejne rozdziały. Rozsądek próbuje do nas przemówić, ale jak udowadnia Sheridan, z sercem nie da się wygrać. Umysł zostaje zalany emocjami i pozostaje tylko zatonąć w tej romantycznej opowieści. Na przemian drżymy o losy postaci i kibicujemy rodzącej się miłości; to w dużej mierze zasługa chemii pomiędzy bohaterami. Naprawdę nietrudno uwierzyć w siłę łączącego ich uczucia, a to wbrew pozorom nie jest standardowe zjawisko w romansach. Choć to podstawa, która dźwiga na swoich barkach całą historię, to można wymienić niewiele autorek, które potrafią wpleść żarliwość pomiędzy wiersze. Na całe szczęście Mia Sheridan zalicza się do tego grona. Z taką podstawą może i wzruszać czytelniczki, i zauroczyć je, i nawet rozgrzać, jeśli myślimy o scenach erotycznych. Wykreowana przez nią pasja rodzi iskry, które wydają się niebezpieczne dla papierowych egzemplarzy „Bez słów”.

Zaczęło się od wyciągniętej ręki, która po raz pierwszy od wielu lat nie została odtrącona. Skończyło się na refleksji, że do zrozumienia drugiego człowieka nie potrzeba słów, a serca. Czasem chodzi tylko o empatię, cierpliwość i gotowość wysłuchania, trochę czasu wydartego z codzienności. „Bez słów” to tytuł obowiązkowy dla każdego, kto chce się zakochać w historii miłosnej.

4 maj 2016

„Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” - Jessica Knoll


Tytuł: Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie
Autor: Jessica Knoll
Wydawnictwo, rok wydania: Znak literanova, 2016
Ilość stron: 400
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Znak


Nie chcę być szczęśliwą dziewczyną

Przez dość długi czas byłam przekonana, że znam sekret szczęśliwej dziewczyny, jej mroczną tajemnicę, która bulgocze pod drogim podkładem i stara się nie wyjechać poza idealny łuk eyelinera. Bo to przecież oczywiste, że ktoś TAK szczęśliwy musi mieć coś na sumieniu. Przecież nie istnieje biały płotek na przedmieściach, fotografie szczęśliwej rodziny rozstawione na designerskich meblach i uśmiechy przesyłane nad idealnie ostrzyżonym żywopłotem, jeśli gdzieś w kącie nie czyha przypudrowane podbite oko. Przynajmniej taką wizję roztacza przed nami domestic noir. Dawna formuła na szczęście teraz stała się formułą na ukrycie czegoś. Wszyscy wiedzą, jak z wierzchu powinno wyglądać idealne życie, więc czemu by tego nie wykorzystać do odwrócenia uwagi? Starania, które oślepiają perfekcyjnością, wcale nie należą do starającego się. Należą do nas. To my je stworzyliśmy, a inni byli na tyle inteligentni, by w cieniu tego blasku ukryć to, co niewygodne.

I teraz na scenę wchodzi ona… Piękna, szczupła, dobrze ubrana. Gdy zapytasz o godzinę, mimochodem pokaże ci zegarek z tarczą wysadzaną diamentami, torebkę od projektanta, na którą czeka się w kolejce kilka miesięcy, wspomni o wakacjach w najmodniejszym kurorcie, awansie w redakcji prestiżowego nowojorskiego magazynu i planowanym ślubie z maklerem z Wall Street. Pomyślisz, że ma idealne życie, niczego jej nie brakuje i ziścił się jej amerykański sen. A Ani FaNelli tylko wykorzystuje to, co stworzyliśmy jako wizję życia spełnionego. To, co tworzy, to nawet nie pozory – ona w pełni żyje swoją kreacją. Jednak ciężka praca i osiąganie kolejnych celów może nie wystarczyć, gdy w grę wchodzi nieprzepracowana trauma od lat spychana w mrok. Gdy pojawia się ekipa filmowa gotowa stworzyć film dokumentalny o tragicznym wydarzeniu, które nadało kierunek całemu życiu Ani, kobieta jest zmuszona, by stawić czoła przeszłości.

„Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” bez wątpienia wie, jak zwrócić na siebie uwagę. Debiut w zawrotnym tempie wspiął się na listy bestsellerów, wywołał mnóstwo szumu i jeszcze przed premierą trafił pod skrzydła wytwórni filmowej Lionsgate. Wszyscy chcieli poznać sekrety najszczęśliwszej dziewczyny na świecie. Po skończonej lekturze można powiedzieć jedno: z pewnością zaskoczą one niejednego czytelnika. Jessica Knoll stworzyła bombę z opóźnionym zapłonem, a o jednym z jej wybuchów usłyszeliśmy całkiem niedawno.

Wśród znanych marek, słynnych miejsc, codzienności rodem z kolorowych magazynów i „Seksu w wielkim mieście”, Knoll podkopuje znaczenia życia na szczycie. To, co kojarzymy z siłą, wzorem życia, po który wielu wspina się po drabinie społecznej, w powieści staje się płaszczykiem, pod którym spoczywa słabość i niepewność. Piękno, sukces i bogactwo zostają narzędziami wykorzystywanymi do tego, by desperacko udowodnić coś innym. Ani roztacza wizję życia na poziomie, na jednym wydechu wymienia najdroższe marki, miejsca, w których trzeba bywać i żongluje pozorami, wykorzystując je niemal po mistrzowsku. Wszystko po to, by w oczach innych ludzi być tą dziewczyną, której udało się osiągnąć wszystko, zbudować siebie od nowa i niestrudzenie piąć się po szczeblach kariery. Nieważne, że drogi pierścionek zaręczynowy nie czyni ją lepszą - ważne, że inni pomyślą, że jest lepsza, ważne, że jego blask przyćmi stygmat. Przecież jest piękna, mieszka w eleganckiej dzielnicy, pracuje w nowojorskiej redakcji i niedługo wyda się za mąż za mężczyznę z odpowiednim statusem i pochodzeniem. Przecież to wszystko, o czym powinna marzyć kobieta, prawda? „Co ludzie powiedzą” i „co ludzie pomyślą” stają się wskazówkami, według których układa swoją maskę. Jednak za szczelnie zaciągniętą zasłoną nadal tkwią wspomnienia, obawy i pragnienia. Z przeszłością nie da się rozliczyć za pomocą pieniędzy. Przygotowania do filmu dokumentalnego zmuszają Ani do konfrontacji, do spojrzenia na swoją sytuację z nowej perspektywy. Nową perspektywę zyskuje również czytelnik, który zmienia swój stosunek do głównej bohaterki wraz z rozwojem akcji. Przeplatająca się przeszłość i teraźniejszość wymiennie kreują portrety nastolatki, która desperacko pragnie odnaleźć swoje miejsce wśród rówieśników w nowej szkole, oraz dorosłej naznaczonej przez perypetie młodszego „ja”. Jessica Knoll dobrze radzi sobie z eksplorowaniem psychiki złamanej przez los dziewczyny, która przybrała skórę kobiety sukcesu. Ani budzi ambiwalentne odczucia, jej myśli są gęste od niepokoju, bólu, pewnej dawki toksyczności i wybrzmiewa w nich echo brutalności. Próba rozszyfrowania bohaterki spycha nas w dół spirali wspomnień i w końcu trafiamy na To Wydarzenie. Jeden z nieoczekiwanych zwrotów akcji jest być może… zbyt nieoczekiwany. Opowieść wskakuje na nowe tory, co oczywiście można zaliczyć na plus, ale z drugiej strony czytelnik pozostaje z poczuciem, że poruszone zagadnienia konkurują ze sobą tylko po to, by wzmocnić czynnik zaskoczenia. Ta historia jest chyba za mała, by pomieścić je wszystkie, a one z kolei są zbyt trudne i poważne, by traktować je jako „uatrakcyjnienie” fabuły. Autorka poruszyła zawrotną ilość trudnych tematów i nie wszystkie z nich udźwignęła. Na pochwałę zasługuje ambitna próba opisania możliwie najszerszego obrazu piekła, jakie mogą zgotować sobie nastolatki, ale w tym przypadku zamysł nie do końca został odzwierciedlony przez wykonanie. Część jest pogłębiona, część ledwie zasygnalizowana i gdy dochodzi do nieuniknionej eksplozji, nie wszystkie z nich mają taką siłę rażenia jak powinny.

„Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” dodatkowo zyskuje na znaczeniu po lekturze poruszającego wpisu autorki na stronie Lenny. Sekret, który zdradza i współdzieli z Ani, nie jest jedyną tajemnicą opisaną w powieści, więc ci z czytelników, którzy zapoznali się wcześniej z wyznaniem pisarki, nie muszą rezygnować z sięgnięcia po książkę. Prawda rzuca nowe światło na historię, która wspina się na kolejne stopnie szoku i przerażenia, uświadamiając, że wiele opisanych sytuacji wydarzyło się naprawdę. To nie jest owoc fantazjowania – to zapis rzeczywistej traumy. Trudno wyobrazić sobie życie nastolatki, a później młodej kobiety, która przeszła przez coś takiego i latami dusiła w sobie prawdziwe uczucia. Jessica Knoll przemówiła dwa razy: najpierw ustami Ani FaNelli, później własnymi. 

Głośny debiut, dla którego prologiem i epilogiem stało się samo życie. Ciekawość związana z losem Ani FaNelli nie pozwala odłożyć lektury na później, a kolejne odkrycia mrożą krew w żyłach. Czasem najszczęśliwsza dziewczyna na świecie jest jedynie dziewczyną, której udało się przetrwać piekło.