28 sty 2016

„Związani” - Emma Chase


Tytuł: Związani
Autor: Emma Chase
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2016
Ilość stron: 368
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Filia
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać



Gdy biją (dzwony weselne) to… uciekaj?


Bajkowa historia Kate i Drew trwa nadal… Na pewno? „Zaplątani” i „Zakręceni” udowodnili, że tej parze nie brakuje pomysłów na podgrzanie atmosfery – nie tylko w sypialni. Dramatyczne rozstania i słodkie powroty, stos nieporozumień i płomienne wyznania w końcu wybrukowały im drogę do ołtarza. Czy bizneswoman i niepoprawny podrywacz naprawdę są sobie pisani? Nim padnie ostateczne „tak”, Drew i Kate muszą przetrwać szaloną noc w Vegas. Czy wieczór kawalerski, zorganizowany przez kumpli, zamieni się w kawalerski żywot? Czy frywolna babska noc wpłynie na kolejne miesiące panieństwa? A może przyszli nowożeńcy sprytnie ominą pokusy Miasta Grzechu?

Cóż, to co dzieje się w Vegas, pozostaje w Vegas. Chyba że akurat ma inny kaprys.

Gdyby „Kac Vegas” zderzyło się z komedią romantyczną, po drodze zahaczając o erotyk, to w efekcie powstaliby „Związani”. Czwarty, ostatni tom serii „Tangled” wieńczy perypetie miłosne Drew i Kate oraz ich przyjaciół. To, co rozpoczęło się jako ogniste flirty, teraz weszło na poziom małżeństwa i rodzicielstwa. Choć związki są jak najbardziej poważne, to wplątani w nie panowie i panie nie zamierzają być poważni na serio. Przecież czasem można zaszaleć, dzięki czemu nie brakuje iskrzenia i erotyki, czyli znaków rozpoznawczych poprzednich tomów. Lejący się litrami alkohol, tournée po kasynach i luksusowych klubach oraz pomysły zrodzone „pod wpływem” sprawiają, że wpadek też nie brakuje – możecie to rozumieć jak chcecie. „Związani” to przede wszystkim duży ukłon Emmy Chase w stronę wiernych fanek, prezent na otarcie łez, by osłodzić koniec bajki. Nie da się ukryć, każdy, kto nie jest fanem, może poczuć się znudzony, bo mimo erotycznej otoczki jest to bajka: z całą swoją słodkością i przewidywalnością. Wpisuje się to w zamysł serii, dzięki czemu o finałowym tomie można powiedzieć to samo, co o trzech poprzednich. Po raz ostatni powrócili bohaterowie, których czytelniczki znają i kochają. Wraz z nimi wróciły wszelkie przywary, wśród których można wymienić jędzowatość Aleksandry czy zadziorność Dee. Nie można zapomnieć o Panu Przyczyna Każdego Zamieszania, czyli Drew. Przejmując narrację, po raz kolejny oferuje koktajle humoru i arogancji. Właśnie, pomówmy o tej wybuchowej mieszance. Tak samo, jak drink może być nieudany przez złe proporcje, tak samo charakter można zniszczyć, gdy przesadzimy z jedną z cech. Poczułam przesyt spowodowany arogancją Drew, któremu nie wystarczył humor i sarkastyczne uwagi, i zaczął skłaniać się w stronę zaborczego dupka. Gdybyśmy mieli do czynienia z kimś takim w rzeczywistości, moglibyśmy odnieść wrażenie, że za bardzo stara się być fajny w tym pozowaniu na zimnego drania i playboya, samca alfa wśród samców alf. Drew, serio, świat się nie zawali, jeśli będziesz po prostu miłym, przyzwoitym facetem przez całe dziesięć minut. Nie rób nam tu drugiego Greya. Na całe szczęście, te, nazwijmy to „gorsze chwile” są równoważone przez dowcipne spostrzeżenia, których nie brakowało również w poprzednich tomach. Filozofia życiowa Drew nadal bawi, szczególnie gdy jest poddawana testom na zupełnie nowych wodach.

Droga do ślubnego kobierca nie zawsze jest usłana różami; jeśli do tego dorzucimy ostatni dzień wolności w Las Vegas i Drew Evansa z kumplami, to wynik może być jeden: jazda bez trzymanki. Emma Chase stworzyła nowoczesną, pikantną komedię romantyczną okraszoną humorem i refleksjami na temat związków damsko-męskich, która jest pozycją obowiązkową dla wiernych fanek serii. Kto wie, może któraś z was złapie bukiet?

20 sty 2016

„Amber” - Gail McHugh [przedpremierowo]


Tytuł: Amber
Autor: Gail McHugh
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: [zapowiedź] 03.02.2016
Ilość stron: 592
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Akurat oraz Business & Culture


Dziś będzie o fatalnym zauroczeniu; fatalnym - od pierwszego wejrzenia, zauroczeniu – dzięki drugiej szansie. Przytrafia się to nie tylko bohaterom, ale także przytrafiło się mnie. Chyba stworzę nowe powiedzenie, stanowiące parafrazę popularnego porzekadła – nie oceniaj książki po wstępie.

„Amber” rozpoczyna się niczym klasyczne romansidło i myślałam, że tak też się zakończy. Mając w pamięci „Collide”, zastanawiałam się, czy ponownie spotkanie z autorką było dobrym pomysłem. Przede wszystkim ciekawiło mnie, czy od czasu debiutu dokonała postępu. Okazało się, że McHugh przygotowała niespodziankę, przebijając prezentowany wcześniej poziom i w końcu przekonała mnie do siebie. Nie wiem, jakie ma powieściowe plany na przyszłość, ale zdecydowanie powinna iść w tym kierunku, jaki obrała w „Amber”. Szukając adrenaliny w różnych miejscach i na różne sposoby, można znaleźć niezłe historie. 

Początek jest chyba najsłabszym elementem powieści; sztampowa opowiastka o dziewczynie z przeszłością i dwójką przystojniaków. Ona, Amber, ucieka od demonów przeszłości i spotyka ich: pierwszy, Brock, jest uwodzicielskim sportowcem, który nie może opędzić się od dziewczyn; drugi, Ryder, to wytatuowany zły chłopiec, który ma nieziemski tupet. Dodajmy do tego spoliczkowanie kogoś jako element gry wstępnej i studenckie imprezy, a nakreślimy wstęp „Amber”. Skoro pierwsze wrażenie jest takie, a nie inne, to dlaczego wyżej napisałam, że McHugh mnie pozytywnie zaskoczyła? Wszystko dzięki temu, co dzieje się później. Opis, ten zwodniczy opis, przygotował grunt pod typowy romans – może erotyk. Czyli bez szaleństw. Przyznam, że po tym wstępie nie spodziewałam się niczego ponad „ona jest rozdarta pomiędzy dwoma mężczyznami i ilekroć podejmie decyzję, zwrot akcji zmusza ją do przemyślenia wyboru”. Taka myśl leży u podstaw historii Amber i jej kochanków, ale to trio ma własną wizję, którą konsekwentnie realizuje, nawiązując do filmu „Savages: Ponad bezprawiem” (który to jest ekranizacją powieści Dona Winslowa).

Choć wykonanie nie powala na kolana, to i tak doceniam starania autorki, która wyszła od typowych sylwetek postaci z erotyków, po czym zaczęła wypracowywać własne charaktery. Sportowiec-uwodziciel, seksowny zły chłopak i dziewczyna z przeszłością to stereotypy, z których czerpie, mieszając je z własnymi pomysłami na przedstawienie Amber, Rydera i Brocka. Każde z nich ma swój pazur, każde jest poturbowane przez los. Część tych stereotypowych cech niesamowicie drażni, to prawda, i gdyby tylko autorka zdecydowała się na stworzenie ich od podstaw, powieść zdecydowanie by na tym zyskała. Trójkąt miłosny i wplątani w niego bohaterowie „ze skazą” to najwyraźniej dobre rozwiązanie, jeśli tylko są sprawnie poprowadzeni. Sprawdziło się to chociażby u Tarryn Fisher, która stworzyła piekielnie wciągającą, kapitalną trylogię „Love Me with Lies” i osiągnęło całkiem niezły wynik u Gail McHugh. Co prawda McHugh bardziej zależało na erotyczno-sensacyjnym ujęciu takiej historii, niż na psychologicznych gierkach pomiędzy postaciami i głębokim wejrzeniu w ich umysły, ale tak samo jak koleżanka po piórze czerpie z nierozsądnych decyzji, egoizmu i zaślepiającego pożądania. Każdy z bohaterów ma w sobie dawkę toksyczności, trawi go jakaś obsesja, która staje się jego siłą napędową. Uczucia wręcz ich oszałamiają, co owocuje niemal afektami patologicznymi. Nic dziwnego, że ta burza emocji szybko kieruje historię na mroczne tereny. W tym punkcie romans studencki przechodzi metamorfozę i oprócz mocnej erotyki zaczyna oferować posmak sensacji. „Amber” powoli ześlizguje się na linię pomiędzy romantic suspense i dark erotica, tak naprawdę nie należąc do żadnego z tych gatunków. Swobodnie żongluje cechami poszczególnych kategorii, budując historię na pograniczu. Miesza seks i niebezpieczeństwo, dotykając również tematu dorastania i szukania siebie, portretując losy typowych amerykańskich studentów. Wpływy New Adult widać szczególnie w prywatnych perypetiach każdego z bohaterów: są młodymi ludźmi, którzy zmagają się z trudną przeszłością, chorobami bliskich czy rozbitymi rodzinami. Jednak przede wszystkim jest to stuprocentowy erotyk. A nawet kontrowersyjny erotyk-erotyk. „Momenty” są rozbudowane i bogate w detale, dotykając tematu, który dla wielu osób stanowi tabu. Jest odważnie i namiętnie, McHugh nie owija w bawełnę i nawet potrafi zawstydzić. Nie ukrywam, powieść jest trochę przegadana. Niektóre dialogi są niepotrzebnie podniosłe, niektóre czynności mogłyby być krócej opisane. Autorka „popłynęła” z historią i ze słowami. Cięcia, nawet niezbyt drastyczne, usprawniłyby tempo powieści, które do połowy toczy się leniwie. McHugh mogłaby każdą scenę rozbudowywać bez końca, a przecież nie o to chodzi. Druga połowa nabiera prędkości, bo gdy już poznaliśmy bohaterów, ich historie i powiązania pomiędzy nimi, możemy przejść do konsekwencji ich decyzji, które uruchamiają lawinę. Od tego punktu powieść wciąga coraz mocniej, zapraszając do przemyślanej gry – pomyśl o granicy, jaka istnieje i znajdź sposób, by ją przekroczyć. Początki są dość niewinne, ale w końcu docieramy do linii, zza której nie będzie można wrócić. Ciekawość zaczyna działać jak narkotyk i chcemy coraz więcej, aż docieramy do zakończenia i pozostaje nam tylko czekać na From the Storm”.

„Amber” łączy uwielbiane przez czytelniczki elementy romansów, erotyków i New Adult. Ognisty flirt, odważne sceny erotyczne, nieustająca burza emocji, miłość przyćmiewająca rozsądek i bohaterowie zmagający się ze swoimi demonami – to jednak nie wszystko. Dylematy uczuciowe graniczą z ciemnymi zakamarkami umysłów, śmiertelne niebezpieczeństwo wkrada się do wyznań miłosnych, składając się na wciągającą historię, która staje się przestrogą przed igraniem z ogniem; to od niewinnego iskrzenia zapłonął świat Amber, Rydera i Brocka. Kto pozostanie na jego popiołach? Gail McHugh w swojej najnowszej powieści, pretendującej do tytułu najgorętszego erotyka tego roku, przesuwa wszystkie granice, popychając bohaterów na skraj szaleństwa. Kochając mocniej i zachłanniej, pozwalają się uwodzić mrocznym sekretom i są gotowi zrobić wszystko.

Wszystko.

16 sty 2016

„Ostatni dzień roku” - Katarzyna Misiołek


Tytuł: Ostatni dzień roku
Autor: Katarzyna Misiołek
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo MUZA, 2015
Ilość stron: 448
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo MUZA oraz Business & Culture


Zaginieni. Lista nazwisk, galeria twarzy, zbiór osób w różnym wieku, o różnym wyglądzie, pochodzących z różnych środowisk i domów, które różnią się zamożnością. Kilkuletnie dziewczynki i chłopcy, nastolatki, dojrzałe kobiety i mężczyźni w sile wieku, staruszki – za każdym z nich stoi jakaś historia. Niektórzy znikają, bo uważają, że tak będzie dla nich lepiej. Inni przeżywają koszmar uprowadzenia. Wypadki, utrata pamięci, chęć rozpoczęcia życia od nowa, cudza zbrodnia – powody można mnożyć, tak samo jak losy ukryte za plakatami „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Ci, którzy pozostali, cały czas są dręczeni niepewnością: czy żyją? Co się z nimi stało? Czy kiedykolwiek wrócą?

Ci, którzy pozostali, stali się bohaterami powieści „Ostatni dzień roku” Katarzyny Misiołek. Matka, ojciec, mąż, młodsza siostra – każde z nich staje w obliczu niewyobrażalnego, gdy znika Monika. Kobieta wychodzi z domu, pozornie tylko na chwilę, ale już nie wraca. Pozostają domysły i ślady zwyczajnego życia. Młodsza siostra Moniki, studentka Magda, bo to na niej skupia się powieść, traci grunt pod nogami. Policyjne śledztwo jej nie wystarcza, dlatego na własną rękę próbuje odnaleźć Monikę. W trakcie kolejnych dni zamienia swoje życie w desperackie poszukiwania, chwytając się każdego, nawet najbardziej niedorzecznego tropu. Choć gorąco wierzy w szczęśliwe zakończenie, to jednocześnie próbuje znieczulić się na kilka sposobów, by oderwać się od nieznośnej codzienności. Zaginięcie Moniki odsłania pęknięcia i wyrwy w życiu rodzinnym, niedbale załatane tajemnicami, do tej pory skrzętnie ukrywanymi w czterech ścianach domu. Autorka przygląda się rodzinie, która dla Magdy była przystanią, ostoją ciepła, bezpieczeństwa i spokoju – przynajmniej tak się dziewczynie wydawało. W obliczu dramatu wszystko staje pod znakiem zapytania: czy naprawdę znamy tych, których kochamy? Czy rodzinne więzi są w stanie znieść każdą próbę? 

„Ostatni dzień roku” to smutek. Bohaterowie są spowici w jego opary, zaciągają się melancholią, próbując zdusić pustkę, która pozostała po zaginięciu Moniki. Każde z nich na swój sposób radzi sobie z trudną sytuacją, przez co mamy wgląd w całą paletę zachowań: od desperackich poszukiwań, przez udawaną normalność złożoną z zaprzeczeń, aż po dzielenie się ze wszystkimi swoimi przeżyciami. Katarzyna Misiołek eksploruje postawy osób stojących w obliczu nie-żałoby, nie-tragedii, nie-traumy, które przecież jest żałobą, tragedią i traumą. Nie wiedzą, co mają czuć, bo przecież zaginiona to nie znaczy martwa, zaginiona za minutę może zapukać do drzwi i przecież życie musi toczyć się dalej. Takie wieczne odwlekanie w uwierzenie, które łatwo zrozumieć – dla nich zaginiona żyje tak długo, jak długo w to wierzą. Te postawy, obok wielkiej niewiadomej związanej z Moniką, stanowią siłę napędową powieści. Pochłaniamy kolejne rozdziały, bo chcemy wiedzieć, co stało się ze starszą z sióstr i jak autorka zakończyła historię. Zatapiamy się w smutku, bezradności i frustracji bohaterów, utożsamiając się z którymś z nich.

Magda, układając na nowo życie zaginionej siostry, rwie własne na strzępy. Szamocze się z codziennością, a czytelnik szamocze się z oceną bohaterki. Wiele z jej decyzji i zachowań można zrozumieć, ale wiele to nie znaczy wszystkie. Zaginięcie ukochanej siostry, rodzinne tajemnice i związana z tym utrata poczucia bezpieczeństwa może tłumaczyć chęć wywrócenia swojego życia do góry nogami. Wtedy już nic nie było pewne; runęły wszelkie podstawy, na których się opierała, więc co jej pozostało? Jednak nie mogłam zignorować wrażenia, że niektóre z sytuacji, głównie te związane z Magdą, niepotrzebnie ubarwiono; w pewnym momencie na kartach powieści zaczęły ze sobą rywalizować dwa dramaty – Moniki i Magdy. Nagromadzenie kłopotów, tajemnic i zwrotów akcji postawiło przed autorką niełatwe zadanie i nie jestem pewna, czy w pełni sobie z tym poradziła. Niektóre zagadnienia są opisane nader wyczerpująco, pisarka zagląda do umysłów bohaterów i śledzi ich perypetie krok po kroku; inne z kolei są sygnalizowane i dość szybko porzucane, choć zwiastują ważne zmiany, które jednak nie nadchodzą. Drobiazgowość jednej płaszczyzny w niektórych momentach niebezpiecznie ociera się o nudę, z kolei druga jest pobieżna i brakuje pomiędzy nimi złotego środka.

„Ostatni dzień roku” nie tyle działa na wyobraźnię, co wręcz ją atakuje. Temat zaginięć towarzyszy nam niemal każdego dnia, czasem pojawiając się w kontekście medialnych śledztw. Widzimy na ekranie twarze kolejnych zaginionych, słyszymy kolejne hipotezy, może nawet poznajemy fragmenty losów. Stając się obserwatorem cudzego dramatu, mimowolnie zaczynamy myśleć o własnych bliskich. Jak człowiek może tak po prostu… zniknąć bez śladu? Katarzyna Misiołek zbudowała na tym pytaniu poruszającą historię, dotykając czułych strun każdego człowieka. Trudna opowieść rodziny złączonej przez bolesne tajemnice i tragedię, która może przydarzyć się każdemu, ale nikomu nie mieści się to w głowie.

11 sty 2016

„Ember in the Ashes. Imperium ognia” - Sabaa Tahir


Tytuł: Ember in the Ashes. Imperium ognia
Autor: Sabaa Tahir
Wydawnictwo, rok wydania: Akurat, 2015
Ilość stron: 510
Cena: 39,90 zł

Mapy krainy oraz obozu, o których wspominam w tekście, można znaleźć [TUTAJ]. Z kolei [TUTAJ] przedstawiono proces powstawania głównej mapy.


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Akurat oraz Business & Culture



Zarzewie buntu i płonące Imperium

Zaczęło się od iskry, bo tak się zawsze zaczyna. Iskra rozpaliła ciekawość, od żaru ciekawości zajęły się serca czytelników, spłonęły gorączkowo przewracane stronice i z popiołów wyłoniła się nowa gwiazda literatury młodzieżowej. Sabaa Tahir nie mogłaby wymarzyć sobie lepszego debiutu w przecież tak tłocznym gatunku, który co roku wypuszcza kilka nowych gwiazd, powiększając już spore grono. Czym sobie zasłużyła, że nie zginęła w tym tłumie, fani gorąco zaczęli domagać się drugiego tomu, Amazon obwołał „Imperium ognia” najlepszą młodzieżówką 2015 roku, a wytwórnia Paramount zapłaciła siedmiocyfrową sumę za prawa do zekranizowania wtedy jeszcze niewydanej powieści?

W starożytnym Imperium, Scholarzy żyją w wiecznym strachu przed Wojanami. Niegdyś uczeni, rozmiłowani w sztuce, żyjący w wolnym Cesarstwie, teraz są ciemiężeni przez najeźdźcę, dla którego broń i walka są świętością. Scholarka Laia wraz z ocalałymi członkami rodziny próbuje prowadzić normalne życie i przetrwać kolejne dni wypełnione strachem, inwigilacją i niepewnością. W Imperium Scholarzy znikają bez śladu, pod osłoną nocy może wydarzyć się wszystko, gdy do domu wejdą Maski. Laia tylko chce żyć, ale nawet życie może być aktem nieposłuszeństwa. W Imperium żyje Elias, który jest jednym z najlepszych uczniów Akademii Czarny Klif. Od najmłodszych lat poddawany nieludzkiemu treningowi, jest nie tylko nieustraszonym wojownikiem, ale także potencjalną Maską. Elias ma odbierać życie nieposłusznym, ale posłuszeństwo nie zawsze zapewnia życie. Oprawca i ofiara – ta historia byłaby prosta. Byłaby, ale nie jest, bo gdy pradawne legendy budzą się do życia i magia zaczyna maczać palce w losach śmiertelników, tak naprawdę nikt nie jest bezpieczny.

Tahir wzięła trochę ze spartańskiego wychowania, trochę z Cesarstwa Rzymskiego, trochę z baśni tysiąca i jednej nocy oraz arabskich wierzeń i wymieszała z młodzieżowym fantasy, a całość nieźle ze sobą zagrała. Starożytność, bądź też wszelakie wariacje na jej temat, świetnie sprzedają się w świecie dorosłej literatury i kinematografii, za to powieści młodzieżowe raczej stronią od tego okresu. Jak widać po oszałamiającej popularności Tahir – niesłusznie. Sięgnięcie do niewyeksploatowanego okresu uczyniło z „Imperium ognia” powiew świeżości, nawet jeśli w poszczególnych elementach powieści wybrzmiewają echa popularnych, bestsellerowych poprzedników. Łączenie sprawdzonego z nowym nie zawsze i nie wszystkim się udaje. Czasem to schematy wysuwają się na pierwszy plan i drażnią podczas lektury, czasem myśl „ale to już było” nie chce pójść precz. U Tahir naprzód wysuwa się to, co nowe, pomysłowe i co potrafi urzec (albo przerazić), i gdy te elementy atakują czytelnika, mniej oryginalna reszta przemyka na tyłach. Kaci i ofiary, sabotaż, walka z tyranią, symbole wolności – to elementy wydające się składnikami bestsellera. Wystarczy spojrzeć na „Igrzyska śmierci”, „Niezgodną” czy „Czerwoną królową”, a to i tak tylko trzy przykłady. Wrzućmy do tego kotła „Gladiatora” i „300”, a powstanie mieszanka, która nieźle opisuje naturę „Imperium ognia”. Jak w każdej historii o władzy i dwóch stronach barykady, w powieści nie brakuje intryg, swoistej gry o tron, w którą grają niemalże wszyscy bohaterowie. Tahir stopniuje napięcie i doskonale pokazuje, jak bezlitosny jest świat, w którym przyszło żyć Lai i Eliasowi. To nie tak, że wszyscy jedynie mówią „ojej, jak tu źle, jak tu strasznie i krwawo!” – czytelnik na własne oczy ujrzy rzeczywistość pełną brutalności, krwi, ran i gwałtów.

Na szczególną pochwałę i wyróżnienie zasługuje sposób, w jaki autorka płynnie łączy akcję z fantastyką. Magia przenika, nasyca historię, zacierając granicę pomiędzy ludowymi opowieściami a rzeczywistością. Podania wypełniają szczeliny pomiędzy kapłanami i zwykłymi śmiertelnikami, stworzenia rodem z legend przecinają drogi bohaterów, którzy walczą o przetrwanie. Zastanawiałam się, jak podejść do wątku romantycznego, który nieśmiało przewijał się przez całą powieść. Z jednej strony jest to typowy zabieg w przypadku książki kierowanej główne do młodzieży, bo jakoś się tak utarło, że nastoletni bohaterowie powinni na jakimś etapie wzdychać do siebie, ale mamy też drugą stronę monety – rzeczywistość wykreowana przez Tahir jest okrutna, bezlitosna, nadzwyczaj krwawa i brutalna. Bohaterowie każdego dnia walczą o przetrwanie i ocalenie nadziei pod jarzmem dyktatury; w takim świecie miłość staje się niejako pożądanym elementem, który odróżnia potwory od ludzi. Zdolność do kochania jako miara człowieczeństwa i zdolność wykorzystywania tego do własnych, niecnych celów jako miara odczłowieczenia nie pojawiła się tutaj po raz pierwszy, ale za to dobrze podkreśliła czasy terroru, w którym przyszło żyć bohaterom. Taka przeciwwaga pozwala odetchnąć od cierpienia, którego nie brakuje w każdym rozdziale. W niektórych chwilach można odczuć, że autorka balansowała na niebezpiecznie cienkiej linie, angażując się w miłosne perypetie bohaterów, jednak zawsze wiedziała, kiedy przerwać – przerwać flirt, spojrzenie, myśl, która przecież byłaby tak bardzo cenna dla wroga. Najważniejsze jest to, że romans jest wyważony, nie narzuca się, tylko współgra z resztą historii. Tak samo jak intrygi i bunt, rodzi się w sekrecie, w pojedynczych spojrzeniach i nielicznych rozmowach, bo przecież wróg tylko czeka, by uderzyć w najsłabszy punkt, w ukochanego bądź ukochaną.

Na koniec warto też powiedzieć coś o samym wydaniu - szkoda, że polscy czytelnicy musieli obejść się smakiem, jeśli chodzi o mapy stanowiące nieodłączną część wykreowanego przez Tahir świata. Najwyraźniej zachowanie chociażby fragmentów oryginalnej oprawy graficznej było niemożliwe. Kupowanie praw do publikacji nie tylko wydawcom daje w kość – czytelnikom też, bo dostają edycję okrojoną o elementy, które cieszą oczy amerykańskich kolegów. Całe szczęście, że mapy można znaleźć na oficjalnej stronie powieści. Jak w przypadku wielu historii rozgrywających się w wymyślonych przez autora krainach, także w tym przypadku mapy stanowią świetne uzupełnienie lektury i można odczuć ich brak.

Teraz na autorkę czeka spore wyzwanie; musi stworzyć kontynuację, która dorówna, a może nawet przerośnie swojego poprzednika. Tworzone w ciągu siedmiu lat „Imperium ognia” dość wysoko zawiesiło poprzeczkę. Tahir pozostawiła bohaterów na rozdrożu i tylko od niej zależy, czy historia obierze interesujący kierunek. Barwny świat plemion i legend, wojowników i myślicieli, buntowników i oprawców zrodził krwawą, wypełnioną tajemnicami opowieść o wolności – największym akcie nieposłuszeństwa.

7 sty 2016

Świeczka od Frostbeard Studio, inspiracje literackie i plany czytelnicze, czyli grudniowa odsłona Owlcrate #3



W styczniu czeka na nas Owlcrate razy dwa – edycja grudniowa i styczniowa. Liczyłam na to, że w okresie świątecznym pokażę wam zawartość pudełka, ale paczka dotarła dopiero w tym miesiącu. Właściwie mnie to nie dziwi, bo poczta w grudniu naprawdę dostaje w kość i przez to oczekiwanie na przesyłkę trochę się wydłuża, szczególnie jeśli mówimy o przesyłce międzynarodowej. Najważniejsze, że Owlcrate jest już moje.


Hasło na grudzień to „Get inspired” czyli zainspiruj się. Zapowiedź zdradziła, że ta edycja ma dopingować czytelników w 2016 roku i wiązać się z kreatywnością. Nic dziwnego, że nie mogłam jej przegapić.


Kartka, której poświęcam uwagę na samym końcu, by uniknąć tzw. spoilerów. Na odwrocie zawsze umieszczana jest lista przedmiotów oraz wyjaśnienie, dlaczego właśnie ten przedmiot trafił do pudełka. Grudniowa grafika jest świetna i na pewno zachowam ją jako zakładkę. Nad kominkiem widnieje pocztówka z poprzedniej edycji, którą ominęłam, bo nie przemówił do mnie motyw miesiąca. Obok niej stoi figurka Funko Pop! Snape’a, którą również posiadam. Jeśli myślicie, że Severus nie może być uroczy, to przy okazji kolejnego stosu udowodnię wam, że się mylicie :)


Na pierwszy ogień poszła świeczka od [Frostbeard Studio] – „Reading at the Cafe”, czyli czytając w kawiarni. Pachnie po prostu obłędnie! Kawa i czekoladowe wypieki zamknięte w małej puszce. Świeżo palone ziarna, lukier, kakao i nowa książka. Mmm… Inne świeczki mogą się schować, że tak to ujmę. Wyobrażam sobie, jak kapitalnie muszą pachnieć stare książki, Shire czy księgarnia, bo między innymi takie nazwy noszą wyroby oferowane przez FS, które inspiruje się molami książkowymi i literaturą. Cudo, cudo, cudo! Marzy mi się europejski dystrybutor tych świeczek, bo dzięki temu mogłaby zmniejszyć się opłata za wysyłkę, która obecnie jest dość wysoka. 


Drugi w kolejce jest uroczy notes od [BoyGirlParty]. Listy rzeczy do zrobienia pilnuje zaczytana ośmiornica; jest to przydatny gadżet, szczególnie na początku roku, gdy wszelakie sprawy i postanowienia ruszają z kopyta. I jest śliczny, spójrzcie tylko na tego mola… ośmiornicę… ośmiormola książkowego? Poza tym to notes, czyli coś, co uwielbiam zbierać. Same plusy :)


Kolejne cudo – dziennik czytelniczy. Na każdej stronie wyszczególniono miejsce na tytuł, autora, datę z początku/końca lektury, ocenę i przemyślenia. Takie Lubimy Czytać na papierze. Co kilka stron pojawia się wkładka z cytatem oraz pytanie związane z czytaniem, własnymi pomysłami na powieść czy refleksjami związanymi z literaturą.


Obecność Małego Księcia wcale nie dziwi, bo jeśli chodzi o inspirujące cytaty, to dzieło de Saint-Exupéry'ego przoduje w tej kategorii. Magnes od [Sandry Vargas] może „ukulturalnić” lodówkę bądź stanowić dodatek do literackiego kolażu.


Ukoronowanie każdej edycji, czyli powieść. Tym razem trafiło na historyczne Young Adult, czyli kategorię, po którą sięgam niezbyt często, ale w gruncie rzeczy cieszy mnie ten tytuł, bo w końcu trzeba poszerzać swoje horyzonty, nawet w obrębie dobrze znanego gatunku. Oto „Da Vinci's Tiger” L.M. Elliott.


„Młoda, piękna i błyskotliwa, Ginevra de’ Benci pragnie stać się częścią artystycznej wrzawy w renesansowej Florencji. Jednak jako córa zamożnej rodziny w społeczeństwie kierowanym przez mężczyzn, jest uwięziona w pułapce aranżowanych małżeństw i oczekuje się od niej, że ograniczy swoją kreatywność do domowych obowiązków. Jej poezja odzwierciedla najgłębsze uczucia; Ginevra pragnie podzielić się swoją twórczością, spotkać malarzy i rzeźbiarzy uczonych przez osławionego Lorenzo de Medici i ponad wszystko – znaleźć miłość.

Kiedy charyzmatyczny ambasador wenecki, Bernardo Bembo, zjawia się we Florencji, wprowadza Ginevrę do olśniewającego kręgu mecenasów, artystów i filozofów – świata myśli i rozmowy, do którego zawsze chciała trafić. Czuje przyciąganie do przystojnego przybysza, który docenia zarówno jej umysł, jak i piękno, jednak jest niepewna jego zalotów. Bembo wybiera ją na swoją muzę i zleca namalowanie portretu młodemu malarzowi, znanemu jako Leonardo da Vinci. Pozowanie dla genialnego artysty wytwarza pomiędzy nimi intymną więź – dziewczyna dopiero zaczyna ją rozumieć. W bogatym i czarującym świecie wyśmienitej sztuki, wyszukanych uczt i ekscytujących turniejów, Ginevra zmaga się z wieloma pokusami, by odkryć swój głos, artystyczną przynależność i miłość, która wymyka się podziałom. W końcu ona i Leonardo wpadają w sam środek śmiertelnie niebezpiecznej wojny pomiędzy potężnymi rodami.”
opis: Katherine Tegen Books, tłumaczenie własne.


Do powieści dołączono drugi magnes; już na pierwszy rzut oka widać, że wygląda dość nietypowo. Poszczególne cegiełki można rozdzielać i dowolnie łączyć, tworząc własne wersy. Jest to nawiązanie do największej pasji głównej bohaterki „Da Vinci's Tiger”.

To już wszystko w tej edycji - następna zjawi się pod koniec stycznia. Zapowiada się równie pysznie: fantastyka, magia, Harry Potter... Czego chcieć więcej?

5 sty 2016

Planeta Zapomnianych Książek - czytaj i zdobywaj nagrody!


Tajemniczy kataklizm doprowadził do zniknięcia wszystkich książek z powierzchni Planety Zapomnianych Książek. Wraz z nimi mieszkańcy zostali pozbawieni źródła wiedzy, a ich cywilizacja cofnęła się o kilkaset lat. Los planety nie jest jednak przesądzony. Możemy im pomóc czytając, wypożyczając, a od teraz również oceniając książki.

Planeta Zapomnianych Książek, to gra internetowa umożliwiająca zdobywanie nagród za podejmowanie działań związanych z czytelnictwem. Jeżeli korzystasz z bibliotek lub księgarni, to jesteś na dobrej drodze do wygrania książek, czytników e-booków, tabletów i wielu innych cennych nagród.

Każdy z graczy może wykonywać misje, zdobywać punkty i kolejne poziomy oraz poznawać historię świata gry. Planeta Zapomnianych Książek to obecnie 3 poziomy graczy, ponad 50 różnych misji i ponad 30 odznak, które można otrzymać za ich wykonywanie, a ich liczba ciągle rośnie.

Dzięki akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają, można pomóc Planecie Zapomnianych Książek poznając książki polskich autorów. W poszczególnych lokalizacjach planety (np. na forum miejskim) ukryto 10 książek objętych patronatem medialnym akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają. Za znalezienie każdej z nich gracz otrzyma 4 BookCoiny oraz specjalną odznakę. Dodatkowo osoba, która pierwsza odnajdzie wszystkie książki i prześle ich tytuły organizatorom gry otrzyma nagrodę książkową.

Planetę Zapomnianych Książek można znaleźć pod adresem PLANETA-ZK.PL.

Gra powstała dzięki inicjatywie Elżbiety Maruszczak i Marka Maruszczaka, członków Fundacji To My. Do tej pory wygrała konkurs e-wolontariat, a uzyskane środki przeznaczono na nagrody dla graczy. Planetę Zapomnianych Książek wspiera również ogólnopolska sieć tanich księgarni Tak Czytam oraz portale BiblioNETka i Polacy nie gęsi i swoich autorów mają.

Fabuła misji

Odnajdź zagubione książki

Przejście ze skwaru pustynnego miasta do chłodnego mroku biblioteki przyprawia Cię o dreszcze. Po chwili, kiedy twój wzrok przyzwyczaja się do panujących w budynku warunków, dostrzegasz biurko, za którym siedzi bibliotekarz. Kiedy podchodzisz bliżej mężczyzna zaczyna mówić tak, jakby kontynuował przerwaną przed chwilą rozmowę. Być może pomylił Cię z kimś innym, ale nie zaszkodzi wysłuchać tego co ma do powiedzenia.

Nie wszystkie książki docierają do biblioteki. Tragarze muszą gubić część z nich po drodze do budynku. Jestem na to za stary. Ledwo widzę książki, które mam na biurku. Nie odnajdę tomów, które do tej pory muszą być na wpół zakopane w pustynnym piasku. Może mógłbyś mi pomóc?"

Rozejrzyj się po Umastis i poszukaj jednej z dziesięciu zaginionych książek. Za odnalezienie każdej z nich Pierwszy Bibliotekarz Umastis zapłaci Ci 2 BookCoiny.

Post napisany przy udziale akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają.

3 sty 2016

6 serii młodzieżowych na 2016 rok


Dziś będzie nieco inaczej, bo o seriach, których… nie przeczytałam.

Jeszcze.

Planuję je i planuję, ale jak wiadomo, od samego planowania nic się nie przeczyta (i nie zrecenzuje – oczywiście). Ponieważ nowy rok to dla wielu osób czas postanowień, doszłam do wniosku, że nie zaszkodzi przynajmniej nakreślić swoje czytelnicze plany. Przy okazji liczę na wasze wrażenia, jeśli czytaliście którąkolwiek z serii. Może niepotrzebnie niecierpliwie oczekuję na lekturę? Ostrzeżcie mnie, jeśli nieświadomie planuję zainwestować swoje pieniądze w jakiegoś gniota :) Podzielcie się też swoimi „seryjnymi” planami na ten rok – planujecie całe cykle, czy może tylko ostrożnie stawiacie na pierwsze tomy? Przyznam szczerze, że gdy natrafiam na rozpoczętą już serię, to często kupuję więcej niż jeden tom dostępny na rynku. Taki mam dziwny nawyk czytelniczy. Zdarza się, że nie jest to najlepsze rozwiązanie i pozostaje płacz oraz zgrzytanie zębów, ale częściej mam to szczęście, że powieści przypadają mi do gustu. Czasem w grę wchodzi intuicja, która wręcz zmusza mnie, bym kupiła tylko jeden tom (całe szczęście, że włączyła się przy „After” Todd i nie pozwoliła mi na zgarnięcie całości z półki).

Poniższa lista obejmuje jedynie cykle, które zostały już wydane bądź też są kontynuowane od dłuższego czasu. Jak już zaznaczyłam, są to wyłącznie młodzieżówki, ale również serie z innych gatunków biorę pod uwagę przy swoich planach (trylogia o Szackim łypie na mnie spode łba…).

Nowe serie oraz jednotomowe powieści pojawią się w cyklu „Co czyta młoda zagranica”, który w tym roku zapowiada się imponująco. O tym już niedługo… Napiszę również o tym, czy sugerowanie się ocenami na portalu Goodreads to na pewno dobre rozwiązanie oraz czy wszelkie powieści z "drugiej perspektywy" i tomy opowiadań dodawane do serii to kopalnia pomysłów i poszerzanie fantastycznego świata, czy może tylko kopalnia złota i eksploatacja aż do ostatniego grosza.


1) Sarah J. Maas i „Throne of Glass”


W Polsce wydawana przez Uroborosa jako „Szklany tron”.

Do znudzenia powtarzam, że „muszę przeczytać”, ale zawsze coś stoi na mojej drodze i nie ma zamiaru się przesunąć. W 2016 roku nie odpuszczę, bo po lekturze „A Court of Thorns and Roses” autorka podbiła moje serce. Historia opisana w [„ACOTAR”] znajdzie swoją kontynuację w „A Court of Mist and Fury”, które zostanie wydane w maju tego roku.

Nie zapomnijmy także, że seria o Celaenie może zamienić się w serial telewizyjny; wszystko jest na dobrej drodze ku temu.

2) Marissa Meyer i „The Lunar Chronicles”


W Polsce wydawanie serii zawieszono przez Egmont po drugim tomie; czyżby „Saga księżycowa” nie była u nas dość popularna? Jestem tym mocno zaskoczona, bo jeśli porównamy średnią i ilość ocen przy każdym tomie, to Meyer pod względem popularności wysuwa się na prowadzenie. Można sobie zadać pytanie: co poszło nie tak?

Meyer bije się u mnie z Maas o palmę pierwszeństwa. W tym roku, dokładniej to w listopadzie, na rynku pojawi się najnowsza powieść autorki – Heartless. Tym razem Meyer postawiła na Krainę Czarów i Królową Kier. Nie ona pierwsza, choć najczęściej to Alicja przyciąga uwagę pisarek. Czy kolejny retelling podbije serca czytelników tak samo, jak jego poprzednicy? Czekam niecierpliwie na premierę.

3) Maggie Stiefvater i „Król Kruków”


W Polsce wydawane przez Uroborosa.

Tutaj jestem w połowie realizowania swojego planu, bo dwa z czterech tomów cierpliwie czekają na półce. Trzeci tom w polskim przekładzie zapowiedziano na początek roku, czwarty tom pewnie też kiedyś się pojawi – mogę jedynie przyklasnąć planom wydawnictwa. Na dodatek styczniowe Owlcrate podobno ma zawierać element nawiązujący do serii, więc motywacji nie brakuje.

4) Ransom Riggs i „Miss Peregrine’s Home for Peculiar Children”


W Polsce wydawane przez Media Rodzina jako „Osobliwy dom pani Peregrine”.

Już czeka na półce, co zresztą pokazywałam wam w [TYM] poście. Dla osób, które wyznają zasadę „najpierw książka, potem film”, początek 2016 roku jest dobrym okresem na przeczytanie pierwszego tomu trylogii; na grudzień zaplanowano premierę filmu w reżyserii Tima Burtona.

5) Leigh Bardugo i „Cień i kość. Trylogia Grisza”


W Polsce wydawane przez Papierowy Księżyc.

Po wyśmienitym [„Six of Crows”] to oczywista decyzja. Trylogia czeka na swoją kolej, ale przeczucia mam więcej niż dobre. Bardugo ma smykałkę do opowiadania historii, więc w oczekiwaniu na „Crooked Kingdom” (amerykańska premiera planowana jest na wrzesień i niech się nie ważą przesuwać daty premiery!), zamierzam zapoznać się z jej debiutem.

6) Kass Morgan i „The 100”


W Polsce wydawane przez Bukowy Las jako „Misja 100”.

Tak, tak, wiem, co napisałam w wielu komentarzach – możecie teraz podsyłać zrzuty ekranu z mojej niesłowności, na pewno się nie obrażę. Seria Morgan początkowo była mi zupełnie obojętna, tak samo jak serial. Tak się jakoś złożyło, że obejrzałam zwiastun nadchodzącego sezonu, ze swoją serialową listą wpadłam w sam środek zimowej przerwy i stwierdziłam „co mam do stracenia?” – właśnie jestem w trakcie „wsiąkania”. Podoba mi się niesamowicie; jasne, ma swoje wady, jak każda produkcja, ale jak wciąga i trzyma w napięciu! Chyba każdy odcinek kończy się cliffhangerem. Idealny na tzw. binge-watching, czyli oglądanie całych sezonów za jednym zamachem. Chęć przeczytania książkowego pierwowzoru jest niejako naturalna, choć z tego, co widzę na portalu Goodreads, to nie powinnam spodziewać się fajerwerków.

...choć, jak wyżej napisałam, sugerowanie się średnią to znowu nie taki najlepszy pomysł. Myśl niedługo rozwinę, tymczasem zostawiam was z listą i idę na polowanie, w końcu początek roku to również początek piekielnie interesujących nowości.