25 mar 2016

„Prawda o dziewczynie” - T.R. Richmond


Tytuł: Prawda o dziewczynie
Autor: T.R. Richmond
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Otwarte, 2016
Ilość stron: 400
Cena: 32,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Otwarte
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać



Nim prawda wypłynie na powierzchnię, pozostaje jedynie zatonąć w sekretach

Dziewczyny mają wyjątkowego pecha od czasu, gdy za pisanie zabrała się Gillian Flynn. „Zaginiona dziewczyna” pociągnęła za sobą „Dziewczynę z pociągu”, która to zabrała ze sobą „Dziewczynę w walizce”, pewnie po to, żeby odwiedzić „Dziewczynę z Summit Lake”, co do której są podejrzenia, że nie jest ona „Najszczęśliwszą dziewczyną na świecie”. Wszystkie są „Dziewczynami, które igrają z ogniem”.

Jak nietrudno się domyślić, ich historie nie rysują się w jasnych barwach, za to układają się w ciąg mniej lub bardziej makabrycznych opowieści. Dlaczego? Jaką mroczną prawdę skrywają dziewczyny, która prześladuje je wciąż i wciąż na nowo? Grupa milczących żon, okaleczających się dziennikarek, samotnych matek, pań domu, karierowiczek, uzależnionych, trzeźwych, młodszych, starszych ześlizguje się po spirali tajemnic, przeciągając cudze sekrety do swojego życia i tworząc historie, w których sidła wpadają inni. To pytanie może intrygować wielu i niewątpliwie zaprzątnęło również umysł profesora Jeremy’ego Cooke’a. Antropolog, „mężczyzna, który dokopał się prawdy”, jak później nazwały go gazety, rozpoczął własne śledztwo po tym, gdy z rzeki wyłowiono ciało pewnej kobiety. Znał Alice Salmon, wszyscy znali Alice – a przynajmniej tak im się wydawało. Studentka, córka, przyjaciółka, ukochana, dziennikarka. Znana z widzenia, znana ze słyszenia, znana przelotnie, znana na wylot – niby wszystkim znana, ale każdy mówi coś innego. Cooke, zainspirowany tajemnicą związaną z jej śmiercią, postanowił naprawdę poznać Alice dzięki temu, co pozostawiła za sobą. Czy odtwarzanie jej drogi poprzez ślady w sieci, w losach innych, w osobistych zapiskach doprowadzą go do ostatnich chwil jej życia i pozwolą wyjaśnić, dlaczego znalazła się w rzece?

T.R. Richmond szukał recepty na wyróżnienie się z tłumu opowieści o dziewczynach – i ją znalazł. Nowoczesna powieść epistolarna czerpie z smsów, e-maili, statusów na Facebooku, tweetów, łączy je z tradycyjnymi wpisami do pamiętnika i listami, po drodze zahaczając o transkrypcje przesłuchań i artykuły z prasy. Autor rzuca czytelnikowi garść nieposegregowanych notatek i on sam musi opowiedzieć historię, która rozgrywa się pomiędzy jednym a drugim wpisem. Między wierszami trzeba wyczytać praktycznie wszystko, bo tego, co najważniejsze – i najbardziej przerażające, bohaterowie nie chcą utrwalać w żaden sposób. Cooke przedziera się przez cudze sekrety i szuka Alice w plątaninie ludzkich losów, ale nie każdy chce przyznać, jaką rolę odegrała w jego życiu. Nawet on sam ostrożnie obchodzi niektóre tematy, tym samym dołączając do osób, którym nie potrafimy zaufać. Od prawdy w „Prawdzie o dziewczynie” ważniejsze są grzechy i grzeszki, przeinaczenia i niedopowiedzenia. To nie jest powieść posiadająca zawrotne tempo; to mozolna próba oddzielenia prawdy od kłamstw, wiarygodnych świadków od krętaczy i prawdziwej Alice od wykreowanych póz. Napięcie rośnie powoli, gdy z kolejnymi wpisami zbliżamy się do tragicznej nocy.

W pewien sposób „Prawda o dziewczynie” to fikcja nader rzeczywista. Gdy pojawiają się doniesienia o dziewczynach zaginionych bądź zamordowanych w niejasnych okolicznościach, docieranie do prawdy często rozpoczyna się od rozszarpywania przeszłości przez media; kim była, z kim się spotykała, co pisała na profilach portalów społecznościowych, jakie zdjęcia wstawiała i co lubiła. Tak samo jak Cooke, opinia publiczna odtwarza sylwetki ze strzępków. Nie zawsze są to informacje prawdziwe, często zostają wyrwane z kontekstu – i właśnie o to chodzi autorowi. Co po nas zostaje w sieci, w pamięci innych, we własnych zapiskach? Jaka sylwetka rysuje się w oderwaniu od nas? Współcześnie, nasze wirtualne ja może żyć zupełnie inaczej niż prawdziwy odpowiednik; skoro sami jesteśmy niewiarygodnymi narratorami we własnym życiu, to co można powiedzieć o postronnych osobach? Cooke skrupulatnie kolekcjonuje ślady, które pozostawiła po sobie Alice. Poznając kilka wersji tej samej dziewczyny, chce dotrzeć do sedna tego, kim była.

Największym grzechem T.R. Richmonda jest położenie zbyt dużego nacisku na głównego twórcę historii Alice, czyli doktora Cooke’a. W niektórych chwilach można odnieść wrażenie, że jest to książka o nim, o jego życiu, w które przypadkiem wplątała się Salmon, więc „wypadałoby” i o niej napisać. Nie da się ukryć, że mężczyzna nie jest szczególnie fascynującą postacią. Jeśli w założeniu miała być to opowieść o Alice – było w niej za dużo Cooke’a. Jeśli miała być to opowieść o ludziach, których za sobą pozostawiła – było w niej za dużo Cooke’a. Jakakolwiek opcja wchodzi w grę – było w niej za dużo Cooke’a. Trudno zaangażować się w luźne rozmyślania profesora, gdy mamy paląca potrzebę, by dowiedzieć się, co przydarzyło się Alice tej feralnej nocy. Dygresje często bywają w porządku, prowadząc bocznymi ścieżkami do celu, ale w tym przypadku prowadzą one na manowce. Jak na kogoś, kto chciał jedynie uporządkować życie Alice poprzez cudze spojrzenia, to Cooke przywłaszczył sobie zbyt wiele uwagi.

Wielka nieobecna i wielka niewiadoma, główna bohaterka, której nie ma. Alice Salmon. Jej fotografia to kolaż złożony z cudzych zdjęć, jej historia to rozsypane puzzle, jej czas to rozbita chronologia. Motywacje, tajemnice, głosy innych utkały wiele żyć młodej kobiety, które przekreśliła jedna śmierć. T.R. Richmond może i nie mrozi krwi w żyłach stworzoną przez siebie historią, ale za to przedstawia frapujący obraz otoczenia, które w obliczu tragedii pogrąża się w rozpaczy… bo na jaw mogą wyjść sekrety wszystkich.

20 mar 2016

„Lady Midnight/Pani Noc” - Cassandra Clare [przedpremierowo]

(Nazwanie tych przemyśleń „recenzją” byłoby nadużyciem, dlatego moją wypowiedź nazwijmy refleksjami fanki… która jest już zmęczona).


Tytuł: Lady Midnight
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo, rok wydania: Margaret K. McElderry Books, 2016
Ilość stron: 674 (+ dodatkowe 24 strony opowiadania)

Polskie wydanie


Tytuł: Pani Noc. Mroczne Intrygi
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: [zapowiedź] 30.03.2016
Ilość stron: 688
Cena: 45 zł


~~***~~


Czy istnieją historie, z których się wyrasta? Taka myśl przyszła mi do głowy, gdy skończyłam lekturę „Lady Midnight” zwanej w polskim wydaniu „Panią Noc”. Można wyrosnąć, ale wspominać z rozrzewnieniem, można też wyrosnąć i bez emocji podchodzić do czegoś, co niegdyś dostarczało mnóstwo przeżyć. W tym przypadku to chyba będzie ta druga opcja. Pomimo często mieszanych uczuć względem cyklu, którymi zdążyłam też obdarzyć ekranizację i ostatnio – serial, byłam bardzo podekscytowana nadchodzącą premierą „Lady Midnight”. Świat Nocnych Łowców wciągnął mnie, stał się moim gigantycznym guilty pleasure i gdy rozsądek mówił „nie czekaj na kolejny tom”, serce wrzeszczało „patrz, już przedsprzedaż!”. Tym bardziej dokucza myśl, że z grzesznej przyjemności zostały tylko grzeszki autorki. 

Przeniesienie akcji do Los Angeles i postawienie na młodsze pokolenie Nocnych Łowców miało odświeżyć oblicze cyklu. Dzieci Mrocznej Wojny, Emma Carstairs i Jules Blackthorn mieli przejąć pałeczkę po osławionej parze: Clary Fairchild i Jace Herondale. Mieliśmy wkroczyć do świata, w którym nadal żywe jest wspomnienie wielkiej bitwy i krzywda ofiar. Miało być porywająco. A jak było w rzeczywistości? Mój entuzjazm opadał z każdym kolejnym rozdziałem, przez finał przedarłam się bez większych emocji, a dodatkowe opowiadanie dotyczące dorosłych bohaterów „Darów Anioła” w dużej mierze rozminęło się z moimi oczekiwaniami. Nie ukrywam, powieść skończyłam raczej z przymusu i było mi wszystko jedno, jak zostanie rozwiązana intryga. Skąd takie odczucia? Przecież do tej pory to była lekka, łatwa i przyjemna rozrywka. Cóż, nadal tak jest, tyle że seria wpadła już w rutynę i doskonale wiemy, co na nas czeka. A to już nie bawi. Clare nie zaskakuje, tkwiąc w pułapce sprawdzonej formuły. To romans pomiędzy bohaterami X i Y (często jeszcze Z) jest najważniejszy, stając się nośnikiem całej historii. Ich rozterki, rozstania i powroty, mniej bądź bardziej sekretne schadzki zamieniają całą serię w telenowelę. Czy ona będzie z nim? Czy on będzie z nią? Kogo wybierze? Kogo nie wybierze? Czy wrócą do siebie? Każdy musi mieć jakiegoś partnera (a najlepiej to dwa obiekty westchnień), z którym przeprowadza długie rozmowy na temat swoich uczuć. Nie zapominajmy też o zakazanej miłości, która podgrzewa atmosferę; zakochani nie mogą mieć zbyt łatwego życia, bo nie byłoby o czym pisać. Autorka chyba mocno wzięła sobie do serca modę na shipping*, dostarczając nastoletnim czytelnikom mnóstwo opcji – niech mają wybór, komu i w jakiej konfiguracji chcą kibicować. To zaczyna niebezpiecznie przypominać stylistykę fanfiction, gdzie w wielu (ale nie wszystkich) przypadkach pairingi** odgrywają dużą rolę. Nie da się też zignorować faktu, że to wszystko już było w dwóch poprzednich seriach – kłopotliwe trójkąty miłosne, siła zakazanej miłości, tajemniczy związek, bolesna zdrada. Trudno ekscytować się tym samym po raz kolejny - ja tego nie potrafię.

Nie wiem, jakim cudem Clare nadal panuje nad ilością bohaterów. „Lady Midnight” to dom dla postaci z serii „Mroczne Intrygi”, „Dary Anioła” i „Diabelskie Maszyny”. Autorka nie może się powstrzymać, by nie szepnąć słówka na temat tego, co słychać u starych bohaterów, choć wszyscy doskonale wiemy, że żyją w jednej z wariacji na temat obrzydliwie cukierkowego „długo i szczęśliwie” – bo przecież za nic nie można złamać serc fanów. Odważne rozwiązania? Morderczy rajd, którego nie powstydziłby się George R.R. Martin, a przynajmniej twórcy serialu The 100"? Nic w tym stylu. Imiona i wspomnienia zalewają karty powieści i choć mieszkańcy Instytutu w Los Angeles są nowi, to nie można oprzeć się wrażeniu, że oni i ich perypetie to odpowiedzi na postacie i wątki z dwóch poprzednich serii. Według niektórych czytelników Emma jest damską wersją Jace’a, a Clary mogłaby podać rękę Julesowi; coś w tym jest, bo gdyby Clare zrobiła to samo, co Stephenie Meyer w „Życiu i śmierci”, to na miejscu Clary i Jace’a z powodzeniem mogliby stanąć Emma i Jules. Doszukiwanie się odpowiedników wśród innych też nie jest trudne; sama zastanawiam się, czy to niektóre z moich typów są na wyrost, czy może autorka posiada sprawdzony przepis na budowanie charakterów w grupie przyjaciół i za nic nie chce z tego zrezygnować. 

Pomysł na intrygę jest interesujący, to trzeba Clare oddać. Wyżej napisałam, że było mi wszystko jedno, jak zostanie rozwiązana – to też prawda. Cierpliwość czytelnika ma swoje granice i gdy musi on brnąć i brnąć, i brnąć przez kolejne rozdziały wypełnione tymi samymi rozmowami o niczym, przyziemnymi czynnościami i dylematami jeszcze jednej pary, to w końcu zostaje pokonany. Historia demonicznego spisku i nawiązania do klasyki literatury sprawiają wrażenie drugorzędnego zagadnienia; czegoś, co powołano do życia, by relacje bohaterów miały swoje tło. O, to dobre określenie – dla Clare najważniejsze jest rozwodzenie się nad miłostkami, ale dla zachowania pozorów, bohaterowie muszą zajmować się czymś jeszcze poza sobą nawzajem. W tym utonęły ciekawe rozwiązania mogące stanowić o oryginalności „Lady Midnight”. Ciężko wyszarpać z tej opowieści dreszczyk emocji i powiew świeżości, a rekompensata za wysiłek okazuje się grą niewartą świeczki. Ta historia byłaby dynamiczna i ciekawsza, gdyby uwagę skupiono na tym, co nowe, niepowtarzalne i nieopisywane dotychczas na milion różnych sposobów. Gdyby tylko Clare położyła większy ciężar na przygodę, gdyby nie tworzyła w nieskończoność nowych bohaterów albo w zamian pozwoliła odejść starym, gdyby oczyszczono treść z wszelakich dłużyzn… Nie wiem, skąd ta potrzeba, by każdy następny tom rozgrywający się w świecie Nocnych Łowców był grubszy niż poprzednie, ale to nie jest opowieść na 674 stron (w zapowiadanym polskim wydaniu ma być 688 stron). Pomińmy litościwie fakt, że akcja potrzebuje ponad 200 stron, by nabrać jako takiego tempa, a i później często przez dłuższe chwile nie dzieje się nic godnego uwagi. Sporo miejsca zajmują wyjaśnienia dotyczące… właściwie wszystkiego, co może sugerować, że Clare chce w ten sposób przyciągnąć nowych czytelników, jednocześnie zadowalając starych nawiązaniami do przeszłości. Niestety, zagłaskiwanie wszystkich na śmierć nie działa – gdy po raz kolejny pojawiała się wzmianka o wydarzeniach z „Miasta Niebiańskiego Ognia” albo z innych tomów, miałam ochotę wywrócić oczami. Autorka naprawdę nie potrafi odpuścić i do bazy złożonej z poprzednich serii dorzuca nowych bohaterów i nowe elementy ze świata Nocnych Łowców. Powstaje niekończąca się plątanina nawiązań i powiązań, w której oryginalna historia jest jedynie cienką nicią. Nie pomaga też zamiłowanie do opisywania niepotrzebnych drobiazgów. Nie wystarczą wzmianki, że bohaterowie jedzą śniadanie, wspólnie oglądają film na kanapie, idą kupić ubrania czy przygotowują się do przyjęcia, Clare opisuje wszystko krok po kroku. Przez to naprawdę ciekawe i ważne zagadnienia muszą z anielską cierpliwością torować sobie drogę do czytelnika. Różnie postrzegana odmienność i niepełnosprawność, kwestionowanie zasad w imię własnych przekonań czy przedwczesne dorastanie i spoczywająca na barkach odpowiedzialność to świetne zagadnienia do eksplorowania w literaturze młodzieżowej, bez konieczności tworzenia nastoletniej telenoweli. 

Może to jeden z tych przypadków „to nie ty, to ja”, który najczęściej wykorzystuje się w kontekście zerwania. Może to moja wina, bo liczyłam na coś nowego, elektryzującego, a przecież to już dziesiąta (!) odsłona. Oczekiwanie wyższego poziomu to naiwność, na którą sobie pozwoliłam. A może to jednak nie ja, tylko „Lady Midnight” jest winna? Jakoś nie wyobrażam sobie wyrastania z szaty Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, więc może nasz wiek nijak ma się do poziomu powieści? Chyba że chodzi o to, żeby wiedzieć, kiedy przestać, zostawiając trochę magii w niedopowiedzeniach. Wspomniane opowiadanie zatytułowane „A Long Conversation”, dołączone do pierwszego wydania powieści uświadomiło mi, że niektórym bohaterom lepiej dać spokój i nie cofać pożegnań wypowiedzianych w finale. Choć cieszyłam się na spotkanie z postaciami z „Darów Anioła”, to teraz uważam, że dopisywanie kolejnych perypetii to nie był najlepszy pomysł. Z sentymentu zrobił się przesyt, a magię rozcieńczono do ostatniej kropli. Chyba rzeczywiście lepiej pozostawić mały niedosyt, by czytelnicy na własną rękę mogli fantazjować dalej. Takie dopisywanki mogą trwać w nieskończoność, bo przecież zawsze da się coś powiedzieć. Jednak czy to ma sens? Gdyby jeszcze stała za tym interesująca historia – wtedy mogłabym to zrozumieć, jednak autorka wrzuca bohaterów w miałkie opowiadania o nieznaczących wydarzeniach. 

W przyszłości chyba już nie sięgnę po nową książkę Clare, bo nie ma mi ona nic nowego do zaoferowania. Oceny nie będzie, bo może rzeczywiście w międzyczasie, nim się spostrzegłam, wyrosłam ze swojego stroju Nocnego Łowcy i najzwyczajniej w świecie przestałam być targetem powieści. Czas mi się przenieść do nowych światów i ustąpić miejsca młodszym adeptom.

Podobno, oprócz „Mrocznych Intryg”, autorka planuje jeszcze dwie trylogie - „The Last Hours” oraz „The Wicked Powers”. Ciekawe, czy nadal będą je napędzały miłostki bohaterów, czy może objawią się rzeczywiste pomysły.

____________
*Shipping - w dużym skrócie jest to łączenie w pary fikcyjnych bohaterów albo rzeczywistych celebrytów i gorące kibicowanie tej relacji; dotyczy związków, które faktycznie istnieją, bądź też są jedynie wytworem wyobraźni fanów, którzy pragną, by dane postacie/osoby nawiązały ze sobą relację. Shipping często znajduje ujście w fanfiction, które pozwala fanom na realizowanie własnych scenariuszy związanych z ulubioną parą.
**Pairing - nie ma shippingu bez pairingu; to połączenie bohaterów w relacji, która faktycznie ma miejsce w książce/filmie/serialu albo stanowi odejście od oryginalnego związku, albo eksploruje relację, która nie istniała w pierwowzorze.

18 mar 2016

Magia Harry’ego Pottera i siła wyobraźni sióstr Brontë w styczniowej edycji Owlcrate

Wracam do świata blogowania z szybkim wpisem na temat styczniowego Owlcrate (w lutym ominęłam subskrypcję, bo temat nie wydawał mi się interesujący). Marcowa edycja jest już w drodze do mnie i nie mogę ukryć swojego podekscytowania, bo temat jest świetny! Ale o tym za tydzień albo dwa… :)

Tymczasem lecę nadrabiać zaległości na waszych blogach – wiem, że przez nawał pracy sporo mnie ominęło. Do tego problemy z łączem internetowym; istny cyrk na kółkach. Jednocześnie kończę spisywanie swoich przemyśleń na temat „Lady Midnight” Cassandry Clare.

Przypominam, że w międzyczasie możecie mnie złapać na Instagramie!


Motywem stycznia była magia w Young Adult, czyli coś, czego nie mogłam przegapić. Ekipa Owlcrate w szczególności wskazywała na Harry’ego Pottera, więc jak się nie skusić? Kolejne zapowiedzi utwierdziły mnie w przekonaniu, że słuszną decyzją było kontynuowanie subskrypcji.


Na pierwszy ogień, tradycyjnie, pocztówka Owlcrate. Z edycji na edycję mają coraz piękniejsze grafiki! Na odwrocie umieszczono listę przedmiotów, które pojawiły się w pudełku oraz wiadomość od twórców Owlcrate. Obok widnieje karta-zniżka na e-book Robin McKinley „A Knot in the Grain and other stories”.


Następny gadżet mocno mnie rozbawił. To… patronus do ust. Pomadka ochronna o smaku mięty i białej czekolady od [Geek Fire Labs] pachnie i smakuje fantastycznie. Teraz można cmokać Dementorów :)


Dwustronna zakładka z cytatami od [Evie Bookish] przypadnie do gustu fanom Maggie Steifvater i serii „Król Kruków”. Ten cykl jeszcze przede mną, ale już wiem, co będzie mi umilało lekturę.

Pierwsza strona: Nie interesowało jej przepowiadanie ludziom przyszłości. Wolała wyruszyć na poszukiwanie własnej.

Druga strona: Drzewa szepczą łacińskie słowa.


Kolejna grafika to plakat nawiązujący do serii „Szklany tron” Sarah J. Maas, również od [Evie]. Jest cudowny, nie mogę się na niego napatrzeć :)

Tłumaczenie: „Mógłbyś zatrząść gwiazdami.” wyszeptała „Mógłbyś zrobić wszystko, jeśli tylko byś się odważył. W głębi duszy zdajesz sobie z tego sprawę. I to cię najbardziej przeraża.”


Ta-dam! Kolejny gadżet to figurka [Funko Pop!Vinyl], które zbieram od pewnego czasu. W pudełku można było znaleźć jedną z pięciu postaci, ja otrzymałam Severusa Snape’a. W takim wydaniu mistrz eliksirów jest po prostu rozkoszny. Niedługo dołączy do niego reszta bohaterów z I i II edycji Funko.


Gwiazdą tej edycji jest Lena Coakley i jej powieść „Worlds of Ink and Shadow”. Zdjęcia tomu bez obwoluty mogliście zobaczyć na Instagramie – posiada piękny, głęboki odcień fioletu.

Charlotte, Branwell, Emily i Anne. Rodzeństwo Brontë zawsze było nierozłączne. Przecież nic tak nie zbliża do siebie krewnych, jak życie na odosobnionej plebanii na wrzosowiskach. Ich bogata wyobraźnia pozwoliła im oderwać się od surowego wychowania, dosłownie przenosząc do światów, które stworzyli w swoich głowach: olśniewającego Verdopolis i romantycznie melancholijnego Gondal.

Jednak za jaką cenę?

Gdy Branwell zaczyna ześlizgiwać się w odmęty obłędu, a siostry czują, że prawdziwe życie wymyka im się z rąk, postanawiają rozważyć koszt potężnych wyobrażeń, nawet jeśli fikcyjni bohaterowie – mroczny Rogue i dziarski Książę Zamorny – nie chcą pozwolić im odejść.

Barwnie napisana i bazująca na pierwszych twórczych próbach sióstr Brontë, Worlds of Ink and Shadow powołuje do życia jedną z najsłynniejszych rodzin w dziejach literatury.
tłumaczenie: własne, źródło: HarperCollins Canada


Do książki dołączono dwa gadżety – list od autorki oraz papierową laleczkę z odpowiednimi do epoki strojami, wiernym towarzyszem i oczywiście książkami. Dodatki promujące powieści chyba nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać :)

4 mar 2016

„It Ends With Us” - Colleen Hoover [zapowiedź amerykańskiego wydania] + wizyta pisarki w Polsce


Wiele z was widziało już okładkę najnowszej powieści Colleen Hoover - premierę „It Ends With Us” przewidziano na 2 sierpnia. Wydawnictwo Atria Books opublikowało również pierwszy opis powieści:

Lily nie zawsze miała łatwo, ale to nie powstrzymało jej przed ciężką pracą i walką o wymarzone życie. Pokonała długą drogę od małego miasteczka w Maine, gdzie dorastała – skończyła college, przeprowadziła się do Bostonu i otworzyła własny biznes. Gdy zaiskrzyło pomiędzy nią a niesamowitym neurochirurgiem zwanym Ryle Kincaid, wszystko w życiu Lily zaczęło sprawiać wrażenie zbyt pięknego, by mogło być prawdziwe.

Ryle jest stanowczy, uparty, może nawet odrobinę arogancki. Jednak ma też drugą twarz – wrażliwy, błyskotliwy – i ma słabość do Lily. Fakt, że w lekarskim fartuchu wygląda całkiem przyjemnie dla oka, też przemawia na jego korzyść. Lily nie potrafi wyrzucić go ze swojej głowy, ale całkowita awersja Ryle’a do związków jest niepokojąca. Nawet gdy dziewczyna staje się wyjątkiem w zasadzie „zero związków”, nie może przestać myśleć o tym, co zraziło go do zaangażowania w jakąkolwiek relację. 

Pytania dotyczące nowego związku przytłaczają ją – tak samo, jak myśli o Atlasie Corriganie, jej pierwszej miłości z przeszłości, którą pozostawiła za sobą. Chłopak był jej bratnią duszą i opiekunem. Gdy Atlas niespodziewanie zjawia się na drodze Lily, pod znakiem zapytania staje wszystko, co do tej pory zbudowała z Ryle’em.

W tej odważnej i osobistej powieści Colleen Hoover przedstawia poruszającą historię, która rozpoczyna nowy, ekscytujący rozdział w twórczości pisarki. Łącząc pochłaniający romans z bohaterami z krwi i kości, „It Ends With Us” to niezapomniana opowieść o miłości i najwyższej cenie, jaką trzeba za nią zapłacić.

Opis nie zdradza zbyt wiele, brzmi dość ogólnie, ale nauczona doświadczeniem przy Confess", zdaję sobie sprawę z tego, że... coś się w tym kryje. Według autorki to kolejne niespodzianki i morze łez, jakiego nie wywołała żadna z poprzednich powieści.  

Colleen Hoover Książki

Tymczasem na Facebooku zorganizowano głosowanie; w związku z wizytą Colleen w Polsce, odbywa się głosowanie na dwa miasta, które odwiedzi pisarka. To od was zależy, gdzie zostanie zorganizowane spotkanie! 
Trzecim, potwierdzonym miastem jest Warszawa.

Więcej informacji znajdziecie na stronie [Colleen Hoover Książki]

2 mar 2016

„Czarownice z Pirenejów” - Luz Gabás

Tytuł: Czarownice z Pirenejów
Autor: Luz Gabás
Wydawnictwo, rok wydania: Muza, 2016
Ilość stron: 480
Cena: 44,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Muza oraz Business&Culture


Gdy myślimy o procesach czarownic, to od razu pojawia się pierwsze skojarzenie: amerykańskie miasteczko Salem. To nim karmią się filmy, seriale i powieści, rozbudzając wyobraźnię kolejnych osób. Przeprowadzone w 1692 roku egzekucje stały się symbolem polowań na czarownice, które trwały od XIV do XVIII wieku. W różnych zakątkach świata łapano i oskarżano rzekome wiedźmy, poddawano je torturom i skazywano na śmierć. Ofiarami były przede wszystkim kobiety, ale mężczyźni również ginęli w mękach. Śladów czarów i konszachtów z diabłem doszukiwano się wszędzie, od nieodpowiedniego znamienia na skórze do podejrzanego powodzenia w życiu. Plotki, pomówienia – wystarczyło, że wróg oskarżył cię o czary szybciej, niż ty jego. Strach przed Złym sprawiał, że ludzie sami stawali się źli, tworząc niewinnym piekło na ziemi. Mrożące krew w żyłach metody przesłuchań i wykorzystywane narzędzia stanowią świadectwo koszmaru, który wypełzł z niespokojnych umysłów i stworzył nową rzeczywistość. Przerażająca codzienność ówczesnych oskarżonych wcale się nie skończyła. W niektórych rejonach świata przetrwała wiara w czary, a wraz z nią oskarżenia. Nawet kilkuletnie dzieci mogą paść ofiarą brutalnych egzorcyzmów i wypędzenia z domu. 

Gdy poznajemy sylwetki poszczególnych skazańców, zaczynamy oddalać się od popkulturowej fantazji i przybliżamy do dramatów realnych osób. Taka myśl przyświecała Luz Gabás, autorce znanej dzięki powieści „Palmy na śniegu”. Łącząc fikcję z faktami historycznymi, ułożyła historię kobiet, które, choć w rzeczywistości nie istniały, mówią głosami prawdziwych osób. Zainspirowały ją dokumenty Rady z 1592 roku, pochodzące z pirenejskiej prowincji Huesca, w których niewiele miejsca poświęcono procesowi czarownic. Losy kobiet zamknięte w krótkiej liście złożonej z nazwisk nie dawały jej spokoju – co przyczyniło się do bestialskiego mordu? Kim mogły być ofiary? Splot jakich okoliczności przyczynił się do polowania? Te myśli stały się drogowskazami dla autorki, prowadząc ją przez historię XVI wieku wprost na francusko-hiszpańskie pogranicze fikcji i rzeczywistości, gdzie powołała do życia „Czarownice z Pirenejów”.

Brianda z Lubicha i Brianda z Madrytu – łączy je imię, dzieli kilka wieków. Jedna z nich jest szesnastowieczną dziedziczką, druga nowoczesną panią inżynier. Ich ścieżki nigdy nie powinny się przeciąć, a jednak ślady stóp zaczynają się pokrywać, gdy Brianda przyjeżdża do górskiego miasteczka Tiles. Kobieta szuka w rodzinnych stronach odpoczynku od stresu związanego z pracą, a zamiast tego znajduje… tajemnice ukryte w lasach i wiekowych budynkach. Sny i nieznośne uczucie niepokoju prowadzą ją nowymi drogami, w których drzemie dramatyczna historia miłości, poświęcenia i zdrady. Los stawia na jej trasie tajemniczego Corso; mężczyzna zdaje się kluczem do zrozumienia dręczących ją wizji. Brianda coraz mocniej zagłębia się w przeszłość i ponad czasem podaje rękę swojej imienniczce. Choć zasłona dzieląca światy staje się coraz cieńsza, to echo wojny domowej i złowieszcze wyroki inkwizycji zagłuszają głos kobiety, która od stuleci chce zostać wysłuchana. Jakie sekrety skrywa umysł Briandy – co takiego wydarzyło się w Tiles?

Luz Gabás mnie zaskoczyła. Sięgając po „Czarownice z Pirenejów” spodziewałam się na wskroś współczesnego romansu okazjonalnie okraszonego nawiązaniami do przeszłości. Za to nie spodziewałam się takiego rozmachu, tak wciągającej i poruszającej opowieści mocno osadzonej w historii tamtejszego regionu. Prowadzenie dwóch płaszczyzn czasowych to zabieg popularny, jednak dość niewdzięczny. Zdarza się, że jedna ze stron rozpycha się na kartach powieści kosztem tej drugiej; opowiadając swoją historię, pożera całą uwagę czytelnika - a nawet autora, który rozwija kolejne wątki, angażuje się w opowieść i druga z płaszczyzn staje się jedynie dopowiedzeniem, miejscem na dopiski, które wypełniają białe plamy pomiędzy rozdziałami. Gabás kreuje obydwie płaszczyzny, przeszłość i teraźniejszość, opierając je na podobnych filarach: romansie, rodzinie i magii. Subtelne wpływy wątków nadprzyrodzonych splatają obydwie części. Nie ukrywam, że w tym przypadku to przeszłość przemawia mocniejszym głosem. Losy Briandy z Lubicha odmalowano z większym rozmachem; barwna opowieść obejmuje rozmaite konflikty, nawiązując do historii regionu i kładzie silny nacisk na przedstawienie całej społeczności, której częścią jest Brianda. Śledzimy ścieżki kolejnych bohaterów, podążamy ich śladami, wkraczając w coraz posępniejszy i mroczniejszy klimat. Byłam zrozpaczona takim a nie innym obrotem spraw, niemal rwałam włosy z głowy i złorzeczyłam; ileż cierpienia można zgotować drugiemu człowiekowi, jak chora może być żądza władzy i jak wielka podłość! Czytelnik domyśla się, w jakim kierunku zmierza historia, ale nie może przygotować się na porażającą bezsilność, gdy historia z przeszłości dobiega końca. To zżycie się w dużej mierze zawdzięczamy bardzo dobrze wykreowanej bohaterce; dziedziczka Brianda jest silną i odważną kobietą, która walczy o swoje szczęście wbrew ówczesnym zasadom. Jej zaradność i postępowość jest nietypowa jak na niewiastę w szesnastowiecznym patriarchalnym społeczeństwie, zaś sposób, w jaki stawia czoła przeciwnościom, czyni z niej fascynującą postać. Współczesność nie tyle blednie, ile ustępuje przeszłości pola w niektórych kwestiach. Emocje płynące z części historycznej naprawdę ciężko ubrać w słowa – ciężko również rywalizować z takim ładunkiem. Gdy zestawiamy ze sobą te same filary, widzimy nie tylko odpryski czasu i przenikających się historii, ale także niedociągnięcia. Przede wszystkim teraźniejszy romans sprawia wrażenie wymuszonego, właśnie takiego dopowiedzenia, żeby czytelnicy wiedzieli, że coś jest na rzeczy. Miłość z przeszłości to rdzeń poruszającej, dramatycznej historii, a jej współczesny odpowiednik wydaje się taki… beznamiętny. Spisuje się nieźle jako podkreślenie lustrzanego odbicia między „wtedy” i „teraz”, ale w pojedynkę nie daje sobie rady. Relacja nowoczesnej Briandy i jej wybranka jest dość chaotyczna, składa się raczej z wybiórczych scen, które powinny stać się częścią czegoś większego – czegoś, co przekonałoby mnie, że uczucie rzeczywiście jest potężniejsze niż czas. Zdecydowanie lepiej radzą sobie interakcje głównej bohaterki z innymi postaciami. Przyjaźń i zacieśnianie więzi rodzinnych rozwijają się w odpowiednim tempie i dodają kolorytu perypetiom kobiety. Drugoplanowe postacie wyróżniają się głównie swoimi tajemnicami, których rozwiązanie pochłania naszą uwagę, będąc niewątpliwą zaletą części współczesnej. „Czarownice z Pirenejów” mogłyby składać się tylko z historii Briandy z Lubicha. Rozumiem, skąd ta potrzeba autorki, by odwołać się do dwóch płaszczyzn czasowych i sam pomysł pochwalam, ale wykonanie pozostawiło we mnie uczucie niedosytu. Dreszczyk emocji związany z odkrywaniem kolejnych tajemnic i powiązań był nieoceniony, ale nie mógł zalśnić pełnym blaskiem. Przeszłość zdominowała teraźniejszość, nie zostawiając wystarczająco dużo miejsca na dialog.

„Czarownice z Pirenejów” to spojrzenie na sylwetki silnych kobiet, które wykraczały daleko poza ograniczenia narzucane im przez społeczność oraz czas. Z podniesioną głową mierzyły się z przeciwnościami, walczyły o miłość i pozostawiały ślady, które przetrwały do dziś. Luz Gabás przedarła się przez wieki ciemnoty, podłości, krzywdy i niezrozumienia i wyciągnęła z popiołów prawdziwie poruszającą opowieść.