7 gru 2016

„The Chemist" - Stephenie Meyer

Tytuł: The Chemist
Autor: Stephenie Meyer 
Wydawnictwo, rok wydania: Sphere (imprint Little, Brown)
Ilość stron: 524

Polskie wydanie
Książka prawdopodobnie ukaże się w Polsce


~~***~~


Zabójcza chemia

Sporą grupę czytelników zelektryzowała wieść, że Stephenie Meyer wydaje nową książkę dla dorosłych. Po „Intruzie”, który stanowił flirt ze SciFi, autorka postanowiła podzielić się swoją miłością do powieści szpiegowskiej. Wierni fani nie kryli zdziwienia, a wielu przeciwników nie mogło poskromić swojej ciekawości, bo zapowiedź nie zdradzała powrotu znanej Meyer. Thriller szpiegowski? Zabójcza agentka? Zero miłości na horyzoncie? Czy aby na pewno mówimy o autorce, która zasłynęła serią romansów paranormalnych? Okazuje się, że tak. 

W kategorii opowieści szpiegowskich nie ma chyba bardziej typowej historii, niż ta o agencie pracującym dla sekretnej organizacji rządowej, na którego to wspomniana agencja wydaje wyrok śmierci. Dlaczego? Czy nie posłuchał rozkazów, przeszedł na ciemną stronę mocy czy może… stał się niewygodnym świadkiem? Zmuszony do ucieczki, absolutnie nikomu nie ufając (no, może z kilkoma wyjątkami), postanawia rozwikłać intrygę. Wszyscy wiemy, co będzie później – pościgi, wybuchy, tropienie spisku na szczytach władzy, a gdzieś po drodze (opcjonalnie) ognisty romans. Zemsta jest za to obowiązkowa. Czas ucieka, rośnie liczba trupów, ilość nabojów w magazynku się nie kończy. Finalnie dochodzi do konfrontacji. Właśnie po te „typowości” sięgnęła Meyer w swojej drugiej powieści kierowanej do dorosłych czytelników.

Dziś ma na imię Alex i ma ciemne włosy. Jutro będzie blondynką Jessie o niebieskich oczach. Wczoraj była kobieca, dziś jest nastoletnią chłopczycą. Zmienia wygląd, styl, tożsamość, adres. Niegdyś była najlepszą chemiczką pracującą w tajnym laboratorium na usługach rządu, teraz jest zwierzyną, którą próbują upolować inni agenci. Wydano na nią wyrok śmierci i od tamtej chwili walczy o życie. Dobrze wyszkolona i zdeterminowana, nie zamierza stać się łatwym celem. 

W życiu Alex nie zmieniło się tylko jedno: nadal jest zabójczo skuteczna. 

Wiedza jest jej bronią.

I zamierza wykorzystać ją, by zemścić się na tych, którzy zapragnęli jej śmierci.

Uwielbiam opasłe tomy, przez które można przedzierać się godzinami. Im dłużej mogę zostać w wykreowanym przez autora świecie, tym lepiej. Dlatego sama nie wierzę, że to piszę, ale „The Chemist” jest… za długie. Zdecydowanie za długie. Przy „The Chemist” dłużyzny w 
Intruzie" to ledwie mgnienie oka. To przegadana powieść, pełna niepotrzebnie drobiazgowych opisów, które hamują akcję i nie pozwalają na budowanie napięcia. Wcześniejsze powieści Meyer łączy wiele, a jednym z tych elementów jest zarzut, że autorka niepotrzebnie opisuje do bólu przyziemne czynności. Buduje wokół nich całe rozdziały, jakby jedzenie płatków z mlekiem czy przygotowanie łatwego obiadu było czymś tak niewyobrażalnie egzotycznym dla czytelnika, że bez drobiazgowego opisu nie byłby w stanie sobie tego wyobrazić. Dobrze wiemy, że bohaterowie muszą jeść, spać, kąpać się, słowem: robić wszystko to, czego zazwyczaj domaga się ciało, ale czy za każdym razem trzeba nam to pokazywać? Meyer nie napisze, że bohaterka poszła wziąć prysznic. I kropka. Meyer opisze, że bohaterka obejrzała łazienkę, która wyglądała tak i tak, że były takie i takie kosmetyki do mycia, że zrobiła to i tamto… To tylko przykład, ale takich sytuacji jest mnóstwo. Taką przyziemność można by było przełknąć w powieści obyczajowej, ale jak po raz kolejny czytam o tym, że bohaterowie robią radosne nic w powieści, która z definicji ma trzymać w napięciu i oferować zawrotną akcję, to mi ręce i powieki opadają. I ziewam. Na litość wszystkich literackich bogów, to powieść firmowana jako „gripping page-turner”*! Gdy sięgam po thriller czy powieść szpiegowską, to na pewno nie robię tego po to, żeby czytać o tym, jak tajny superagent siedzi na kanapie i zmienia kanały w tv – i na dodatek autor nie opisuje tego w dwóch zdaniach, ale w dwóch rozdziałach. Na pewno nie sięgam też po taką powieść po to, żeby czytać, jak wspomniany agent ukrywa się, a ktoś inny odwala za niego całą brudną robotę. Ja chcę być w centrum wydarzeń, Stephenie Meyer – niekoniecznie. Nie da się nie zauważyć, że Meyer, mimo deklarowania wielkiej miłości do powieści szpiegowskiej, lepiej czuje się w romansie, który zresztą jest bazą tworzonych przez nią historii („Saga Zmierzch”, „Intruz”, a teraz „The Chemist”). Flirtuje z gatunkami, ale tak naprawdę nie potrafi oderwać się od swoich korzeni, co widać dobitnie w epilogu „The Chemist”. Autorka stroni od tworzenia skomplikowanej intrygi, ale za to z uporem wraca do wątku romantycznego. Stara się oferować zakochanym jak najwięcej kradzionych chwil, tworząc sceny normalnego życia. Podczas gdy jeden z bohaterów poza kadrem wykonuje niebezpieczną misję, o której dowiadujemy się jedynie ze strzępków rozmów telefonicznych, główna bohaterka i jej ukochany przesiadują na farmie, która jest ich tymczasowych schronieniem i najwięcej czasu zajmuje im opieka nad psami oraz robienie maślanych oczu do siebie nawzajem. To bezczelny spoiler, ale musicie wiedzieć, co na was czeka, gdy sięgniecie po powieść opisywaną jako wciągającą i trzymającą w napięciu. Jak nietrudno zgadnąć, jakiekolwiek napięcie i dynamizm akcji zostały na tym etapie zarżnięte i później, tuż przed finałem, próbowano je wskrzesić. 

Czy wspominałam, że wielką rolę w powieści odgrywa romans? Uściślając, jest to instalove, czyli miłość nieposkromiona, nieokiełznana, natychmiastowa, od pierwszego wejrzenia, która uderza w bohaterów niczym piorun już przy pierwszym spotkaniu. Co prawda okoliczności ich zapoznania są nietypowe, ale najwyraźniej dla tej autorki nie istnieją okoliczności tak nietypowe, żeby nie dało się z nich stworzyć okazji do flirtu. Teoretycznie ten flirt mogłoby się udać, gdyby Meyer miała większe doświadczenie i sprawniej poruszała się po gatunku. Niestety, w tej relacji również brakuje napięcia, silniejszych emocji – ta miłość zupełnie nie przekonuje, a wręcz prowokuje pytania „po co autorka wplotła taki wątek? Co miała na myśli? Co miał on wnieść do historii?”. Myślę, że pisarka chciała na siłę połączyć dwie różne historie, zastosować swoje ulubione rozwiązania, ale to, co sprawdziło się w książce X, niekoniecznie sprawdzi się w książce Y, tak odmiennej gatunkowo. Pierwsza próba w roli szpiega skończyła się rozpaczliwym godzeniem tego, co znane z tym, co nowe. „The Chemist” byłoby lepsze, gdyby Meyer nie była taka „meyerowa” i lepiej przemyślała całą intrygę. Najwyraźniej jest to pisarka, która w każdym gatunku będzie szukała tego, w czym czuje się pewnie. O ile „Intruz” przez porównanie stał się lekkostrawnym romansem w konwencji SF, o tyle podobny eksperyment nie udał się w „The Chemist”. Tu ciężkostrawne jest wszystko: i romans, i ujęcie powieści szpiegowskiej. Uwielbienie dla Jasona Bourne’a może i jest niezłą inspiracją, ale to na pewno niewystarczający materiał na całą powieść. W ogólnym rozrachunku wyszło tak, że autorka miała jakiś tam pomysł na intrygę, wiedziała, jak chce zacząć i skończyć, ale pozostał jeszcze jeden malutki problem… Trzeba to ze sobą połączyć. Łatanie romansem i niczym konkretnym gigantycznych dziur w historii zaowocowało niemal pięćsetstronicową powieścią, która mogłaby być krótsza o 1/3 (albo i nawet więcej). To zabójcze dla thrillera i nie ratują tego naprawdę udane elementy, jak sceny walk czy działalność chemiczki Alex i cała otoczka związana z jej pracą.

Wypadałoby pochwalić Meyer za to, że próbuje czegoś nowego, ale zastanawiam się, dlaczego autorka nie próbuje swoich sił w gatunku, który najwyraźniej jest jej przeznaczony – romansie współczesnym. Widać, że w każdej historii dąży do miłości, że w budowaniu związanych z nią wątków czuje się najbardziej komfortowo. Moglibyśmy zaprzeczać, ale „Saga Zmierzch” miała w sobie to coś, co porwało tłumy i zaowocowało drugim fenomenem w postaci „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E.L. James. Nawet fani „Intruza” ciągle czekają na kolejne tomy, które niegdyś zapowiadano. „The Chemist”, mimo że jest przysłowiową inną bajką, nie ma w sobie tej samej iskry, która zainteresowałaby czytelnika, zaangażowała go w historię i pozwoliła jej trwać w kolejnych tomach.

______________

* Powieść, która mocno wciąga, trzyma w napięciu i nie można się od niej oderwać. Czytelnik w zawrotnym tempie przewraca kolejne strony, żeby dowiedzieć się, co dalej.

23 lis 2016

„Wdowa” - Fiona Barton

Tytuł: Wdowa
Autor: Fiona Barton
Wydawnictwo, rok wydania: Czarna Owca, 2016
Ilość stron: 456
Cena: 39,99 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Czarna Owca

Folie à deux

Nagłośnione przez media przestępstwa, z naciskiem na uprowadzenia, gwałty, ciężkie pobicia i morderstwa, wsączają się do naszych myśli nie tylko za sprawą krzykliwych nagłówków w żółci i czerwieni. Czasem wiemy o nich wcześniej niż dziennikarze. Czasem wiemy o nich wcześniej niż policja. Czasem jesteśmy postronnym obserwatorem, który znalazł się w złym miejscu o złym czasie.

A czasem jesteśmy niczym partner w zbrodni, gdy przestępcą jest najbliższa nam osoba.

Przynajmniej tak zaczyna postrzegać nas świat, przekonany o tym, że pomagaliśmy zmywać krew z rąk.

Nieważne czy mieliśmy świadomość, co zrobił nasz bliski, czy sami mu w tym jakoś pomogliśmy, czy może staliśmy się kolejną ofiarą, którą i tak osądziła opinia publiczna. Z chwilą, gdy on lub ona staje się podejrzanym, nieufność spada na całą rodzinę. Czy to możliwe, żeby kochający mąż nie wiedział, co drzemie w jego żonie? Czy to możliwe, by kochająca żona nie zorientowała się, kim jest jej mąż? Postronni obserwatorzy w to nie wierzą, policja często w to nie wierzy, a winni przez bliskość mają związane ręce. Domniemanie niewinności zdaje się ułudą. Mimo cierpienia mogą uwierzyć w winę podejrzanego, mogą nie wierzyć, mogą wiernie stać, mogą odejść. Mogą też głośno bronić dobrego imienia swojego i oskarżonego, bez względu na to, w co wierzą – i co wiedzą. Bo czasem to dwa odmienne zjawiska. Wyciągają rękę do dziennikarzy, którzy, tak czy inaczej, depczą im po piętach i próbują uratować to, co zostało. Padają takie sformułowania jak „niewinne, dobre osoby”, „polowanie na czarownice”, „oczyszczenie z zarzutów”, „szukanie kozła ofiarnego”, „sprawiedliwości stanie się zadość”.

Co się jednak dzieje po wyłączeniu kamer, kiedy nikt już nie patrzy?*

Pod nieobecność świadków opadają maski.*


Jean Taylor wpadła w oko medialnego cyklonu, gdy jej mąż został podejrzanym w sprawie uprowadzenia dziecka. Mała dziewczynka, Bella, została porwana z własnego podwórka i ślad po niej zaginął. Zrozpaczona matka Belli udzielała kolejnych wywiadów i ze łzami w oczach błagała o oddanie dziewczynki. W końcu wytypowano potencjalnych porywaczy, wśród których znalazł się Glen Taylor. Wyścig z czasem doprowadzał wszystkich do szaleństwa, ale żaden z podejrzanych nie przyznawał się do winy. Tak rysuje się przeszłość. Teraz Jean jest wdową, a po śmierci Glena po raz kolejny spoczęły na niej oczy wszystkich. Czy w końcu dowiemy się, kto uprowadził Bellę? Czy uwolniona od obecności męża powie prawdę? Tylko jaka jest prawda – czy to nasza potrzeba, by potwierdziła to, o czym jesteśmy przekonani i co pozwoli zamknąć sprawę raz na zawsze, czy może to kolejna manipulacja, by ocalić dobre imię, a może porywacz rzeczywiście jest kimś innym i nigdy nie zaznamy spokoju?

Wdowa, Reporterka, Detektyw, Matka – cztery osoby, które na swoich barkach dźwigają ciężar opowieści. Cztery perspektywy, cztery głosy zmuszone do dialogu na tle tragedii. Każdy z narratorów prezentuje inną płaszczyznę, obejmując możliwie szeroki obraz sytuacji. Jean Taylor, nasza tytułowa wdowa, jest interesującą postacią. Związane z nią odczucia można określić jako… ambiwalentne. Jak ją ocenić? Jako ofiarę, czarny charakter, zwyczajną kobietę, pomysłową intrygantkę, bezwolną marionetkę, jako tą dobrą, jako tą złą? To wdowa w czerni czy może czarna wdowa? Jean składa się z tak wielu ról, o co raczej trudno podejrzewać szarą myszkę, na którą się kreuje. Ocena nie jest jednoznaczna nawet po zakończeniu powieści. Przede wszystkim najbardziej frapujące są jej reakcje związane z zachowaniem męża. Podczas lektury prześladowało mnie pytanie „dlaczego?” i choć nie dostałam tylu satysfakcjonujących odpowiedzi, na ile liczyłam, to przynajmniej dostałam dość, by ułożyć własną mapę umysłu wdowy. Bez wątpienia jest to bohaterka, o której zachowaniu można dyskutować. Kate Waters, dziennikarka, porusza się pomiędzy trzema pozostałymi narratorami, spinając całą historię. Reprezentując media, pozwala zajrzeć pod podszewkę sprawy i prześledzić sieć powiązań pomiędzy mediami, policją, poszkodowanymi i podejrzanymi. Postać Kate pozwoliła autorce przelać na karty powieści jej wieloletnie doświadczenie w dziennikarskim fachu oraz spostrzeżenia związane z zachowaniem osób pośrednio bądź bezpośrednio wplątanych w sprawę. Dzięki niej poznajemy także reakcje opinii publicznej, która o dramacie małej dziewczynki dowiaduje się z gazet czy telewizji. Najmniej można powiedzieć o Matce i Detektywie. Dawn Elliott przybiera postawy, które niejednokrotnie możemy obserwować przy głośnych sprawach – od pełnych rozpaczy wywiadów do stawania się kimś w rodzaju celebryty, który poprzez dramatyczną sytuację uzależnił się od zainteresowania mediów. Bob Sparkes zdaje się typowym gliniarzem, którego gryzie nierozwiązana sprawa i nieustępliwie poszukuje kolejnych tropów. Dzięki niemu zyskujemy wgląd w śledztwo, które wkracza na coraz mroczniejsze tereny.

Sprawa Belli staje się kluczem do życia Taylorów. Pomijając to, czy mają coś na sumieniu w związku z porwaniem dziewczynki, czy nie, to nie są oni kryształowymi osobami. Tak się akurat składa, że podejrzenia stają się jedynie kolejnymi kroplami w czarze goryczy. Pozornie są takim zwyczajnym, niewyróżniającym się małżeństwem, ale jak dobrze wiemy, autorki uwielbiają burzyć pozorną normalność. „Wdowa” niestety nie wykorzystuje potencjału, który tkwi w relacji Jean z Glenem. Marriage thriller uwielbia badać małżeńskie więzi, blaski i cienie (z naciskiem na cienie), wszelkie gierki i grzeszki. Związek Taylorów zbudowany jest na przebłyskach i niedomówieniach, czytelnik raczej sam musi domyślać się i diagnozować kondycję małżeństwa, a Barton daje mu w tym szerokie pole do popisu. Autorka sugeruje, ale nie eksploruje, pozostawiając uczucie niedosytu. Wiemy, że opisana relacja opiera się na dominacji i uległości, autorytecie i podporządkowaniu, oraz że grę wchodzą kłamstwa. Co poza tym? Jean ma swoje sekrety, Glen również, są jakby współuzależnieni, a ich relacja balansuje pomiędzy zwyczajnością a toksycznością. Chciałabym wiedzieć więcej, bo na pewno jest coś więcej – na pewno były tam jakieś silniejsze emocje, których ja nie potrafiłam odczuć. Wielka miłość, która przeczyła rozsądkowi? Piekąca nienawiść? Coś poza zupełną obojętnością, która zdawała się ich łączyć? Pogłębienie tej relacji i przyprawienie jej silniejszymi emocjami pozwoliłoby jeszcze lepiej zrozumieć motywacje Jean. Więcej scenek z życia małżeńskiego, pani Barton, więcej!

Powieść sprawia wrażenie takiej „suchej”, pozbawionej emocji prozy, jak historia spisana dawno po zaleczeniu ran. Trudno mówić tutaj o znaczącym napięciu, bo zaburzenie chronologii i podział na czterech narratorów raczej wystudzają, niż potęgują zaniepokojenie czytelnika. Owszem, pod skórą czai się dyskomfort, bo trudno podejść spokojnie do takiej sprawy, ale nic nie mrozi nam krwi w żyłach i nie wczepiamy się rozpaczliwie w tom, czekając na dalszy rozwój akcji. W trakcie lektury odniosłam wrażenie, że kreowanie atmosfery i budowanie napięcia nie były dla autorki najważniejsze. Brzmi to przewrotnie, biorąc pod uwagę fakt, że mamy do czynienia z thrillerem psychologicznym. Barton zaangażowała się w budowanie psychiki kobiety, która musi zmierzyć się z niewyobrażalnym. Z jednej strony to zaprocentowało, bo Jean Taylor jest interesującą bohaterką, ale z drugiej widać niedociągnięcia, bo trudno zajrzeć do umysłu, jednocześnie nie zaglądając do uczuć.

„Wdowa” to książka, którą można określić mianem całkiem niezłej. Stanowiąc komentarz do zachowań środowisk skupionych wokół tragedii, przedstawia portret osoby, która staje się ogniwem łączącym bycie ofiarą z byciem przestępcą. Jednak „Wdowa” ma też swoje wady, a niedociągnięcia przeszkadzają tym bardziej, im dłużej rozmyślamy o poszczególnych elementach powieści. Czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, co mogło być lepiej i jakby ta powieść wyglądała, gdyby faktycznie było lepiej. Jest nieźle, ale Barton nie wygląda mi na autorkę, której by to wystarczało. Stworzyła interesującą pierwszoplanową postać kobiecą, ukazała kulisy branży, w której od lat pracuje i sprawnie nakreśliła dramatyczną sytuację – to dużo jak na debiut i daje nadzieję, że następne książki będą lepsze. Po „Wdowie” przyjdzie czas na „Dziecko” (The Child). Kate Waters powróci w kolejnym tomie, którego światową premierę przewidziano na maj 2017 roku. Co tym razem odkryje dociekliwa dziennikarka?

________
*Oznaczone cytaty pochodzą z recenzowanej powieści.

9 lis 2016

I obiecuję ci... darmowe książki! - akcja CzytajPL

Kod działa - już testowałam :)

Podziel się książkami z innymi! Za obietnicę!

Chciałbyś komuś zrobić niespodziankę? Czerpiesz przyjemność z uszczęśliwiania przyjaciół? A może chcesz pomóc poprawić stan czytelnictwa w Polsce? Jeśli chociaż na jedno z pytań odpowiedziałeś twierdząco, to znaczy, że musisz dołączyć do akcji Czytaj PL! Od 9 listopada można dzielić się ze znajomymi grafikami z kodem do darmowych e-booków i audiobooków. Zupełnie za darmo. Wystarczy złożyć obietnicę.

Czytaj PL jest największą na świecie kampanią promującą czytelnictwo. Od 2 listopada plakaty z okładkami 12 bestsellerów i kodem QR, który umożliwia ich bezpłatne wypożyczenie na 30 dni, znalazły się na ulicach 16 miast Polski. Organizatorzy akcji postanowili odpowiedzieć na głosy internautów i umożliwili akcji dotarcie do mniejszych miejscowości, a także poza granice kraju. W tym roku aplikacja po raz pierwszy pozwala na dzielenie się darmowymi e-bookami i audiobookami ze znajomymi. Wystarczy ze strony www.czytajPL.pl pobrać specjalne grafiki z kodem QR umożliwiającym wypożyczenie książek i umieścić je w swoich kanałach społecznościowych. Można również wydrukować plakat i powiesić go w zaprzyjaźnionym sklepie, domu kultury, czy kawiarni w swojej miejscowości. Pobranie grafik i plakatów jest jednocześnie złożeniem obietnicy rozpowszechnienia ich i zarażania czytaniem innych. Osoby, które zdecydują się promować czytanie w ramach akcji, mogą wziąć udział w konkursie, w którym do wygrania są: podświetlany czytnik e-booków Kindle Paperwhite 2, góra słodyczy, bony na zakupy w księgarni Woblink oraz kody rabatowe na e-booki gwarantowane dla wszystkich uczestników. Jako pierwsza obietnicę złożyła redakcja jednego z najpopularniejszych portali literackich, Niestatystyczny.pl.

Kolekcję Czytaj PL tworzy 12 książek, które dobrano tak, by każdy, niezależnie od literackiego gustu, znalazł coś dla siebie. Wszystkie tytuły są bestsellerami, a ich łączny nakład przekracza 10 milionów egzemplarzy. Są wśród nich pozycje zaliczane do klasyki swoich gatunków, jak „Inne pieśni” Jacka Dukaja czy „Lśnienie” Stephena Kinga, jak i nowe tytuły, jak „Trawers” napisany przez Remigiusza Mroza, określanego mianem najgorętszego nazwiska polskiego kryminału, „Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza, następcy Stiega Larssona, czy „Czerwony kapitan” Dominika Dana, na podstawie którego nakręcono film z Maciejem Stuhrem w roli głównej. Na półce wirtualnej wypożyczalni znalazła się także biografia największego wizjonera XXI wieku Elona Muska i książki dla poszukiwaczy ciekawostek naukowych – „W rzeczy samej” Marka Miodownika, oraz dla miłośników języka polskiego i Pauliny Mikuły. Pulę dwunastu tytułów zamykają „Złodziejska magia”, czyli pierwsza część popularnej trylogii fantasy „Prawo millenium” Trudi Canavan, kultowy „Kajko i Kokosz. Szkoła latania”, popularna na całym świecie opowieść dla młodzieży o magicznym krześle stworzona przez Andrzeja Maleszkę oraz „Ósme życie” gruzińskiej pisarki Nino Haratischwili.

Aby skorzystać z darmowych książek należy ze sklepu App Store lub Google Play pobrać aplikację Woblink i przejść do zakładki Czytaj PL. Następnie można już skanować kody QR umieszczone na ponad 600 nośnikach w 16 miastach dające darmowy dostęp do konkretnych książek. Czytaj PL trwa od 2 do 30 listopada. Lokalizator darmowych wypożyczalni e-booków można znaleźć na stronie www.czytajPL.pl

21 paź 2016

Festiwal Conrada - europejska stolica literatury

Już za kilka dni startuje Festiwal Conrada, jeden z najważniejszych festiwali literackich w Europie. Hasłem przewodnim tegorocznej, 8. edycji, jest intensywność. Zarówno w pasji do literatury, jak i różnorodnym zaangażowaniu w kulturę. Udowadnia to pełny program festiwalu.

Niemal stu gości z Polski i z zagranicy, ponad osiemdziesiąt spotkań, dyskusji, pasm filmowych i warsztatów. Od 24 października Kraków stanie się na tydzień europejską stolicą literatury. Każdy dzień skupiony będzie wokół innego oblicza Intensywności: Języków, Wiary-niewiary, Emocji, Krajobrazów, Napięć, Zmysłów i Map. „8 edycja Festiwalu Conrada różni się od poprzednich tym, że rezygnujemy z głównego tematu, w zamian zaś kładziemy nacisk na postawę” – tłumaczy Michał Paweł Markowski, Dyrektor Artystyczny Festiwalu.

Do Pałacu Czeczotki, nowego centrum tegorocznej edycji festiwalu, zawitają gwiazdy literatury z całego świata. Będą to Michael Cunningham, autor słynnych „Godzin”, Australijczyk Richard Flanagan, którego „Księga ryb Williama Goulda” zyskała już status powieści kultowej, czy najmłodsza laureatka nagrody Bookera, nowozelandzka pisarka Eleanor Catton. Kraków odwiedzi też Samar Yazbek, pisarka, która w „Przeprawie. Moja podróż do pękniętego serca Syrii” wróciła do ojczyzny, by opisać kraj pochłonięty konfliktem.

Na festiwalu nie zabraknie kontekstu środkowoeuropejskiego. Ze zbiorem opowiadań „Oskubana papuga Rebego” zawita do Krakowa Géza Röhrig, odtwórca głównej roli w filmie „Syn Szawła”, węgierski chasyd i undergroundowy rockman. W dniu, który przebiegnie pod znakiem pytań o Krajobrazy, uwaga zostanie skupiona również na prozie ukraińskiej, zwłaszcza w jej młodszym wydaniu. A jeśli Europa Środkowa, to oczywiście i Polska. Na festiwalu spotkać będzie można cały przekrój przedstawicieli polskiej sceny literackiej – od Andrzeja Ledera, który dokonał analitycznej wiwiseksji na polskiej klasie średniej, przez laureata nagrody im. A Woyciechowskiego, dziennikarza Pawła Reszkę, po literacką gwiazdę, Szczepana Twardocha, który w swojej twórczości konsekwentnie przygląda się polskiej tożsamości i Polsce z pierwszej połowy XX wieku.

W czasie Festiwalu Conrada po raz drugi zostanie wręczona Nagroda Conrada, pomyślana jako wsparcie dla młodych twórców. Formuła konkursu jest otwarta. Nominowanych wyłania kapituła konkursowa, lecz o wyniku zadecydują czytelnicy, oddając głos na stronie internetowej. Docenieni zostali Marek Adamik za „Sens nonsensu”, Magdalena Kicińska i jej „Pani Stefa”, Żanna Słoniowska za powieść „Dom z witrażem”, Tomasz Wiśniewski, autor „O pochodzeniu łajdaków, czyli opowieści z metra” oraz Weronika Murek, autorka głośnego debiutu, który znalazł się w finale Nike, zbioru opowiadań „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”.

Festiwal Conrada, już po raz ósmy organizowany przez Miasto Kraków, Krakowskie Biuro Festiwalowe oraz Fundację Tygodnika Powszechnego, jako jedyny w Europie znalazł się w światowej czołówce najważniejszych festiwali literatury według prestiżowego The London Book Fair International Excellence Awards 2016. Jak co roku towarzyszyć mu będą Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Od 24 października Kraków stanie się międzynarodowym centrum literackich spotkań.

Festiwal Conrada, 24-30 października, Kraków

19 paź 2016

„Mniej złości, więcej miłości” - Natalia Sońska

Tytuł: Mniej złości, więcej miłości
Autor: Natalia Sońska
Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2016
Ilość stron: 324
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Czwarta Strona
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać


Miłość silniejsza od… miłości


„Mniej złości, więcej miłości” na pierwszy rzut oka wygląda niewinnie, kolorowo, jak chwila na styku wiosny i lata. Obiecuje historię skąpaną w ciepłych, popołudniowych promieniach, które dodatkowo rozgrzeją serce i za sprawą miłości pokażą świat w lepszym świetle. Mając w pamięci zimową opowieść Hani z „Garści pierników, szczypty miłości”, spodziewałam się, że tom opowiadający o losach jej najlepszej przyjaciółki Kingi, roztopi resztki lodu i zaoferuje soczystą od uczuć, wakacyjną lekturę.

Okazało się jednak, że tak samo jak opisana historia, oprawa tej powieści jest zwodnicza.

Kingę poznaliśmy jako bohaterkę drugoplanową w powieści „Garść pierników, szczypta miłości”. Tym razem dziennikarka wskoczyła na zaszczytne pierwsze miejsce. Kobieta dzieli życie pomiędzy redakcję pisma modowego „Pearl” a ukochanego fotografa Daniela i naprawdę nie ma powodów do narzekań. Miłość kwitnie, o pracy trudno powiedzieć coś niepochlebnego i zdaje się, że los naprawdę jej sprzyja. Niestety, Kinga szybko przekonuje się, że nawet najpiękniejsza bańka mydlana musi w końcu pęknąć. Pod znakiem zapytania staje to, czego była pewna, a cała reszta zostaje wywrócona do góry nogami. Poszukiwanie kawałków rozbitego życia zaprowadzi ją do rodzinnego domu i w głąb niezwykłej historii, a także wplącze w intrygę, której skutków nikt nie jest w stanie przewidzieć.

„Mniej złości, więcej miłości” było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się, że trafię na taką mieszankę! Wiosenna, delikatna okładka i wprowadzenie rodem z klasycznej powieści kobiecej może zmylić czytelniczkę i utwierdzić ją w przekonaniu, że ma do czynienia z typowym romansem, czy też „obyczajówką”. W tym przypadku sytuacja wygląda nieco inaczej… Wątki obyczajowe przeplatają się z warstwą kryminalno-sensacyjną, historia miłosna sąsiaduje z sagą rodzinną, a w centrum wydarzeń oczywiście znajduje się Kinga. Jej perypetiami można by obdzielić kilka bohaterek i każda z nich znalazłaby się w niezłych opałach. W trakcie lektury rozdział po rozdziale odsłaniamy kolejne tajemnice oraz powiązania pomiędzy bohaterami. A barwnych postaci nie brakuje! Prym wiedzie oczywiście Kinga, która jest interesującą, naprawdę nieźle wykreowaną bohaterką. Zresztą, nic w tym dziwnego, skoro jej mama i babcia również są nietuzinkowymi kobietami – najwyraźniej panie mają to w genach. Ponad czasem plączą się losy pokoleń, tworząc wielopłaszczyznową opowieść o miłości, wierności i poświęceniu. Dialog teraźniejszości z przeszłością stanowi jeden z najlepszych elementów powieści i w moim odczuciu jest to kierunek, w którym powinna podążyć autorka. Widać, że stara się tworzyć nowe rozwiązania i nie korzystać z wyświechtanych chwytów. Jednak zgodnie z myślą, że co za dużo, to niezdrowo, w tym całym zamieszaniu trochę ucierpiała historia. Próba okiełznania tak różnych wątków zaowocowała małym chaosem, który wkradł się w zachowania niektórych bohaterów, rozwój wypadków czy zbiegi okoliczności. Szczególnie wątek kryminalny ma najwięcej najsłabszych momentów. Wprowadza jedną z nowych bohaterek, która odgrywa ważną rolę, jednocześnie drażniąc czytelnika swoim zachowaniem. Podejmowane przez nią decyzje i „genialne” pomysły są zbyt denerwujące, by móc ubrać je w komizm. „Mniej złości, więcej miłości” byłoby spójniejsze, gdyby przesunięto ciężar z płaszczyzny sensacyjnej i nowej bohaterki na perypetie samej Kingi. Jej udział w kryminalnej intrydze jest zrozumiały, ale w obecnej formie rozprasza i niepotrzebnie odwraca uwagę od najciekawszych zagadnień. Pisarka starała się utrzymać w ryzach elementy pochodzące z różnych gatunków, ale czasem te różnice są nie do pogodzenia. Jednak jedno jest pewne – nie brakuje jej pomysłów na tą i pewnie kolejną powieść.

Czasem od miłości silniejsza jest tylko… miłość. Ta przewrotna myśl przyświeca drugiej powieści Natalii Sońskiej, która stanowi zaskakujące uzupełnienie „Garści pierników, szczypty miłości”. Zgodnie z obietnicą jest to opowieść barwna jak lato, ale warto pamiętać, że nawet pośród pięknych letnich dni mogą znaleźć się ciemne, burzowe chmury. A jak sobie radzić w tych gorszych chwilach? Na to też jest sposób: mniej złości… I więcej miłości.

5 paź 2016

„Prawo Mojżesza” - Amy Harmon

Tytuł: Prawo Mojżesza
Autor: Amy Harmon
Wydawnictwo, rok wydania:
Ilość stron: 329
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Septem


Kintsugi znane także jako kintsukuroi to rodzaj japońskiej sztuki naprawiania rozbitych przedmiotów. Popękana ceramika nie jest wyrzucana tylko ratowana, a pęknięcia są wypełniane specjalną mieszanką z użyciem złotego bądź srebrnego pyłu. Roztrzaskane naczynia otrzymują drugie życie i niejednokrotnie zyskują na wartości. Składanie fragmentów na nowo za sprawą złota przekłada się na myśl, zgodnie z którą błędy, potknięcia i załamania oraz radzenie sobie z nimi stają się ważnym elementem historii, nie zaś czymś, co przesądza o wartości i przekreśla przyszłość. Pęknięcia przestają być ukrywane, a stają się pięknym świadectwem przeżyć.

Mojżesz już przed narodzinami nie miał łatwego życia. Jego matka była narkomanką, a on przyszedł na świat z piętnem – stał się dzieckiem cracku, kompletną osobą złożoną z pęknięć. Porzucony w koszu na pranie, od zawsze był tym „innym”. Osierocony, opuszczony, przerzucany z domu do domu przez ludzi, którzy go nie chcieli, z nikim nie potrafił nawiązać bliższego kontaktu. Szukał swojego miejsca na świecie, za przewodnika mając swój niezwykły artystyczny talent. W końcu droga poprowadziła go do pewnego miasteczka, gdzie jego los odmieni się na zawsze… Siedemnastoletnia Georgia jest silna i zdecydowana, ma plany na przyszłość i z całego serca kocha pracę z końmi na farmie rodziców. Ranczo jest jej miejscem na ziemi. Pewnego dnia na farmie pojawia się tajemniczy nastolatek, który ma pomagać mieszkańcom w codziennych zajęciach. Dziewczyna próbuje się do niego zbliżyć, zajrzeć w głąb przez pęknięcia, ale to nie takie łatwe – nie, gdy cały świat ostrzega ją przed nim, nie, gdy Mojżesz próbuje wyrwać się z uścisku jej cierpliwości. Jednak serce Georgii nie zamierza się poddać. 

W rozbitym życiu Mojżesza pojawia się ktoś, kto chce wypełnić pęknięcia. Tym złotem staje się Georgia.

Moja znajomość z Amy Harmon nie rozpoczęła się od fajerwerków. Iskrzenia od pierwszego wejrzenia też nie było. Oczekiwania zbudowane na cudzych pieśniach pochwalnych postawiły przed autorką wyzwanie, któremu… nie sprostała tak do końca. Z drugiej strony trudno też mówić o porażce. Historia stworzona przez Harmon niewątpliwie ma swój urok i łączy pomysłowe rozwiązania, które nieczęsto pojawiają się w romansach, jednak czegoś mi zabrakło… Tym czymś są emocje. Relacja Mojżesza i Georgii, szczególnie w pierwszej części powieści, przechodzi od nieśmiałego flirtu do istnej eksplozji. Tylko że ja tego nie zauważyłam – a raczej nie odczułam. Widzimy starania Georgii, która próbuje wślizgnąć się w pęknięcia powstałe w murze, który zbudował wokół siebie Mojżesz. Widzimy Mojżesza, który zmaga się ze swoją przeszłością i z potrzebą bycia kochanym. Widzimy młodych ludzi połączonych uczuciem tak silnym, że mogą mu się tylko poddać. Jednak wszelkie czyny i podszyte romantyzmem sytuacje nie niosą ze sobą żadnych silniejszych uczuć. Autorka próbuje pokazać niezwykłość tej relacji, ale nie za bardzo jej to wychodzi. Gdyby nie wzniosłe słowa i mówienie wprost, jak bardzo się kochają, to ta miłość mogłaby czytającemu umknąć. Początek i rozkwit tej relacji pod kątem emocjonalnym zupełnie mnie nie przekonuje. Jak nam romans… to jest dość beznamiętnie. Chyba panuje jakaś plaga, bo mogłabym przysiąc, że już kiedyś pomyślałam tak o innej książce. 

U Amy Harmon podobało mi się wszystko to, co romansem nie było. Na całe szczęście mam z czego wybierać. Pomysł na historię ratuje „Prawo Mojżesza”, maskując niedociągnięcia wątku romantycznego. Jest ciekawie, odrobinę paranormalnie, a nawet… kryminalnie. Delikatność przeplata się z rozpaczą, piękno z desperacją, a wszystko łączy ze sobą duchowość, co nadaje historii niezwykłe barwy. Pomysłowości zdecydowanie Harmon nie brak. Życie Mojżesza staje się tłem dla perypetii ludzi poturbowanych przez los, zagubionych bądź skrzywdzonych. Jego dar otwiera nowe ścieżki w losach bohaterów, ujawnia dawno pogrzebane tajemnice, a także… koi. Jednak za spokój, który przynosi, Mojżesz musi zapłacić wysoką cenę. W obliczu ostrzeżenia widniejącego na okładce (historia bez szczęśliwego zakończenia) nie sposób nie snuć domysłów na temat tego, co może przydarzyć się bohaterom – a biorąc pod uwagę smutek, który kryje się na kartach powieści, łatwo o czarne myśli. Odniosłam wrażenie, że śledzenie osobnych ścieżek Mojżesza i Georgii było ciekawsze niż ich wspólna opowieść. Może wzięło się to z faktu, że nie przekonała mnie ich relacja? To interesujące, że przekonali mnie do siebie jako jednostki, ale nie jako para. Ich dorastanie, przechodzenie przez osobiste piekło i w konsekwencji stawanie się innymi osobami było interesujące. Mamy do czynienia z metamorfozami, które opierają się nie tylko na zakazanym uczuciu – rolę odgrywa wiele czynników, można powiedzieć, że są one kompleksowe. 

„Prawo Mojżesza” to słodko-gorzka opowieść, która przez rozpacz wznosi bohaterów ku nadziei. To nie tylko historia Mojżesza i Georgii – to przede wszystkim historie ludzi, których spotkali na swojej drodze, to paleta uczuć i mozaika losów, której elementy połączyły pęknięcia wypełnione przez miłość.

Amy Harmon musi się jeszcze trochę postarać, by zjednać sobie moją sympatię, jak zrobiły to Colleen Hoover i Mia Sheridan, dlatego niecierpliwie czekam na polskie wydanie „Making Faces”, które, o ile się nie mylę, jest jej najpopularniejszą powieścią.

30 wrz 2016

„Dziewczyna z Bostonu” - Anita Diamant

Tytuł: Dziewczyna z Bostonu
Autor: Anita Diamant
Wydawnictwo, rok wydania: WAB, 2016
Ilość stron: 352
Cena: 39,99 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo WAB


Życie nigdy nie jest zwyczajne

Zdarza się, że na pewnym etapie życia budzi się w nas ciekawość dotycząca naszych korzeni. Wypytujemy rodziców, dziadków, a nawet jeśli mamy szczęście, to poznajemy wspomnienia pradziadków. Sięgamy w głąb, w przeszłość, która jest dla nas najważniejsza – przeszłość naszej rodziny. Historia naszych bliskich zderza się z Wielką Historią i nawet jeśli życie jednostki było zwyczajne jak na tamte czasy, to dla nas jest ono fascynujące. Pamięć trwa dzięki przekazywanym wspomnieniom, a my możemy zyskać niezwykłą perspektywę na własne życie. Przecież znajdujemy się w takim, a nie innym miejscu dzięki drodze, jaką przebyli nasi bliscy.

Taka myśl przyświeca dwudziestokilkuletniej Avie, która pytaniem: „jak stałaś się kobietą, którą jesteś dzisiaj?” otwiera skarbiec, jakim jest pamięć jej babci. Addie Baum żyła w przełomowych czasach i na własnej skórze odczuła zachodzące wówczas przemiany. Urodzona w 1900 roku córka pary żydowskich imigrantów w trakcie swojej opowieści wielokrotnie przytacza słowa „jestem dziewczyną z Bostonu”, jakby to w nich kryła się odpowiedź na pytanie wnuczki. Na granicy tradycji i nowoczesności, powinności i pragnień, Addie odnalazła swoją tożsamość. A wszystko zaczęło się od…

„Jak stałam się kobietą, którą jestem dzisiaj?”. Początek nastąpił w tej bibliotece, w kółku czytelniczym. Wtedy zaczęłam wieść własne życie.*

Kolejne etapy życia Addie kręcą się wokół rodzinnego domu; surowej, nieokazującej uczuć matce, religijnym ojcu będącym głową rodziny oraz sióstr, również mających niełatwe relacje z rodzicami. To tam zawsze wraca, bez względu na to, jak mocno oddaliła się, poszukując siebie. A Addie nieustannie szuka – w sztuce, w innych ludziach, w nauce. Postępująca emancypacja kobiet otwiera przed nią nowe możliwości, ale nadal musi walczyć o prawo do wyboru, wbrew ustalonym zasadom i pragnieniom rodziców. Podjęcie nauki, rozwój intelektualny, poślubienie mężczyzny, którego się pokochało, podjęcie pracy w wymarzonym zawodzie (a czasem nawet sam fakt, że można rozpocząć karierę zawodową), prawo do wyrażania swojej opinii to elementy, bez których współczesne kobiety nie wyobrażają sobie życia. Jak udowadniają perypetie Addie, kiedyś wcale nie były one takie oczywiste. Mogą być rozczarowani czytelnicy, którzy oczekują pełnej rozmachu, emocjonującej opowieści z absolutnie niepowtarzalną bohaterką stojącą w samym środku burzliwych przemian. Addie nie rzuca się na barykady, nie walczy w imieniu „sprawy”, nie stoi w centrum wspomnianej Wielkiej Historii, raczej żyje na jej obrzeżach. Tam także dociera rasizm, opowieści o sierocych pociągach i wyzysku dzieci, czy pandemia grypy. Staruszka opowiada o odpryskach tych ważnych wydarzeń w swoim życiu, o tym, jak wpłynęły one na życie najbliższych, ale poza tym jest jedynie jedną z milionów ówcześnie żyjących kobiet. Choć w jej życiu nie brakowało dramatów, to są to sytuacje, które mogłyby przydarzyć się także innym osobom – choroby i śmierć bliskich, złamane serce, problemy zawodowe. Addie jest w dużej mierze symbolem, za którym kryje się wspólny trud, poświęcenie, ale także radość i siła ówczesnych kobiet. „Dziewczyna z Bostonu” to również zapiski o przyjaźni trwającej całe życie. Dziewczęta, które razem wchodziły w dorosłość, wybrały różne drogi. W tych niełatwych czasach miały pomysł na siebie – i zawalczyły. Niektóre z nich nie miały nic wspólnego ze zwyczajnością, a dzięki swojej barwności stworzyły sobie całkiem nowe ścieżki. Żałuję, że nie poświęcono im więcej miejsca, bo ze wspomnień głównej bohaterki można wywnioskować, że były to prawdziwie fascynujące kobiety. Niestety, czasem w trakcie lektury można odnieść wrażenie, że w obecnej formie te wspomnienia mają wartość tylko dla dwóch osób – dla samej Addie, dla której są one częścią życia, oraz dla jej wnuczki Avy, ze względu na więzi emocjonalne. Osoby postronne, a przecież takimi są czytelnicy, mogą znudzić się słuchaniem opowieści o nastoletnim podlotku, który udaje się na randkę, czy innych anegdot, w których codzienność zderza się z przyziemnością. Etap młodości Addie jest opisany zbyt rozwlekle, zabierając miejsce późniejszemu, dorosłemu życiu. Jednak wśród tych historii pojawiają się też takie, które przykuwają uwagę czytelnika. Szczególnie zapadły mi w pamięć rozdziały poświęcone pracy Addie w gazecie. One rzucają sporo światła na to, jak były postrzegane kobiety oraz jak same odnajdywały się w tej roli; powinny interesować je jedynie kroniki towarzyskie, kto z kim się spotkał, jaki miał strój, jaki skandalik wywołano na salonach. Artykuły poświęcone ważnym zjawiskom społecznym były grzebane pod miałką treścią i poddawane krytyce, bo kobiety mdlały, czytając o okrucieństwach świata i w gruncie rzeczy taka wiedza rzekomo nie była im do niczego potrzebna. Gdy o tym pomyślimy, to w dobie kolorowych gazetek i portali plotkarskich, nadal niewiele się zmieniło. A może, biorąc pod uwagę walkę Addie – chodzi o to, by mieć wybór, czy chce się pisać i czytać o kobiecych błahostkach, czy tworzyć oraz poznawać reportaże? I co stoi na przeszkodzie, by korzystać z obydwu form? To właśnie leży u podstaw „Dziewczyny z Bostonu”: wybór – możliwość, na której opiera się całe życie.

Książka Anity Diamant to przede wszystkim opowieść o zwyczajności w niezwyczajnych czasach. „Dziewczyna z Bostonu” spokojnie płynie przez burzliwy czas, w którym zmieniał się świat, a kobiety odkrywały swoją siłę oraz miejsce wśród zmian. Bohaterki stworzone przez Diamant przecierały ścieżki, na nowo definiując bycie dobrą żoną, matką, pracownicą – bycie kobietą, bycie sobą. Ich wysiłki nadały kierunek czasom, w których obecnie żyjemy.

Dziewczyny z Bostonu były, są i będą wśród nas.

26 wrz 2016

Ciekawość zapłonie dzięki lampionom - jeden dzień, jedno miejsce i 10 tysięcy egzemplarzy jednej książki


Najważniejsza premiera tej jesieni – „Lampiony” Katarzyny Bondy zapłoną już 28 września 


Jeden dzień, jedno miejsce i 10 tysięcy egzemplarzy jednej książki. LAMPIONY POP UP STORE, wyjątkowa księgarnia z jedną książką, zostanie otwarta na placu Unii Lubelskiej w Warszawie już 27 września. To wszystko z okazji premiery „Lampionów” Katarzyny Bondy.

LAMPIONY POP UP STORE to pierwsza w Polsce księgarnia, w której można kupić tylko jedną książkę. Kilkadziesiąt regałów zostanie po brzegi wypełnionych tylko jednym tytułem – „Lampiony”. Ze swoimi wiernymi fanami spotka się także sama autorka. Z niecierpliwością oczekiwany trzeci tom serii kryminalnej pojawi się na rynku w wielkim stylu. Wszystkim odwiedzającym tę wyjątkową księgarnię na długo zapadnie w pamięć taka premiera książki. Ten dzień będzie należał do Katarzyny Bondy, najpopularniejszej polskiej pisarki, i „Lampionów”, najbardziej wyczekiwanej premiery jesieni 2016. 

Już 27 września miłośnicy literatury będą mogli odwiedzić księgarnię z tylko jedną książką w Centrum Handlowym Plac Unii City Shopping w Warszawie. To tu o godz. 10.00 nastąpi uroczyste otwarcie tego wyjątkowego miejsca, LAMPIONY POP UP STORE. Katarzyna Bonda sama wprowadzi czytelników do świata „Lampionów”. 

Otwarcie LAMPIONY POP UP STORE to kolejna spektakularna akcja związana z premierą książki Katarzyny Bondy przygotowana przez Wydawnictwo MUZA SA. W 2015 r. autorka podróżowała po Polsce specjalnie oznakowanym samochodem marki Mercedes W210, tytułowym „Okularnikiem”, z bagażnikiem wypełnionym egzemplarzami promowanej powieści.

Katarzyna Bonda zaprasza czytelników w godzinach:
10.00-13.00
17.00-20.00 

LAMPIONY POP UP STORE 
27 września, 10.00-21.00
Centrum Handlowe
Plac Unii City Shopping
Empik
ul. Puławska 2 

Link do wydarzenia na Facebooku [KLIK]

Wizualizacja 
W co dziesiątym polskim domu jest przynajmniej jedna książka Katarzyny Bondy. Jej „Okularnik” to jedna z najlepiej sprzedających się polskich powieści ostatnich lat. Królowa polskiego kryminału obiecuje, że w „Lampionach” – kontynuacji serii z Saszą Załuską –  podpali Łódź. Jak tego dokona? Dowiemy się już 28 września. 

W Łodzi wybucha panika. Nieobliczalny podpalacz terroryzuje i paraliżuje miasto. Nie wiadomo, która ulica, budynek, kamienica będą następne. Mnożą się pytania i wątpliwości, pojawiają się nowe ślady. Co skrywają łódzkie podziemia? Czy można dokonać zbrodni z miłości do miasta? Na miejsce przyjeżdża profilerka Sasza Załuska. By rozwiązać sprawę musi zmierzyć się ze swoim największym lękiem – ogniem. W dodatku powracające koszmary z przeszłości komplikują jej relacje z bliskimi. By zapomnieć o problemach, Załuska całkowicie oddaje się pracy. Czy to jednak nie jest pułapka? 

Mroczny klimat Łodzi, nieobliczalny podpalacz, osobliwi mieszkańcy i tajemnicze podziemia – taka jest nowa powieść królowej polskiego kryminału. Katarzyna Bonda zwodzi misternie skonstruowaną fabułą i doprowadza do zaskakującego finału. Autorka czerpie z lokalnego kolorytu i zasłyszanych opowieści. Pokazuje nieznane oblicze miasta – pełnego dysonansów – które posiada jedyny w swoim rodzaju mroczny urok i zagadkową historię. Nikt tak do tej pory nie opisał Łodzi – zapomnianego miejsca z charakterem, na wskroś wielokulturowego, pięknego i pociągającego w swej brzydocie. 

„Od początku wiedziałam, że będzie to najbardziej awanturnicza, zwariowana, ale i najbardziej polifoniczna opowieść, jaką przyszło mi napisać. Potrzebowałam jedynie odpowiedniego miejsca akcji, gdyż nigdy nie wybieram go przypadkowo ani z chwilowej potrzeby, pod wpływem emocji. To zawsze wybór świadomy i na zimno” – mówi o przyczynach umiejscowienia akcji powieści w Łodzi autorka.


Katarzyna Bonda – najpopularniejsza autorka powieści kryminalnych w Polsce. Wszystkie jej powieści zyskały status bestsellerów. Jest autorką trylogii kryminalnej z Hubertem Meyerem („Sprawa Niny Frank”, „Tylko martwi nie kłamią”, „Florystka”). Ogromną popularność oraz prestiżowe nagrody przyniosła jej seria z profilerką Saszą Załuską: „Pochłaniacz” otrzymał Nagrodę Publiczności na Międzynarodowym Festiwalu Kryminałów 2015, a „Okularnik” – nagrodę Bestsellery Empiku 2015. 

7 wrz 2016

„Idealna” - Magda Stachula

Tytuł: Idealna
Autor: Magda Stachula
Wydawnictwo, rok wydania: Znak literanova, 2016
Ilość stron: 384
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Znak


Sypiając z wrogiem

W naszym wydaniu będzie to prawdziwy melodramat, a nawet więcej, przerażający thriller z trupem w tle - obiecuje nam jedna z bohaterek, której życie utkane jest z sieci intryg i ziaren prawdy utopionych w beczce kłamstw. Część obietnicy została spełniona, ale jak to w przypadku oszustek bywa, szczerości nie otrzymuje się ot tak i zazwyczaj ma ona zamaskować o wiele groźniejszy przekręt…

„Idealna” pod kątem promocyjnym zdecydowała się na rozwiązanie genialne w swej prostocie. Oto w dobie tytułów, które prześcigają się w wymienianiu zdobytych nagród oraz tygodni spędzonych na listach bestsellerów New York Timesa, USA TODAY czy Wall Street Journal, debiut przewrotnie reklamuje się jako ten, który nie zdobył żadnych głośnych nagród, nie miał milionowego nakładu ani nie gościł na łamach żadnej listy bestsellerów (przynajmniej dotąd). Trzeba bardzo wierzyć w tytuł, by móc w taki sposób wyłamać się z tej utartej ścieżki sukcesu.

Thriller małżeński (czyli dosłownie przełożony marriage thriller) bardzo często stanowi swoiste zapiski z wojny. Pole bitwy to cztery ściany domu, świeżo uprane firanki zastępują drut kolczasty, a bomby spadają tylko do progu mieszkania, nie dalej. Czasem trup ściele się gęsto, przemoc wylewa się ze stron, a mroczne zakątki w psychice bohaterów jeżą włosy na głowie czytelnika. Związki bywają toksyczne, nie mniej toksyczni są wplątani w nie bohaterowie. Słowem: najgorsze zbrodnie wśród najbliższych osób. Choć taki rodzaj gier małżeńskich nie jest opisywany od wczoraj, to jednak nie da się ukryć, że świat oszalał na punkcie zbrodniczej miłości w tym samym czasie, gdy na rynku pojawiła się „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn. Później przyszedł czas na „Dziewczynę z pociągu” Pauli Hawkins, czyli kolejny sztandarowy tytuł domestic noir (też zbrodnie, tyle że nie tylko małżeńskie, a rodzinne, przyjacielskie czy sąsiedzkie). Trudno znaleźć thriller z tego nurtu, który nie byłby porównywany do książek Flynn albo Hawkins – czasem do obydwu naraz. Ten chwyt marketingowy zrobił się tak popularny, że w pewnym momencie całkowicie zatarła się jego wymowa.

„Idealna” nie tyle jest mrożącym krew w żyłach thrillerem, ile tytułem, który zapuszcza się na tereny należące do thrillera psychologicznego i miesza je z dużą dawką powieści obyczajowej. I tutaj pojawia się kłamstwo przytoczone we wstępie: choć mamy melodramat i trupa w tle, to niekoniecznie jest przerażająco, a i dreszcze są delikatne. Rozbudowana warstwa obyczajowa rozcieńcza grozę i w pewnym stopniu rozjaśnia ciemne zakamarki w psychice bohaterów. Choć ich umysły są chore, to nie jest to najgorsza możliwa zgnilizna, na jaką można trafić, sięgając po thriller psychologiczny. Trawią ich obsesje, zżerają natrętne myśli i biegają w kółko, w którym krzywdzony staje się krzywdzącym, a krzywdzący – krzywdzonym. Jednak autorka nie eksploruje zagadnienia „jak bardzo zepsuty może być człowiek?”, nie kreuje bestii żerujących na szokujących tajemnicach; skupia się na obrazie małżeństwa, w którym każdy z partnerów żyje swoim życiem, na zwyczajnych ludziach, którzy mają swoje problemy. Nasza para, Anita i Adam, są znerwicowani, rozczarowani i znudzeni życiem, a ich historia brzmi dość znajomo. Kobieta marząca o dziecku, bezskuteczne starania zamieniające pożycie małżeńskie w niechcianą rutynę i w końcu rosnące problemy w związku to tematy często poruszane w tzw. literaturze kobiecej. Jednak gdy Anita zaczyna zachowywać się, jakby postradała zmysły, czytelnik zaczyna przeczuwać, że pod płaszczykiem damsko-męskich perypetii czyha coś jeszcze. Ktoś jeszcze. To władca marionetek pociąga za sznurki, samemu coraz mocniej wplątując się w sieć… Postacie „Idealnej” co prawda wpadają w niezłe bagno, mówiąc dobitnie, ale nawet wtedy nie tracą tej swojej zwyczajności. Gdy niespecjalnie interesujące życie wykonuje gwałtowny zwrot, nagle okazuje się, że grupka przeciętnych osobistości może stworzyć całkiem wciągającą opowieść. Wystarczy jeden występek w zwyczajności, który rodzi szereg niecodziennych problemów. Zło działa jak domino, pociągając za sobą kolejne zbrodnie. Szczególnie interesujący jest w „Idealnej” obraz małżeństwa i wykorzystanie dwóch perspektyw do pokazania tej samej sytuacji. Niektóre spostrzeżenia Anity czy jej męża Adama zaskakują bardziej, niż sama intryga, w którą zostali wplątani – i dają do myślenia. Magdzie Stachuli udało się świetnie uchwycić rdzeń nieporozumień, małżeńskich gierek, gdy z tych samych przeżyć wypływają zupełnie inne emocje. Zaglądamy do umysłów, które rodzą konflikty, balansujemy razem z bohaterami, gdy zmienia się dynamika ich związku i otrzymujemy naprawdę interesujący obraz miłości w obliczu małżeńskiego kryzysu.

Czy intryga może być przewidywalna i pomysłowa jednocześnie? Nie sądziłam, że coś takiego jest możliwe, ale „Idealna” wyprowadziła mnie z błędu. Opisana zagadka w teorii powinna działać bez zarzutu, ale w praktyce… W praktyce ta konstrukcja ma jedno duże niedociągnięcie. Zdecydowanie za szybko ułożyłam puzzle dotyczące naszego tajemniczego prześladowcy oraz jego wpływu na życie Anity. Wąski krąg podejrzanych nie daje co prawda zbyt dużego pola do popisu, a jeśli czytelnik zda się na skojarzenia podczas wnikliwej lektury powieści, to może samodzielnie rozwiązać jedną z intryg na długo przed tym, gdy autorka przedstawi finalny, brakujący element układanki. Myślę, że pewna znacząca wskazówka pojawiła się zbyt szybko, przez co połączenie reszty kropek nie było trudnym zadaniem. Na dodatek, choć bohaterka jest prześladowana w zaciszu swojego domu, czytelnik… czuje się bezpiecznie. Brakowało mi większej dawki napięcia i budowania atmosfery, która sprawiłaby, że zaczęłabym nerwowo rozglądać się po własnym mieszkaniu. Zapowiedź położyła nacisk na sylwetkę kobiety rzadko wychodzącej z domu, a jeśli dołożymy do tego wspomniane prześladowanie w czterech ścianach, to nietrudno o przekonanie, że czeka na nas klaustrofobiczna klatka, klimat ciężki od nieustannego poczucia zagrożenia – a właśnie tego brakuje. Suspens budowany na wzajemnie uzupełniających się perspektywach nie niesie ze sobą szczególnego ładunku. Nie tkwimy pomiędzy rozdziałami w tym nieznośnym oczekiwaniu dotyczącym rozwoju wypadków. Na szczęście nie jest to jedyna zagadka, bo stalking stanowi rodzaj wprowadzenia, spinając losy bohaterów i prowadząc je w dość nieoczekiwanym kierunku. Podczas gdy jedna z zagadek w „Idealnej” nie zaskoczyła (choć mogła), druga z nich rozgrywa się na zupełnie innym poziomie. Akcja zaczęła nabierać tempa, aż do finału spod znaku „nie mrugnij, bo coś przegapisz”. Z zaciekawieniem przewracałam kolejne strony, zastanawiając się, co jeszcze łączy osoby, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego oraz jak skończy się ich historia. Należy pogratulować autorce oryginalnego pomysłu zbudowanego na czymś tak niepozornym, jak kamery monitoringu. Anita, podobnie jak Rachel z „Dziewczyny z pociągu”, fantazjuje na temat obcych osób, które obserwuje, ale to jej obserwacje mocniej pobudzają wyobraźnię czytelnika. Oto jednocześnie jesteśmy blisko z innymi i trzymamy się od nich z dala, świat jest na wyciągnięcie ręki i przez to nas też jakoś łatwiej dorwać. Na co dzień raczej nie zastanawiamy się nad tym, czy być może jesteśmy na czyimś celowniku, bo to ocierałoby się o paranoję. Świadomość, że zawsze jest ktoś, kto nas obserwuje, pociąga za sobą przerażające scenariusze i Magda Stachula postanowiła z tego umiejętnie skorzystać.

„Idealna” to obiecujący debiut, który nastraja optymistycznie, jeśli chodzi o przyszłość autorki. Ma mocne oręże w postaci swojej pomysłowości, którą musi teraz dobrze pokierować. Powieść promowana nieobecnością na listach bestsellerów, teraz będzie musiała się z tej formy reklamy wycofać, bo w obliczu takiego zainteresowania, na pewno zagości na łamach TOP rankingów książkowych. Polska odpowiedź na modny obecnie nurt nie jest idealna, ale udowadnia, że polscy debiutanci mają potencjał, by dorównać swoim amerykańskim kolegom zdobywającym listy bestsellerów.  

30 sie 2016

„Saga Ognia i Wody. Mroczny przypływ” - Jennifer Donnelly

Tytuł: Saga Ognia i Wody. Mroczny przypływ
Autor: Jennifer Donnelly
Wydawnictwo, rok wydania: Zielona Sowa, 
Ilość stron: 352
Cena: 34,90 zl


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Zielona Sowa


Odnaleźć światło w mrocznym przypływie

Gdy na twoich barkach spoczywają losy kraju, na kim możesz polegać, jeśli jesteś jedynym wybawieniem? Widzieliśmy księżniczki, które porzucały diademy i suknie na rzecz munduru ruchu oporu, proste dziewczyny z ludu stawały się symbolami walki o wolność, a teraz… przyszedł czas na syreny. Serafina, Neela, Ling, Ava, Becca i Astrid, bohaterki sagi stworzonej przez Jennifer Donnelly, otrzymały niezwykły dar, który w obliczu nadciągającej wojny wydaje się przekleństwem. Choć mogą polegać na sobie nawzajem, to jednak więź nie wystarcza, gdy dzieli je wielka głębia. Wtrącone do obozu pracy, desperacko pragnące dostać się do domu, by ocalić to, co pozostało czy kryjące wielkie tajemnice, przyjaciółki muszą znaleźć w sobie siłę. „Mroczny przypływ” to (równie niespokojna) cisza przed burzą oraz bezpośrednia kontynuacja „Gniewnej fali”. Syreny nadal poszukują magicznych amuletów, co jest bardzo karkołomnym zadaniem, nie tylko ze względu na fakt, że ukryto je w trudno dostępnych miejscach. Odzyskanie artefaktów może kosztować je życie, a na domiar złego, w ślad za nimi podążają wrogowie, w tym krwiożerczy jeźdźcy śmierci. Odzyskanie korony królestwa wydaje się niczym w porównaniu ze złem, które powoli zatruwa świat syren.

„Mroczny przypływ” łączy elementy, które są nam dobrze znane ze współczesnej literatury młodzieżowej. Stanowiąca oś opowieści walka, by obalić zło, budzi skojarzenia z takimi dystopiami jak „Igrzyska śmierci” czy „Niezgodna”, bo Donnelly tak samo jak Collins i Roth, skupia się na walce z wrogiem poprzez ruch oporu. Mamy do czynienia z przywódczynią ruchu, która stawia czoła uzurpatorowi i wraz z wiernymi towarzyszami sabotuje jego poczynania, a w tym samym czasie jej serce wyrywa się do ukochanego. Nietrudno pomyśleć o Katniss albo Tris, gdy patrzy się na perypetie Serafiny, jednak nie są to jedyne skojarzenia. Powieści dla nastolatków obfitują w sylwetki walecznych dziewcząt, od żebraczek do księżniczek, które mają w sobie dość odwagi, by podjąć trudne wyzwanie i postawić na szali wszystko, co ma dla nich wartość. Rzecz jasna każda z nich otrzymuje wsparcie ruchu oporu, ale to im przypada w udziale bycie symbolem. Podobny temat podjęła też Kiera Cass czy Victoria Aveyard. Młode bohaterki są wojowniczkami, które w trakcie kolejnych tomów dorastają do swojej roli, przechodzą metamorfozę, ale jedno pozostaje niezmienne: siła przyjaźni i miłości, czyli nieodłączne elementy strony dobra. Historia przeznaczona dla młodszego czytelnika niepozbawiona jest przesłania, refleksji i wartości zapisanych na kartach. Autorka pokazuje, dlaczego warto być dobrym, nawet jeśli otacza nas mrok i jak walczyć o to, w co wierzymy. A jeśli już o powieściach z przesłaniem mówimy, to warto wspomnieć, że w „Mrocznym przypływie” znalazło się nawet miejsce dla inspiracji Harrym Potterem! Wierni fani serii J.K. Rowling bez problemu rozpoznają kilka podobieństw do ukochanej serii. Jednak baśniowe dekoracje, czyli podwodny świat syren sprawia, że większość tych nawiązań nie drażni. Autorka konsekwentnie buduje królestwo, władając wymyślonymi przez siebie krainami, magicznymi obrzędami, językiem, tworząc własną mitologię. Barwna kreacja świata przedstawionego jest iście… magiczna, czy też baśniowa, stanowiąc jedną z najmocniejszych stron sagi.

To, co w zamyśle brzmi jak opowieść dla młodszych nastolatek, czyli grupa przyjaciółek będących syrenami i władających magią próbuje ocalić świat, zderza się z dworskimi intrygami, walką o władzę i bezlitosnymi prześladowaniami, czyli tematami, które zazwyczaj są zarezerwowane dla nieco starszych czytelników. Jednak Donnelly nie epatuje przemocą i zbytnio nie komplikuje podstępów, pod względem fabularnym oraz kreacji bohaterów stawia na prostotę, dzięki czemu „Mroczny przypływ” nadaje się dla młodszych czytelników tak samo, jak poprzednie tomy. Motywacje bohaterów są jasne, ich uczucia łatwe do rozszyfrowania, a postawy w dużej mierze wpisują się w czarno-biały podział. Dorosłe tematy skrojono na miarę młodszego nastolatka. Warto szczególnie podkreślić fakt, że „Mroczny przypływ” nie nuży, a przeplatające się wątki dotyczące poszczególnych syren oferują czytelnikom ekscytujące przygody i kolejne dawki emocji. Knowania wrogich sił nie dają bohaterkom czasu na odpoczynek, wielokrotnie wrzucając je w sam środek niebezpieczeństwa. Oprócz intryg nie brakuje także miłości i związanego z nią poświęcenia. Każda z syren przynosi perłę: miłość rodzicielska, zmuszająca do trudnych decyzji, sekretna miłość, wystawiona na wielką próbę, miłość, która dopiero zaczęła się rodzić, czy miłość, która nie powinna się przydarzyć…

„Mroczny przypływ” przyniósł niepokój i przygotowania do ostatecznego starcia. Losy podwodnych królestw spoczywają w rękach sześciu syren, które muszą zmierzyć się z mitycznym złem. Czy księżniczka Serafina znajdzie w sobie dość siły, by nie dać zwieść się wrogom? Będąca dobrą propozycją dla młodszego czytelnika, trzecia odsłona cyklu pióra Jennifer Donnelly, to opowieść o miłości, przyjaźni i odwadze, skupiająca się na uniwersalnych wartościach.

Pozostawiono nas nad przepaścią i tym samym zachęcono do sięgnięcia po kolejny tom sagi, zatytułowany „Pomyślne wiatry” – jednak dla kogo będą one pomyślne?

28 sie 2016

A jaki jest twój Empik?


W ostatnich dniach sierpnia w sondzie ulicznej zapytano Polaków o kulturę – o ich preferencje i zainteresowania. Nikt nie podejrzewał, co może zdarzyć się w ciągu dwóch minut. W ekspresowym tempie w centrum miasta wyrastały spersonalizowane oazy relaksu spełniające kulturalne marzenia. W ten sposób promowano nowy program lojalnościowy – Mój Empik.
Jedna dziennikarka, dwie lokalizacje, kilkudziesięciu szczęśliwców i kilkaset książek, filmów i płyt. Liczyły się tempo, intuicja i koordynacja. W jednej chwili Justyna Dżbik-Kluge zagadywała nieświadomego spacerowicza i pytała o kulturalne preferencje, a w kolejnej, za jego plecami ekipa techniczna aranżowała niezwykłą kulturalną przestrzeń. Na ruchliwym chodniku nagle pojawiał się regał zapełniony ulubionymi książkami, płytami i filmami danej osoby. Obok niego stawał domowy fotel i stolik. Z przenośnego odtwarzacza zaczynała płynąć muzyka ukochanych wykonawców. 

Ekipa ukryta w busie dzięki przekazowi na żywo był w stanie w ciągu dwóch minut wybrać spośród kilkuset kulturalnych produktów wskazywane przez przechodniów jako ich ulubione. Następnie w ciągu kilkunastu sekund musiał je niepostrzeżenie umieścić za ich plecami. Ukrytym kamerom pozostawało rejestrować zaskoczenie i radość „ankietowanych”. 

Akcja obrazuje sposób działania programu Mój Empik - największej sieci dystrybuującej dobra kulturalne w Polsce. To nie tylko specjalne promocje i rabaty dostępne dla wszystkich posiadaczy karty, ale przede wszystkim spersonalizowana oferta – nowo uruchomiony program będzie zapamiętywać kulturalne preferencje i dostarczy „uszyte na miarę” promocje, zaproszenia i informacje. Jeśli na przykład ktoś często sięga po reportaże, to jako pierwszy dowie się o premierach tej kategorii, dostanie rabat na książki tego gatunku i zaproszenia na spotkania z ulubionymi autorami. Nie ma konieczności noszenia przy sobie karty plastikowej, ponieważ program jest kompatybilny z aplikacją mobilną i przy kasie można okazać kod widoczny na ekranie smartfona. Skończy się też problem gromadzenia paragonów – zwrotu bądź wymiany produktów będzie można dokonać na podstawie historii zakupów zarejestrowanej na karcie. Co ważne, jeśli przystępując do programu pokażemy kasjerowi kartę z poprzedniego systemu lojalnościowego, zakupy zachowają ciągłość i szybciej zostaną dopasowane do nas osobiste propozycje. W ciągu pierwszych 4 dni w nowym programie lojalnościowym Empiku zarejestrowało się już 60 tysięcy osób.

__________

Osobiście skorzystałam z oferty i zarejestrowałam się online w programie Mój Empik. Szczególnie ciekawią mnie promocje i informacje "szyte na miarę", z których rzeczywiście będę mogła skorzystać - wcześniej zdarzało się, że zniżki dotyczył gatunków, które mnie nie interesują albo tytułów, które już przeczytałam. Czy moje wybory spotkają się z idealnymi sugestiami? Czas pokaże :) 

5 sie 2016

„Harry Potter and the Cursed Child/Harry Potter i Przeklęte Dziecko" - John Tiffany, Jack Thorne, J.K. Rowling

Tytuł: Harry Potter and the Cursed Child
Autor: John Tiffany, Jack Thorne, J.K. Rowling
Wydawnictwo, rok wydania: Little Brown UK, 2016
Ilość stron: 344

Polskie wydanie
Tytuł: Harry Potter i Przeklęte Dziecko. Część 1-2
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania:[zapowiedź] 22.10.2016
Cena: 39 zł


~~***~~


Potter…

Potter, Potter.

Co my tu mamy?

Mamy tych, którzy okrzyknęli „Przeklęte dziecko” udanym powrotem do świata czarodziejów, a w opozycji do nich stoją twierdzący, że to tylko fanfiction niskich lotów. Burza emocji, jaka rozpętała się po premierze książki, nie jest niczym nadzwyczajnym, jeśli weźmiemy pod uwagę nerwowe oczekiwanie wiszące w powietrzu od dobrych kilku miesięcy. Dla wielu osób seria o Harrym Potterze jest kultowa, spędzili z nią niemalże 20 lat* i, tak jak ja, traktują ją jako nieodłączną część swojego dzieciństwa. O tym, że magia Harry’ego nie gaśnie, przekonałam się osobiście, w trakcie odliczania kolejnych minut w koszmarnie długiej kolejce, która rozciągała się wzdłuż ulicy tylko po to, by zawinąć się za rogiem i ciągnąć dalej. Nagini nie mogłaby się równać z takim wężykiem. Widziałam dorosłych, nastolatki i dzieci, widziałam kostiumy, których nie powstydziliby się prawdziwi czarodzieje, widziałam emblematy Hogwartu, okulary z charakterystycznymi oprawkami, różdżki, białe sowy i walizki. Wielu przypłynęło na fali nostalgii, inni dopiero stawiają pierwsze kroki w świecie magii. 

Owiana tajemnicą opowieść w końcu trafiła do moich rąk.

J.K. Rowling, John Tiffany i Jack Thorne to trio stojące za sztuką „Harry Potter i przeklęte dziecko: część 1 i 2”. Pisarka, reżyser i dramaturg (a nie jak zdarza się to przedstawiać machinie marketingowej – sama Rowling) odważyli się na ryzykowny eksperyment; słowa wieńczące siódmy tom serii „wszystko było dobrze” dla wielu czytelników były i nadal są definitywnym pożegnaniem z historią Pottera. Pozostali, po części z ciekawości, po części z tęsknoty za magicznym światem, postanowili zajrzeć do krainy-po-szczęśliwym-zakończeniu. Czy może być coś więcej? Czy powinno być coś więcej? 

„Przeklęte dziecko” podejmuje opowieść w tym samym miejscu, w którym skończył się epilog „Insygniów śmierci”. Dziewiętnaście lat spokoju… dobiegło końca. Nad światem czarodziejów ponownie zbierają się czarne chmury, a w centrum zamieszania, jak zawsze, znajdują się Potter, Granger, Wesley oraz Malfoy. Borykając się z pracą, problemami rodzinnymi i przeszłością, która tak naprawdę nigdy nie odeszła, zdają się nie zauważać, że ich pociechy wkroczyły w wiek, który, przynajmniej dla nich, był przełomowy. Nastoleni Albus Potter zmaga się z ciężarem rodzinnego dziedzictwa, którego nigdy nie chciał – tak samo, jak nie chce być porównywany ze swoim słynnym ojcem. Trudno stać w cieniu „tego Pottera”, szczególnie jeśli nie ma się zadatków na bohatera. Scorpius Malfoy również boryka się z rodzinnym dziedzictwem – a raczej plotkami na jego temat. Niepodobny do swojego ojca, który również zaznaczył swój ślad w historii Hogwartu, po raz pierwszy Malfoy jest tym, z którym nikt się nie liczy. Ich ścieżki przecinają się w zaskakującym punkcie, pociągając za sobą splot nowych przygód i dylematów, jednocześnie eksplorując dawne historie, których źródła kryją się głęboko w przeszłości. Bo gdy Potter i Malfoy chcą coś udowodnić, to nikt ich nie powstrzyma.

Nowe pokolenie wkroczyło do Hogwartu, a w ślad za nimi podążyło zło… 

Ósmy tom ma w sobie sporo z nostalgicznego spojrzenia wstecz pomieszanego z igraniem z ideą „co by było, gdyby…” – co by było, gdyby pewne wydarzenia potoczyły się inaczej, co by było, gdyby bohater X spotkał się z bohaterem Y, z kolei całość jest podlana pozornie nieskrępowanym fantazjowaniem na temat dorosłości ukochanego trio. Jak na kolejny tom przystało, opowieść jest zakorzeniona w Hogwarcie, niezmiennie będącym stałym punktem w losach bohaterów – tych nowych i tych starych. Autorom nie brakuje fantazji, a większość ich pomysłów sprawiała, że parskałam śmiechem. Szczególnie jednej dużej rewelacji nie dało się przyjąć na serio. Myślę, że w tym tkwi słaba strona „Przeklętego dziecka” – w dobie fanfiction nikogo nie dziwi dopisywanie nowych historii, łączenie w pary bohaterów i opowiadanie losów ich potomstwa. Jednak w przypadku opowieści określonej mianem oficjalnego ósmego tomu oczekiwałam czegoś więcej niż „kombinowania” i budowania osi opowieści wokół postaci, której życiorys jest jakby żywcem wyjęty z fanfiction nastoletniego czytelnika, niezbyt wprawionego w literackim rzemiośle. W przeciwieństwie do poprzednich siedmiu tomów, ósemka cechuje się bardzo nierównym poziomem. Mamy do czynienia ze zderzeniem magii Rowling z jakimiś dziwnymi, nie do końca udanymi pomysłami, jakby ilość i jakość bawiły się w przeciąganie liny i w ogólnym rozrachunku to ilość wygrała. W trakcie lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ta burza pomysłów nie była w wystarczającym stopniu przemyślana i uporządkowana. Część z nich można by zmienić, z części zrezygnować, bo w obecnej wersji ta kakofonia rozpisana na stronach „Przeklętego dziecka” nie jest czymś, co pasuje mi do stylu Rowling i tego, jak prowadzi historie. Jak pisałam wcześniej, „Przeklęte dziecko” na szczęście zawiera w sobie iskry dobrze znanej potterowskiej magii i to dzięki niej otrzymujemy dość oryginalną i wciągającą historię. Powiem szczerze, że nie chciałam się z nią rozstawać, nawet mimo tych niedociągnięć. Na kartach scenariusza co rusz odnajdujemy perełki w postaci nawiązań do poprzednich tomów, więc znajomość serii jest niezbędna. Ożywianie wspomnień sprawia, że łza się w oku kręci i na dodatek zyskujemy nową perspektywę na wydarzenia, o których myśleliśmy, że już niczym nas nie zaskoczą. Wyobraźnia czytelników nabiera barw kilkukrotnie w trakcie lektury, ale w moim przypadku fantazjowanie pobudził w szczególności wątek poświęcony alternatywnej rzeczywistości. Choć niejednokrotnie, szczególnie w ostatnich tomach, seria mierzyła się z tematem mroku i zła, to ósmy tom pozwolił zajrzeć nam do świata, który przeraża i jeży włosy na głowie, ale także… ciekawi. Nie mogłam oprzeć się myśli, że chciałabym poczytać coś więcej na ten temat, chciałabym, by Rowling napisała o nim osobną powieść. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ryzykowne myślenie, ale wizja alternatywnego tomu, utrzymanego w takim klimacie… kusi.

Niezaprzeczalnie kryje się w „Przeklętym dziecku” potterowski klimat, ale nie wiem, czy jest go wystarczająco dużo, by móc z lekkim sercem powiedzieć „tak, to godny ósmy tom!”, bo „Przeklęte dziecko” godną kontynuacją serii bywa – we fragmentach dialogów, niektórych interakcjach pomiędzy bohaterami, kreacji postaci (absolutnie cudowny Scorpius, do którego należy ten tom), zdaniach, które brzmią jak sentencje spod pióra Rowling czy opowieściach, które po raz kolejny rzucają swój czar. Jednak czy tylko częściowy powrót do domu, jak wielu fanów nazywa Hogwart, jest grą wartą świeczki? Umysł mówi nie, ale napędzane nostalgią serce twierdzi, że było warto, nawet dla tych kilku chwil, jeśli nie dla całości. Można sobie tylko wyobrażać, ile zyskuje ta historia, gdy zostaje wzbogacona o kostiumy, muzykę, scenografię, efekty specjalne, grę aktorską; wszystko, co składa się na magię teatru, z którą mogą obcować szczęśliwcy. Jeśli pojawi się nagranie sztuki na DVD, będę ostatnią, która krzyknie „skok na kasę”, a pierwszą, która je kupi. Bo kto nie chciałby zobaczyć westendowej sztuki?

Nie da się ukryć, że świat Pottera to świetny biznes. Czerpiąc informacje z Pottermore, możemy dowiedzieć się, że oprócz Special Rehearsal Edition, czyli pierwszej wersji scenariusza, zostanie opublikowane także wydanie Definitive Edition, czyli wersja finalna. W 2017 roku, z okazji dwudziestolecia „Kamienia filozoficznego” na brytyjskim rynku pojawią się cztery wydania pierwszego tomu – każde wydanie związane z jednym z domów Hogwartu. Reedycja „Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć” zyska bonusowy materiał, ponadto dzięki nowym edycjom drugie życie zyskają „Quidditch przez wieki” i „Baśnie barda Beedle'a”. 

Czy naprawdę jest nam to potrzebne?

Kilka godzin później, gdy mijałam tę samą księgarnię, kolejka do kas nadal wyglądała imponująco, a tworzyli ją ciągle pojawiający się, nowi czytelnicy.

_________
*pierwsze wydanie (brytyjskie) powieści „Harry Potter i kamień filozoficzny” pojawiło się na rynku w 1997 roku.