30 paź 2015

Cukierek albo psikus (po raz pierwszy)! Recenzja edycji październikowego „Spooky” Owlcrate #2


O Owlcrate pisałam szerzej [TUTAJ] razem z recenzją wrześniowej edycji. Dziś przyszedł czas na październikową, halloweenową, kryjącą się pod hasłem spooky, czyli upiorny, złowieszczy, odrobinę dziwaczny. 


Wizytówce Owlcrate uwagę poświęcam na sam koniec, bo na odwrocie zawsze umieszczony jest spis przedmiotów umieszczonych w pudełku, wraz wyjaśnieniem, dlaczego to właśnie one reprezentują daną edycję.

Na pierwszy ogień poszła tajemnicza, mała saszetka oraz towarzysząca jej zakładka... 


[Adventure Scents] odpowiadają za tworzenie zapachowych efektów specjalnych, przynajmniej tak o sobie mówią. W różnokolorowych, miękkich kulkach kryją się kompozycje zapachowe, które mają przywodzić na myśl konkretne miejsca. Wśród czterdziestu pachnących miejsc ukrywają się: zakurzona biblioteka, gościnna karczma, pleśniejąca krypta, smocza jaskinia, japońska herbaciarnia, rozkwitająca preria, park miejski, cuchnące bagno, ruiny po bombardowaniu, miejskie ulice, wehikuł czasu. Nie wszystkie z nich są szczególnie miłe dla nosa, bo mają kreować atmosferę określonego miejsca, nie zaś stanowić zamiennik świeczek zapachowych. Kulki można umieścić w medalionach, słoikach bądź saszetkach i wykorzystać jako element kostiumu, gry fabularnej, przedstawienia czy pokazu. Wszystko po to, by pomóc wyobraźni w działaniu na wszystkie zmysły.

Dostępny na stronie Scent-o-matic pomaga w dobraniu zapachu do konkretnego kostiumu, książki, gry. Istnieje dział Harry’ego Pottera, wskazujący zapachy do konkretnego zakątku w Hogwarcie, wybranej lekcji bądź innego, czarodziejskiego miejsca. Chatka Hagrida ma zapach dymu z ogniska (Smoky Campfire), historia magii pachnie zakurzoną biblioteką (Dusty Library), a dla obrony przed czarną magią dobrano legowisko wampira (Vampire’s Lair), czyli zapach, który otrzymałam w pudełku. 


Bordowe i brązowe kulki pachną… Cóż, to nie jest zapach, który mógłby mi towarzyszyć na co dzień. Mocny, wręcz duszący, ziemisty, odrobinę metaliczny – jakby ktoś zmieszał garść czarnej, wilgotnej ziemi z flakonem „ciężkich” perfum i zamknął wszystko razem w pordzewiałej szkatule. W sumie tak mogą pachnieć wampiryczne komnaty albo apartament hrabiny Elizabeth w hotelu Cortez, gdy skończyła wysysać krew z kolejnej ofiary…

Skoro już wprowadzono nas w odpowiednią atmosferę, czas zajrzeć w głąb pudła…


Sugar skulls, czyli cukrowe czaszki, zwane także Calaveras, to jeden z symboli meksykańskiego Dnia Zmarłych. Barwne, pieczołowicie zdobione i wyszczerzone w uśmiechu, stanową ważny element radosnych ceremonii. Cukrowe czaszki szybko przeniknęły do naszej popkultury, czy to w formie tatuaży, czy halloweenowego makijażu.

Albo gumek do ścierania od [NPW], które w moim przypadku posłużą jako dekoracja.


Warto pamiętać, że czaszki to nie tylko interesująca ozdoba, ale przede wszystkim wywodzący się z meksykańskiej kultury symbol, za którym kryje się mnóstwo interesujących znaczeń. 


[Out Of Print], firma zajmująca się literackimi gadżetami i ubraniami, dostarczyła saszetkę/piórnik z podobizną Edgara Allana Poego. Widniejący obok tomik (niestety tylko taki mam obecnie pod ręką), to moja własność – zgrany duet, nie tylko na noc grozy. Jeden z moich ulubionych przedmiotów w tej edycji.

Bo kto, jeśli nie Poe?

A tak przy okazji: kropla klasyki w postaci twórczości Poego w Young Adult, powraca co pewien czas. Mamy, na przykład, „Masque of the Red Death” oraz „The Fall” Bethany Griffin, „Of Monsters and Madness” Jessici Verday czy „Nevermore” Kelly Creagh. 


Magnetyczne zakładki, kościotrupek i wiedźma od [Craftedvan], to kolejny element, który podbił moje serce. Tylko spójrzcie, jedno z nich ma serce do książek, a drugie już leci czytać! ;) Poza tym, żelazna zasada każdego mola książkowego – nowa zakładka jest zawsze mile widziana.

Dodatkowo dołączono 25% zniżki na nowe zamówienie. Obiecuję nie wydać za dużo :)


Ukoronowanie edycji, czyli książka A Madness So Discreet" oraz towarzyszący jej list od autorki i mały plakat. 

Grace Mae zna obłęd.

Uwięziła go, razem z jej głosem, głęboko w genialnym umyśle, który nie potrafi zapomnieć przerażających rodzinnych tajemnic.

Te tajemnice, wraz z wypukłością na jej brzuchu, prowadzą ją do szpitala dla obłąkanych w Bostonie.

Gdy jej głos powraca w wybuchu agresji, Grace zostaje wypędzona do mrocznych piwnic, gdzie jej umysł zostaje odkryty przez przyjezdnego lekarza, który para się nowymi badaniami nad psychologią kryminalną.

Z bystrym spojrzeniem i pamięcią ostrą jak brzytwa, Grace będzie idealną asystentką na miejscach zbrodni. Uciekając z Bostonu do bezpiecznego przytułku w Ohio, Grace odnajduje przyjaźń i nadzieję, ślady życia, które powinna prowadzić. Jednak pewna makabryczna noc wciąga Grace i doktora w krąg mordercy, który prześladuje młode kobiety. Grace, nadal działając pod płaszczykiem obłędu, musi zapolować na mordercę, jednocześnie zmagając się w demonami własnej przeszłości."

I ta dłoń sięgająca z ciemności… 

Brr…


To już wszystko w tej edycji; edycji upiornej, dziwacznej, o zapachu wampirzej kryjówki. Po raz kolejny jestem zadowolona, choć na pewno saszetkę od Adventure Scents schowam gdzieś głęboko i wyciągnę dopiero przy okazji czytania powieści grozy bądź oglądania horroru, bo na co dzień nie da się tego wdychać :)

25 paź 2015

„Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań" - Stephanie Perkins, Holly Black, Ally Carter, Matt de la Peña, Gayle Forman, Jenny Han, David Levithan, Kelly Link, Myra McEntire, Rainbow Rowell, Laini Taylor, Kiersten White [przedpremierowo]


Tytuł: Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań
Autorzy: Opracowanie zbiorowe
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: [zapowiedź] 04.11.2015
Ilość stron: 432
Cena: 39,90 zł [oprawa twarda]


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Otwarte


Do tej pory nie byłam przekonana do świątecznych filmów i powieści. Jasne, są one poniekąd nieodłącznymi elementami zimowej atmosfery, no i kto przynajmniej raz w życiu nie oglądał perypetii Kevina samego w domu? Jednak z drugiej strony traktuję je jako takie „wymuszacze”, które rozcieńczają bożonarodzeniowy urok w kałużach po pierwszym śniegu. Mamy tak zwaną magię świąt i mamy też zalew dekoracji i wszelkiej maści gadżetów, które obrzydzają nam atmosferę już na kilka miesięcy przed właściwą celebracją. Nie dla mnie czekoladowe mikołajki, „Last Christmas” Wham! i ozdoby choinkowe w październiku. Staram się jak mogę, by nie wpaść do tego komercyjnego falstartu. Podchodziłam ostrożnie do „Podaruj mi miłość”, bo obawiałam się mdłej poświaty lampek odbijającej się w śnieżnej brei, figurek wygrywających skrzeczące melodyjki i sklepowej wyprzedaży obsypujących się od brokatu bombek i łańcuchów. Czyli wszystkiego, co miksuje tandetę z wymuszaniem atmosfery świąt na dwa miesiące w przód.

I niemal gwiazdkowym prezentem jest dla mnie fakt, że tak naprawdę za sprawą „Podaruj mi miłość” dostałam… skrzypienie świeżego śniegu pod nogami, aromat gorącej czekolady i wspólne oglądanie roziskrzonych dekoracji po zmroku. A także zapach dopiero co przystrojonego drzewka, gwar rozmów przy stole i nocną ciszę zaraz potem. Takie ciepło w środku zimy, zbudowane z chwil spędzonych z najważniejszymi osobami. Chyba zdecydowanie muszę zacząć pokładać więcej wiary w świąteczne historie.

To właśnie więzi, budowane po raz pierwszy bądź też odnawiane po dawnych nieporozumieniach, stanową podporę antologii. Każde opowiadanie jest niczym śnieżna kula, którą autorzy potrząsają, by zamieszać w losach nastoletnich bohaterów. Niektórzy dosłownie rozumieją magię świąt, inni interpretują ją na własny, nietuzinkowy sposób, przez co przechodzimy od obyczajowości do realizmu magicznego, na fantastyce skończywszy. Jest miejsce na tradycyjną historię miłosną, na rozkwitającą przyjaźń, na podszytą odrobiną mroku baśń i na wszystkie historie pomiędzy, które splatają je ze sobą. Niektórych autorów poznałam wcześniej, a inni stanowili dla mnie kompletną niespodziankę. Z zadowoleniem przyjęłam fakt, że wiele z tych pierwszych spotkań stało się miłością od pierwszego wejrzenia. „Północ” Rainbow Rowell oferuje przyjemny, odrobinę melancholijny początek, wykorzystując motyw jednego dnia, dzięki któremu poznajemy całoroczne życie bohaterów. Autorka „Fangirl” oraz „Eleonory & Parka” spisała się świetnie w kolejnym podejściu do nastoletniej miłości. „Dama i lis” nieznanej mi Kelly Link było opowiadaniem, w które najdłużej się wgryzałam. Może to styl, jakim posługuje się autorka sprawił, że potrzebowałam czasu, by odnaleźć się w tej opowieści. Choć bazuje na nietuzinkowej wizji, to raczej nie zaliczę jej do swoich ulubionych. „Anioły na śniegu” Matta de la Peña utrzymane są w duchu filmu „To właśnie miłość”, mieszając historię miłosną z pocztówkowymi obrazami zimowego Nowego Jorku. Kwintesencja świątecznych komedii romantycznych, której przecież nie mogło zabraknąć w „Podaruj mi miłość”. „Gwiazda Polarna wskaże ci drogę” zamieniła się w drugie spotkanie z Jenny Han. O ile jej powieść, „Do wszystkich chłopców, których kochałam”, nie przypadła mi do gustu, o tyle „Gwiazda polarna” przechyliła szalę na korzyść autorki, choć nadal uważam, że w tworzonych przez nią historiach kryje się pewna doza infantylizmu. Tym razem splotła pierwszą miłość z jedną z opowieści o Świętym Mikołaju. Jeśli wszystkie książki Stephanie Perkins są takie jak „Cud Charliego Browna”, to najwyraźniej muszę je szybko nadrobić. Świetna historia, jedna z moich ulubionych w tej antologii, która nie tylko idealnie oddaje ducha świątecznej codzienności, ale i sama skrywa w sobie pewien urok. Poza tym uwielbiam bohaterów, którzy mają pasje i ciekawe spojrzenie na świat. „Kryzysowy Mikołaj” Davida Levithana jest chyba najbardziej niepozorny. Myślę, że pisarz mógłby rozbudować swoją historię, bo ona dopiero zaczęła nabierać tej magii i zanim otuliły mnie święta bohaterów, to opowieść dobiegła końca. Szukacie czegoś, co może stanowić odtrutkę na wszystkie świąteczne słodycze? „Krampuslauf” Holly Black śpieszy wam z pomocą. Podając sobie ręce z Laini Taylor, szuka tego, co kryje się w mrokach świątecznych nocy i odnajduje dawne wierzenia. Interesująca, zabarwiona kilkoma kroplami mroku atmosfera stanowi dobrą przeciwwagę dla słodszych historii. „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” powtarza często Gayle Forman, przyglądając się perypetiom pewnej dziewczyny. Przeżycia dwójki samotników nie są wyjątkowe w tym zbiorze, ale Forman udaje się wpleść spostrzeżenia, które wykraczają daleko za tą jedną, niezwykłą noc. „Jezus malusieńki leży wśród wojenki” Myry McEntire zgarnia nagrodę za najdziwniejszy tytuł w tej antologii. Skupiając się na zagadnieniu wybaczenia i zadośćuczynienia, wprowadza humor, choć jednocześnie brakuje jej tego czegoś, co sprawiłoby, że miałabym ochotę powiedzieć „to jest moje ulubione opowiadanie”! „Witamy w Christmas w Kalifornii” Kiersten White to kolejne z moich ukochanych tekstów. Dziwi mnie, że autorka na co dzień nie pisze obyczajówek, bo tutaj spisała się kapitalnie, tworząc barwną, wielowątkową historię. Cud, miód i gorąca czekolada. „Gwiazda Betlejemska” Ally Carter ma chyba najbardziej intrygujący początek ze wszystkich opowiadań. Autorka słynąca z serii o nastoletnich szpiegach i złodziejach, tym razem pozostaje wierna zagadkowym opowieściom. Laini Taylor oferuje mocne uderzenie nie-z-tego-świata, z dużą fantazją podchodząc do tematu świątecznej miłości. „Dziewczyna, która obudziła Śniącego” stanowi świetne zwieńczenie tomu, choć na tle innych opowiadań wydaje się być osobliwa. W moim odczuciu ta inność opłaciła się autorce i pozwoliła z fantazją zakończyć „Podaruj mi miłość”, oferując zapadający w pamięć finał. Niektóre z opowiadań równie dobrze mogłyby zostać rozbudowane do rozmiarów powieści. Taki potencjał tkwi szczególnie w historiach Rainbow Rowell, Stephanie Perkins, Kiersten White, Ally Carter i Laini Taylor. Może nie do każdego tekstu wrócę, ale z pewnością większość z nich potowarzyszy mi ponownie w świątecznym okresie. Zawarta w nich magia jest najbliższa temu, co możemy poczuć, gdy myślimy o uroku kryjącym się w świętach.

Przyznaję, jestem zaskoczona tym, jak bardzo „Podaruj mi miłość” przypadło mi do gustu. Choć poziom opowiadań czasem pnie się, by potem opaść i znów wdrapywać się na górę, to zawierają one w sobie tyle magii, że pozytywnie i świątecznie nastrojona, w ramach prezentu przymykam oko na kilka niedociągnięć. Świetna lektura na zimowy dzień – w tym przypadku „Podaruj mi miłość” bliżej do cukierniczego rarytasu niż taniego mikołajka z wyrobu czekoladopodobnego.

[źródło]
Wiecie, czego nie mogę się doczekać (poza świętami)? Wakacyjnej części antologii, czyli „Summer Days & Summer Nights: Twelve Love Stories”, która będzie zawierała opowiadania pióra Leigh Bardugo, Francesci Lii Block, Libby Bray, Cassandry Clare, Brandy’ego Colberta, Tima Federle’a, Lev Grossmana, Niny LaCour, Stephanie Perkins, Veronici Roth, Jona Skovrona i Jennifer E. Smith. Na dodatek Stephanie Perkins obiecała, że w jej wakacyjnym opowiadaniu powrócą bohaterowie znani z „Cudu Charliego Browna” – chyba nie mogłabym prosić o więcej.

19 paź 2015

#WeNeedDiverseBooks, czyli o tym, jak amerykański ruch może odmienić literaturę młodzieżową i wpłynąć na polskich czytelników

Jeśli ktoś, tak jak ja, na bieżąco interesuje się anglojęzycznymi nowościami wydawniczymi, wszelakimi nurtami czy trendami, to na pewno nie umknęły mu dyskusje dotyczące literatury młodzieżowej. Jedną z nich, zataczającą coraz szersze kręgi, jest dyskusja dotycząca różnorodności w powieściach dla dzieci i nastolatków. Zarówno autorzy, jak i czytelnicy zauważyli, że ogromna ilość książek obiera sobie za głównych bohaterów białe, średniozamożne bądź bogate, heteroseksualne, wychowywane w pełnej rodzinie, zdrowe psychicznie i fizycznie osoby pochodzące ze Stanów. Taki opis ideału. Ze świecą szukać głównych postaci z innych kręgów kulturowych, innych stron świata, o innym kolorze skóry, nieheteronormatywnych, o innym pochodzeniu etnicznym, mających schorzenia natury psychicznej bądź fizycznej, słowem: jakiejkolwiek mniejszości. Jeśli już takowe się pojawiają, to jako „egzotyczny” dodatek wklejony w drugi plan (nierzadko zbudowany na stereotypach): czyli najlepszy przyjaciel gej, ciemnoskóry znajomy ze złej dzielnicy, religijna dziewczyna, oczywiście katoliczka, z której wszyscy się śmieją, Azjata, który obowiązkowo jest geniuszem... Przecież losy świata zawsze spoczywają w rękach przystojnego, białego Amerykanina, któremu towarzyszy cytata Mary Sue. 


We Need Diverse Books wychodzi z bardzo prostego i oczywistego założenia: świat jest różnorodny i literatura młodzieżowa powinna to odzwierciedlać. Szczególnie ważne jest to w Stanach, kraju zwanym tyglem narodów. Fikcyjna jednolitość zupełnie nie odpowiada rzeczywistości, przez co w skali wszystkich czytelników, niewielu z nich może w pełni utożsamić się z głównym bohaterem powieści. Wybiórczość sprawiła, że wielu nastolatków nie może czytać „o sobie”, bo obowiązuje jeden model historii i kreowania postaci. Nawet nie chodzi o promowanie czegoś, tylko o najzwyklejszą w świecie zamianę literatury w lustro, które odbija naszą rzeczywistość. Nie wszystko, co przedstawia, ma być akceptowane (np. szeroko rozumiana przemoc), ale pewne zjawiska muszą być zrozumiane, by można było im zapobiegać. Nieświadomość tego, w jakim świecie żyjemy, może w przyszłości wyrządzić dużą krzywdę.

„Ostatni wzrosło niezadowolenie wynikające z braku różnorodności w literaturze dla dzieci – mówią autorzy i na dowód pokazują badania z marca, które pokazują, że z 3200 tytułów opublikowanych w 2013 roku, tylko 93 traktowały o Afroamerykanach, 34 o rdzennych Amerykanach, 69 o Azjatach i 57 o Latynosach.”[1]

253 tytuły z puli 3200, to niewiele, prawda? Wyobraź sobie, że tylko niecałe 8% wszystkich książek jest dla ciebie – tak po prostu dla ciebie, bez żadnych kompromisów i przymykania oka. Akurat powyższe badania oparto na przynależności rasowej, ale można to także przełożyć na religię, zdrowie, przekonania; po prostu na każdy element bycia człowiekiem. Sarah Seltzer z portalu Flavorwire przytoczyła inne badania, które pokazują, że „w rzeczywistości, 50% młodzieży szkolnej to osoby o kolorze skóry innym niż biały, 5% wszystkich dzieci jest niepełnosprawna, zaś 4% identyfikuje się jako osoby LGBT. W literaturze pojawia się 10% kolorowych dzieci, 2.4% posiadały bohaterów LGBT, z kolei procent niepełnosprawnych bohaterów pozostał niejednoznaczny.”[2] Różnie rozumiana inność często przynosi problemy, które są zamiatane pod dywan, bo do tej pory zajmowanie się nimi było zbyt kłopotliwe albo mało opłacalne. A tymczasem pod powierzchnią ignorancji zaczęła bulgotać potrzeba.

Już w 1990 roku Rudine Sims Bishop opublikowała artykuł „Mirrors, Windows, and Sliding Glass Doors”[3], w którym opisała wpływ literatury na dzieci. Jednym z najważniejszym stwierdzeń jest: „Kiedy dzieci nie mogą odnaleźć siebie w książkach, które czytają, albo gdy widzą odbicie zniekształcone, negatywne bądź komiczne, to uczy je, że są degradowane w społeczeństwie, którego są częścią”.

Dzieci po prostu czują się gorsze, gdy nie ma dla nich miejsca – również w literaturze.

„Jeśli weźmiesz, na przykład, Anię z Zielonego Wzgórza i dasz ją dzieciakom ze śródmieścia, a one jej nie przyjmą, to odejdziesz i powiesz: one nie czytają? Dzieci interesują się książkami, jeśli tylko mogą się z nimi utożsamić.”[4]

To kolejny komentarz z artykułu Sary Seltzer, który daje do myślenia nie tylko w kontekście różnorodności, ale i propagowania czytelnictwa w ogóle. Czy to możliwe, że od niewłaściwej strony próbujemy zachęcić dzieci do czytania?

Przypadek Nicholasa Sparksa, czyli jak wytłumaczyć różnorodność w literaturze młodzieżowej – a raczej jej dotychczasowy brak

Odejdźmy na chwilę od literatury młodzieżowej i skupmy się na twórczości jednego z najpopularniejszych twórców romansów. Taka dygresja, która może uświadomić wam, na jakim etapie jest różnorodność. Sparks, przy okazji premiery nowej książki bądź też ekranizacji, bardzo często obrywa za powtarzalność a nawet autoplagiat. Trzeba przyznać, że tworzone przez niego historie nie oszałamiają oryginalnością (ale popularnością już tak). Wszystkie pary są takie same, a ich perypetie powstają z gotowego wzoru, co poprzez fotografię wymownie skomentował użytkownik brigitteteleu, a co szybko podchwycił Huffington Post[5]. Z tego samego śmieje się też Entertainment Weekly[6].

[źródło]
O krok dalej poszedł portal Cracked, który stwierdził, że „wszystkie książki Sparksa to jedna i ta sama książka”.[7] Na dowód dołączył grafikę z gotową receptą na kolejny romans: zacznij od pary ładnych, białych ludzi – dołącz przeszkodę, która sprawia, że ich miłość wydaje się być niemożliwa – spraw, by i tak się w sobie zakochali – wrzuć wyeksploatowaną, okropną katastrofę, która ma za zadanie wycisnąć łzy i zamienić bylejaki romans w tragedię – idź do jedynego grafika jakiego znasz – przeliczaj pieniądze.

[źródło]
Do czego zmierzam - z 19 wydanych romansów, tylko w jednym, najnowszym, pojawia się główna bohaterka niebędąca białą dziewczyną (dokładnie to jest córką meksykańskich imigrantów). Bohaterowie o innym kolorze skóry? Innej orientacji? Innym wyznaniu? Jakiejkolwiek niepełnosprawności? Ktokolwiek inny, kto też chodzi po świecie? Niestety. A jeśli już ktoś jest chory, to wyłącznie ujęte jest to przez pryzmat romantyczności, by podnieść łzawość historii. Chora na białaczkę ukochana pozostaje pięknie bladolica do samego końca, kiedy to sztucznie zaróżowionymi ustami wydaje ostatnie tchnienie w ramionach ukochanego. I tak to mniej więcej wygląda, jeśli rozciągnie się to na wszystkie książki młodzieżowe.

A przynajmniej tak było do tej pory, bo najwyraźniej coś zaczyna się zmieniać.

…żeby zobaczyć tam siebie

Użytkownik LeeandLow na portalu Buzzfeed zadał pytanie „dlaczego potrzebne są różnorodne książki?”[8] i wybrał osiemnaście wpisów z grupy nadesłanej przez użytkowników. Pod hasztagiem #weneeddiversebooks zamieszczono krótkie odpowiedzi oraz fotografie. Hasztag ten należy do organizacji We Need Diverse Books, której przedstawicielki pierwsze rozpoczęły dyskusję z czytelnikami.

"Potrzebujemy różnorodnych książek ze względu na wszystko, co mieści się w tym kręgu."
[źródło]
„Mój mąż ma koreańskie korzenie, więc nasza córka jest rasy mieszanej. I pomyślałam, że potrzebujemy różnorodności w książkach właśnie ze względu na dzieci. One potrzebują książek, w których mogą siebie zobaczyć.”[9] Wypowiedź Nicoli Yoon, Jamajko-Amerykańskiej pisarki, trafia w samo sedno ruchu. Zresztą, zdjęcie rodziny Yoon stało się jednym z symboli akcji. W debiutanckim „Everything Everything” stworzona przez nią bohaterka jest w połowie Japonką, w połowie Afroamerykanką. Wtóruje jej Aisha Saeed, autorka „Written in the Stars” i „This Promise I Will Keep”, która napisała: „Potrzebujemy różnorodnych książek, bo chcę, by moi synowie dorastali w świecie, w którym nigdy nie muszą czuć się niewidzialni”.[10] Wiele innych odpowiedzi również skupia się na dzieciach i na tym, że chcą zobaczyć superbohaterów takich samych jak oni.

„Książki pozwalają dzieciom nawzajem zaglądać do swoich światów oraz odnajdywać potwierdzenie w postaci swojego odbicia, tak zwane pojęcie okien i luster. Chłopcy muszą widzieć dziewczynki zajmujące się sportem. Inne dziewczynki muszą widzieć rówieśniczki zajmujące się sportem. Białe dzieci muszą widzieć czarne, Azjatów, Latynosów jako księżniczki i piłkarzy – mówi Lori L. Tharps – Czarne dzieci nie mogą widzieć wyłącznie opowieści o niewolnikach. Muszą zobaczyć czarnoskóre dzieci na smokach.”[11]

Różnorodność nie zaczyna się i nie kończy na rasie. Autorzy podchwytują nowe trendy i eksplorują nieznany do tej pory folklor, wierzenia, zwyczaje; różnorodność nadaje kolorytu kreowanym przez nich opowieściom. Poruszają temat seksualności, tożsamości, religijności, przynależności etnicznej, niepełnosprawności, narodowości – krótko mówiąc, chcą sprawić, by dla każdego było miejsce w fikcji, nie tylko za sprawą stereotypów.

We Need Diverse Books wyrazem sprzeciwu?

Chyba nie będzie to błędem, jeśli powiem, że organizacja wyrosła nie tylko z potrzeby ukazania różnorodności, ale również po to, by przeciwstawić się pewnemu trendowi, znanemu w świecie filmu jako „wybielanie”. Chodzi o obsadzanie białych aktorów i aktorek w rolach, w których rasa i przynależność etniczna odgrywają ważną rolę - np. w filmach rozgrywających się w konkretnej epoce bądź kraju; w scenariuszu ważnym punktem jest podkreślanie korzeni bohaterów, bo ich pochodzenie w dużym stopniu wpływa na rozwój akcji, osadzając ją w konkretnych realiach. Problem zaczyna się, gdy wszelkie opisy, charakterystyka postaci i jej historia idą jedną drogą, zaś casting – drugą. Dyskusje na temat kwitnięcia tego zjawiska w Hollywood nie cichną, szczególnie w kontekście przyznawania prestiżowych nagród filmowych. Wystarczy przypomnieć sobie ostatnie rozdanie Oscarów. Całkiem niedawno posypały się gromy na twórców filmów „Pan” (jakże barwnie nazwanego w polskim wydaniu „Piotruś. Wyprawa do Nibylandii”), bo w roli indiańskiej księżniczki, rdzennej Amerykanki imieniem Tygrysia Lilia, obsadzono białą aktorkę[12]. Podobny los spotkał film „Witamy na Hawajach”, w którym bohaterka o chińsko-hawajskich korzeniach jest portretowana przez białą aktorkę.[13] Biali aktorzy są obsadzani w rolach nie-białych postaci, zupełnie jakby nie istnieli inni kandydaci; to tylko dwa przykłady z szeregu innych. 

Po drugiej stronie stoją fani, którzy oburzają się, że w ich ulubionej serii pojawiają się bohaterowie o ciemnym kolorze skóry. Po premierze „Igrzysk śmierci” rozgorzała awantura, bo część osób nie mogła zaakceptować faktu, że Rue jest Afroamerykanką. Podobna sytuacja dotyczyła Cinny. Swoje niezadowolenie i żale wylali w formie tweetów, w których przeważało zohydzenie: „dlaczego Rue jest czarna? To zepsuło film.”; „Dlaczego wszyscy dobrzy bohaterowie są czarni?!”; „Blee, Rue jest czarna? Nie oglądam tego filmu!”; „Nazwijcie mnie rasistą, ale gdy dowiedziałem się, że Rue była czarna, jej śmierć od razu zrobiła się mniej smutna #nienawidzęsiebie”. To najłagodniejsze wypowiedzi, bo reszta, ze względu na przyzwoitość, nie nadaje się do przytoczenia.[14] Seltzer uważa, że takie podejście może wynikać z braku kontaktu z bohaterami o innym kolorze skóry.[15]

„Igrzyska śmierci” jeszcze raz wzbudziły pytania w kontekście różnorodności, gdy zminimalizowano temat niepełnosprawności, która pojawiała się na pierwszym planie (przynajmniej w wersji książkowej) i stanowiła odrębny komentarz do rzeczywistości, w jakiej żyli bohaterowie. Od braku ciężkich uszkodzeń ciała na braku sporych blizn kończąc, filmowe wersje postaci stały się jakby… ładniejsze i zdrowsze?

Jak widać, wykorzystywana przez Sparksa formuła działa w całym Hollywood.

Zysk niektórym przysłania poczucie misji

Kolejny powód jest mniej szlachetny i opiera się na chłodnej kalkulacji: powieści wpisujące się w aktualne trendy mają zapewniony sukces na rynku amerykańskim. Po „Zmierzchu” rozkwitł romans paranormalny, po „Igrzyskach śmierci” wszyscy rzucili się do pisania dystopii, po „Pięćdziesięciu twarzach Greya” rozpętał się szał na erotyki i fanfiction. W przypadku różnorodności powstał taki mały paradoks – to, co wcześniej było zupełnie nieopłacalne, teraz staje się maszynką do zarabiania pieniędzy. Autorzy poruszają wybrane zagadnienia, bo taka jest moda i można się na tym wybić, a za tym idą pieniądze i sława – jednak czasem nie mają bladego pojęcia o czym piszą, co błyskawicznie weryfikują osoby, do których rzekomo skierowano dany tytuł. Czytelnicy bez skrępowania podkreślą nieścisłości czy zwyczajne błędy, ale również nie pozwolą odejść w zapomnienie autorowi, który uczciwie wywiązał się z opisania wybranego tematu. Myślenie „napiszę książkę o geju/osobie pochodzącej z „egzotycznego” kręgu kulturowego/osobie cierpiącej na „medialną” chorobę, bo to się sprzeda!” może się naprawdę źle skończyć. We Need Diverse Books nie walczy bowiem o ilość tytułów z różnorodnością w tle, tylko o ich jakość. Odsiewanie książek, które powstały na bazie solidnego zaplecza od tych, które powstały z chciwości, nie jest łatwym zadaniem, o czym mówi pisarka Jacqueline Woodson w artykule Caroline Goldstein dla portalu Bustle: „[Woodson] przestrzega przed opisywaniem różnorodności dla samego opisywania. Nieprawidłowe tworzenie różnorodnych bohaterów może wyrządzić o wiele większą krzywdę niż zupełny brak takich bohaterów”.[16]

Tłumacząc innym świat

Literatura młodzieżowa obecnie bywa, w pewnym sensie, niedoceniana. Część dorosłych patrzy na nią protekcjonalnie, upatrując w niej sztandarowego przykładu rozrywki lekkiej, łatwej, płytkiej i przyjemnej. Takie podejście jest niesłuszne i nie mówię tego jako pełnoletnia czytelniczka, która naprawdę często sięga po takie książki. Tutaj przemawiają fakty. Kwestia wychowywania poprzez książki wygląda nieco inaczej we współczesnym świecie, jednak nie zmieniło się jedno: truizm, że każdy nastolatek to przyszły dorosły, którego coś musi ukształtować. Bezrefleksyjnie wpychanie młodzieżówek do szufladki lekkiej rozrywki tak naprawdę wynika z niewielkiego pojęcia na temat tego, o czym obecnie traktuje taka literatura – bo to nie tylko romansowy „Zmierzch”. Ba! To już od dawna nawet nie dotyka tych klimatów. Przedstawiając i tłumacząc rzeczywistość, wchodzi na bardzo trudne zagadnienia, z którymi wielu dorosłych nie potrafi sobie poradzić. Przykłady? Jason Reynolds i Brendan Kiely, autorzy książki „All American Boys”, sięgnęli po formę literatury młodzieżowej, by opowiedzieć historię o brutalności policji i rasizmie. W Stanach jeszcze nie ucichły gorączkowe dyskusje, pokrywające się z doniesieniami o rosnącej liczbie ofiar wśród Afroamerykanów, będących często bardzo młodymi osobami, które zostały zastrzelone bądź zakatowane z rąk stróżów prawa. Obydwie strony przerzucają się winą, a zaostrzający się konflikt często prowadzi do wybuchu zamieszek. Aisha Saeed we „Written in the Stars” podjęła temat aranżowanych małżeństw we współczesnych muzułmańskich społecznościach[17]. W ten sposób chce zwrócić uwagę na prawo decydowania o sobie i na losy młodych dziewcząt, nie tylko muzułmanek, ale także mormonek, ortodoksyjnych żydówek czy wyznawczyń hinduizmu, które są zmuszane do ślubu z kandydatami wybranymi przez rodziców, czasem podstępem są wywożone do kraju przodków i surowo karane za nieposłuszeństwo. I.W. Gregorio w „None of the Above” opowiada historię nastolatki, która odkrywa, że jest interseksualna, co oznacza, że urodziła się jednocześnie z narządami płciowych męskimi i żeńskimi. W przypadku bohaterki, choć na zewnątrz wygląda jak dziewczyna i z taką płcią się identyfikuje, posiada męskie chromosomy i chłopięce „części”. „Made You Up” Francesci Zappia skupia się na postaci nastolatki cierpiącej na schizofrenię paranoidalną, która próbuje sobie radzić na przekór chorobie. Una LaMarche poświęciła uwagę mieszanym rodzinom oraz współczesnemu postrzeganiu rasy w „Don't Fail Me Now”. Leah Scheier i „Your Voice Is All I Hear” eksplorują związek nastolatki i chłopaka chorego na depresję i schizofrenię. Dziewczyna coraz gorzej radzi sobie z walką o ukochanego i zaczyna zastanawiać się, czy w ogóle może wygrać z chorobą. Bliscy osób chorych również potrzebują wsparcia i zrozumienia. Wielokrotnie nagradzane „Brown Girl Dreaming” Jacqueline Woodson opowiada o dorastaniu Afroamerykanki w latach 60. i 70., a więc w czasie walki o zniesienie podziałów rasowych. Wiosną 2017 roku nakładem wydawnictwa Bloomsbury ukaże się książka Laleh Khadivi „A Good Country”, która traktuje o kurdyjsko-irańskim nastolatku żyjącym w Kalifornii, który pod wpływem radykałów rusza w podróż do Syrii, by dołączyć do ISIS.[18] Czy obecnie mógłby istnieć bardziej aktualny temat? Historie o nastolatkach z Europy i Stanów, które uciekają z domu by dołączyć od ISIS, wcale nie pojawiają się tak rzadko jak byśmy tego chcieli. 

Dobre młodzieżówki stają się przedłużeniem, do której chętnie zerkają dorośli. Czy zawsze szukają tam rozrywki? Nie tylko. Czasem potrzebują nowego spojrzenia, wyjaśnienia tego, co się dzieje wokół nich, a co jest dla nich nowością. Często jako rodzice nastoletnich pociech spotykają się ze zjawiskami, które do tej były im słabo bądź zupełnie nieznane. Literatura młodzieżowa szybko podejmuje dialog z wydarzeniami, które wpływają na wszystkich.

A co słychać u nas?

Ponieważ spora część polskojęzycznej literatury młodzieżowej to przekłady anglojęzycznych bestsellerów, możemy oczekiwać, że fala różnorodności dotrze również do Polski. Właściwie to można powiedzieć, że już powoli spływają do nas tytuły z puli diverse books. Chyba kojarzycie Jenny Han i „Do wszystkich chłopców, których kochałam”? Albo „Oddam ci słońce” Jandy Nelson? To może Marie Lu i cykl „Legenda”? Do tego możemy dorzucić Inne zasady lata" Benjamina Alire Sáenza. Soman Chainani zasłynął bardzo dobrze przyjętym cyklem „Akademia Dobra i Zła”, którą zapoczątkował tom o tym samym tytule oraz kontynuacja „Świat bez książąt” i „Długo i szczęśliwie”. Kojarzony z ruchem jest David Levithan, autor bądź współautor takich książek jak: „Każdego dnia”, „Pewnego dnia”, „Księga wyzwań Dasha i Lily” oraz opowiadania w tomie „Podaruj mi miłość”. Podobnie rzecz ma się z Sabaą Tahir, autorką „Imperium Ognia”. Omawiany niedawno na blogu „Konkurs” Julie Murphy też dokłada swoją cegiełkę do różnorodności. Wydawnictwo Publicat wyda powieść „Everything Everything” wspominanej wyżej Nicoli Yoon. 

To tylko mała pula tytułów, która z czasem może się rozrosnąć.

___________
źródła [!]
oficjalna strona akcji: http://weneeddiversebooks.org/
zdjęcia: http://weneeddiversebooks.tumblr.com/

[1]http://www.theguardian.com/books/2014/may/01/we-need-diverse-books-campaign-children
[2]http://flavorwire.com/502081/we-need-diverse-books-can-childrens-authors-end-publishing-industry-prejudice-and-change-the-way-america-reads/2
[3]http://www.rif.org/us/literacy-resources/multicultural/mirrors-windows-and-sliding-glass-doors.htm
[4]http://flavorwire.com/502081/we-need-diverse-books-can-childrens-authors-end-publishing-industry-prejudice-and-change-the-way-america-reads/3
[5]http://www.huffingtonpost.com/2013/03/26/nicholas-sparks-books-have-one-thing-in-common_n_2956749.html
[6]http://www.ew.com/article/2012/10/26/safe-haven-poster
[7]http://www.cracked.com/funny-4725-nicholas-sparks/
[8]http://www.buzzfeed.com/leeandlow/18-adorable-reasons-we-need-more-diverse-books-p4rm
[9]http://mashable.com/2015/08/26/nicola-yoon-everything-everything/#ZCP2WyW5vsqh
http://www.mtv.com/news/2261250/nicola-yoon-interview/
[10]http://weneeddiversebooks.tumblr.com/post/84449768522/weneeddiversebooks-because-i-want-my-grows-to#notes
[11]http://flavorwire.com/502081/we-need-diverse-books-can-childrens-authors-end-publishing-industry-prejudice-and-change-the-way-america-reads/2
[12]http://www.themarysue.com/pan-aloha-casting/
http://www.themarysue.com/pan-trailer-images/
[13]http://www.ew.com/article/2015/05/29/im-not-buying-emma-stone-asian-american
http://www.themarysue.com/cameron-crowe-aloha/
http://www.bbc.com/news/world-us-canada-33017006
[14]http://jezebel.com/5896408/racist-hunger-games-fans-dont-care-how-much-money-the-movie-made
[15]http://flavorwire.com/502081/we-need-diverse-books-can-childrens-authors-end-publishing-industry-prejudice-and-change-the-way-america-reads/3
[16]http://www.bustle.com/articles/86808-we-need-diverse-books-at-bookcon-2015-showed-us-8-reasons-why-diverse-books-are-more
[17]http://www.xojane.com/entertainment/three-ya-authors-on-why-we-need-diverse-books
[18]http://www.publishersweekly.com/pw/by-topic/industry-news/book-deals/article/68042-book-deals-week-of-september-14-2015.html

14 paź 2015

„Dumplin'/Konkurs” - Julie Murphy


Tytuł: Dumplin'
Autor: Julie Murphy
Wydawnictwo, rok wydania: Balzer + Bray, 2015
Ilość stron: 384

Polskie wydanie


Tytuł: Konkurs
Wydawnictwo, rok wydania: Amber, 2015
Ilość stron: 304
Cena: 37,80 zł


~~***~~


XXL, plus size, krągłe, rozmiar zero, szczupłe, wysokie, niskie – każde ciało zasługuje na szacunek. Taka myśl przyświeca osobom propagującym akceptację w stosunku do siebie i innych. Organizują pokazy mody z modelkami, które mają różne sylwetki, do sesji zdjęciowych zapraszają wcześniej ignorowane i skreślane dziewczyny, również retusz powoli staje się opcją, nie obowiązkiem. Różnorodność wagowa, do tej pory widziana na ulicy, teraz wkroczyła nie tylko na wybiegi i do czasopism – ale i do świata literatury młodzieżowej. 

W trakcie lektury „
Dumplin'” nie mogłam wyrzucić z głowy obrazu Grubej Amy, w którą w filmach „Pitch Perfect” i „Pitch Perfect 2” wciela się Rebel Wilson. Nie wiem, jak wygląda bądź będzie wyglądała wasza Willowdean, ale moja chyba na zawsze pozostanie Amy. Być może zmieni to ekranizacja, której losy obecnie spoczywają w rękach wytwórni Disney. 

[źródło]
Dumplin' czyli Kluseczka, to szesnastoletnia Teksanka, Willowdean Dickson, wielka fanka Dolly Parton. Życie Willow kręci się wokół najlepszej przyjaciółki, ślicznej Ellen, wspomnienia o ukochanej ciotce, Lucy oraz matki, byłej królowej piękności, która każdego roku angażuje się w organizowanie wyborów miss. Do tego ważnego dla dziewczyny grona dołącza przystojny Bo, obiekt westchnień. Gdy chłopak zaczyna odwzajemniać jej uczucia, wtedy… wszystko szlag trafia. Dlaczego? Cóż, Kluseczka to nadane przez mamuśkę przezwisko, które ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, bo jakby to powiedziała Willow: „jestem gruba”. O ile walka z kompleksami w pojedynkę wychodziła jej całkiem nieźle, o tyle przez zauroczenie zaczyna być bardziej świadoma swojego ciała, a przede wszystkim jego wad. Zazwyczaj dziarska i charyzmatyczna, teraz dochodzi do wniosku, że związek grubaski i przystojniaka wykracza daleko poza jej strefę komfortu. Trapiona wątpliwościami, nie może nawet poprosić o radę jedyną kobietę, z którą się utożsamia. Jak sprawić, by pewność siebie znów była pewna? Willowdean dochodzi do wniosku, że jeśli nie może ukryć się przed światem, to musi mu się pokazać – w tym celu zgłasza się do konkursu miss. Jak już coś robić, to z przytupem!

Will stara się kochać i akceptować siebie, czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. Zdarza jej się dowartościować cudzym kosztem, zupełnie zwątpić w siebie, bądź też stać się wzorowym przykładem samoakceptacji. Zmieniający się stosunek do własnego ciała staje się rollercoasterem, który przemyka przez dorastanie Willowdean. Miarą jej mentalnej metamorfozy jest to, na ile potrafi zrozumieć wady własne oraz drugiej osoby. Po namyśle doszłam do wniosku, że Murphy miała niezły pomysł na wykreowanie charakteru Will. Często w literaturze młodzieżowej główne postacie są układane „pod czytelnika”, by dały się lubić – przynajmniej teoretycznie. Po Willowdean spodziewałam się typowej wesołej grubaski, która jest przyjazna wobec całego świata i pomimo kompleksów ma świetny charakter. To taka dobrze znana etykietka. Zupełnie jakby obowiązkiem było rekompensowanie czymś wyglądu innego niż klasycznie piękny, zaś fizycznie nieidealni musieli to za wszelką cenę nadrabiać i nie mieli prawa do gorszego dnia czy jakiejkolwiek słabości. Prawda jest taka, że każdy z nas, bez względu na „opakowanie”, potrafi powiedzieć coś bez namysłu bądź też odpuścić sobie walkę z wadami. To takie… ludzkie? Willowdean również ma złe chwile, potrafi coś palnąć bez zastanowienia i pokazać się z gorszej strony. Dokłada swoją cegiełkę do oceniania po pozorach, udowadniając, że w łańcuchu oceniani-oceniający, nie da się być wyłącznie jedną ze stron. Leczenie własnych kompleksów w oparciu o umniejszanie innym jest chwytem poniżej pasa, ale chyba każdemu zdarzyło się to chociaż raz – choćby po cichu, choćby w myślach. Ktoś był brzydszy, ktoś był głupszy, ktoś był źle ubrany, ktoś zrobił coś, ktoś czegoś nie zrobił i to wystarczyło. Willow na własnej skórze przekonuje się, że trzeba dojrzeć do tego dystansu, który pozwala wyciszyć uprzedzenia i czuć się dobrze we własnej skórze – dzięki czemu inni również mogą poczuć się dobrze. 

W trakcie lektury nietrudno o skojarzenia z filmem „Mała Miss” w reżyserii Jonathana Daytona i Valerie Faris. Pod pretekstem konkursu piękności, w ślad za pulchną dziewczyną podąża grupa niedopasowanych osobistości, z których każda zmaga się z innymi problemami. Nie jest to ani nowe, ani szczególnie pomysłowe rozwiązanie – motyw ważnego wydarzenia, dzięki któremu splatają się losy bohaterów, jest bardzo często wykorzystywany; czasem to pogrzeb, czasem to wyprawa, która ma poprawić stosunki pomiędzy członkami rodziny, a czasem wybory miss. Perypetie niektórych smucą, a innych tylko bawią, stopniowo odsłaniając słodko-gorzkie historie dotyczące samotności, niespełnionych marzeń, uprzedzeń oraz siły, która pozwala to wszystko odkręcić. Na kartach powieści, autorka przemyca spostrzeżenie, które jest bardzo aktualne w obecnych czasach, gdy każdy marzy o sławie, o wybiciu się, o byciu kimś. Zwracając uwagę na niepozorne, zwyczajne i spokojne osoby, którym życie mija bez spektakularnych osiągnięć, docenia tych, których zazwyczaj nikt nie chce docenić i zastanawia się, czy aby na pewno przeciętność i niezwykłość muszą się wykluczać.

Szczególnie spodobało mi się „puszczanie oczka” w postaci odwołań do teksaskich zwyczajów stanowiących element lokalnego kolorytu. Szczególnie interesujący wydał mi się homecoming mum, czyli coś na kształt gigantycznego kotylionu, ciężkiego od ozdób i noszonego przez dziewczyny na szyi. Chłopcy posiadają nieco mniejsze odpowiedniki, które zakładają na ramię. Mum jest ważnym symbolem balu maturalnego, o czym nie miałam pojęcia. Niby to tylko szczegół, który nie ma wpływu na historię, ale jak wszyscy dobrze wiemy, to w nim tkwi diabeł. Inne elementy to nawiązania do usposobienia Południowców, ich stosunku do religii (Teksas plasuje się dość wysoko w rankingu najbardziej religijnych stanów) czy życia w małym mieście. Właśnie takie „smaczki” osadzają akcję w konkretnych realiach i nie mamy wrażenia, że bohaterowie tkwią w kolejnym Miasteczku Nic pośrodku Niczego.

[źródło]
Konkurs, na który położył nacisk polski tytuł, stanowi niewielką część historii Willowdean. Właściwie nie zdradzę zbyt wiele, jeśli napiszę, że wybory miss pojawiają się dopiero w finale powieści, zaś przygotowania przewijają się w trakcie, stanowiąc fragment tła w perypetiach Will. Myślę, że warto o tym wspomnieć, bo sugerując się polskim wydaniem, spodziewałam się zupełnie inaczej poprowadzonej historii. W tym przypadku „Dumplin'” lepiej się spisuje, bo zwraca uwagę na bohaterkę, a nie tylko na jeden aspekt z jej życia. Wiadomo, nie jest to złota zasada dobierania tytułu do treści, ale myślę, że osoby, które przeczytały powieść, zgodzą się ze mną, że jeden z nich lepiej odzwierciedla zawartość.

Ta książka jest… milutka. Ciepła. Obyczajowa młodzieżówka, która co prawda nie powala na kolana, ale ma w sobie dość, by podtrzymać uwagę czytelnika od początku aż do samego końca lektury. Poza tym oferuje mnóstwo frajdy i poprawia humor, choć przecież nie zawsze dotyka wesołych tematów. Nie można się nie uśmiechnąć, czytając o perypetiach Willow i jej paczki, i choć „
Dumplin'” mogłoby lepiej rozwinąć niektóre wątki oraz sylwetki bohaterów, to i tak radzi sobie naprawdę dobrze.

Teraz czekamy na film, bo barwna Willowdean w pełni zasługuje na to, by zabłysnąć, jak na gwiazdę z Teksasu przystało.

12 paź 2015

„Bliźnięta z lodu” - S.K. Tremayne


Tytuł: Bliźnięta z lodu
Autor: S.K. Tremayne
Wydawnictwo, rok wydania: Czarna Owca, 2015
Ilość stron: 336
Cena: 34.99 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Czarna Owca



Lustrzane odbicie szaleństwa

Dzieci zazwyczaj kojarzą się z delikatnością, niewinnością, ufnością i dobrocią – a nawet bezpieczeństwem. Panuje przekonanie, że ich odruchy i uczucia są szczere, nie zatrute wyrachowaniem. Zazwyczaj osadza się je w sielskim krajobrazie, by podkreślić tęsknotę za czasem, w którym wszystko było łatwiejsze, a czasem zestawia się dziecięcą krzywdę z okrucieństwem wojny, by pogłębić przepaść pomiędzy działaniami dorosłych a małymi ofiarami. Dzieci zawsze są tymi dobrymi. Pewnie dlatego tak chętnie umieszcza się je w centrum horroru. Wywracanie do góry nogami znanego motywu zawsze owocuje czymś interesującym. Gdyby w tym samym miejscu umieścić dorosłego, na pewno nie otrzymalibyśmy takiego samego efektu. Mały człowiek potrafi wzbudzić przerażenie, a dziecięce wyliczanki rozlegające się w wielkim, pustym domu, jeżą włosy na głowie. Dojrzali bohaterowie przekraczający granice są czymś oczywistym, czego nie można powiedzieć o kilkuletnich maluchach. Gdy one zagłębiają się w mrok… Jeśli spojrzymy na to z drugiej strony, to taka obecność wcale nie powinna dziwić. Wiele osób jest przekonanych o tym, że dzieci posiadają szósty zmysł i są w stanie widzieć więcej niż ich rodzice. Sporo horrorów zawiera scenę, w której dziecko wodzi wzrokiem za czymś niedostrzegalnym dla innych.

A co zrobić w sytuacji, gdy dziecko nie jest pewne tego, co widzi? Siedmioletnia Kirstie niemal rok temu straciła siostrę bliźniaczkę, Lydię. Tragedia, której była świadkiem, pozostawiła ogromną bliznę na jej psychice. Sarah i Angus, rodzice bliźniaczek, próbują dalej wieść normalne życie, tylko jak otrząsnąć się ze smutku, gdy codzienność przypomina o niewyobrażalnej stracie? By zacząć od nowa, decydują się na przeprowadzkę na szkocką wyspę. Nowe otoczenie i kontakt z naturą mają pomóc Kirstie stanąć na nogi. Jednak długie noce w zakątku odciętym od świata coraz częściej budzą nieproszone demony przeszłości. Mała Kristie upiera się, że nie jest jedyną żyjącą bliźniaczką. Sarah i Angus muszą stawić czoła swoim największym koszmarom. Ich córka jest Kirstie. Ich córka jest Lydią. Kim jest ich dziecko? Kogo pochowali?

…kto wrócił?

Na okładce powieści widnieje określenie thriller psychologiczny, ale „Bliźnięta z lodu” nie stronią również od dużej dawki grozy, kierując się w stronę horroru. S.K. Tremayne kluczy pomiędzy tym, co racjonalne a nieracjonalne, mieszając bohaterom i czytelnikom w głowach. Sięga po kolejne odpowiedzi, obraca je, próbuje dopasować do historii, przez co książka nieustannie się przekształca: czy to thriller, horror, a może kryminał? Przesuwa nacisk z płaszczyzny nadnaturalnej na tą przyziemną, po czym wraca. Zacieranie granic kreuje rewelacyjną, mroczną atmosferę, której towarzyszy nieustanne poczucie zagrożenia – w trakcie lektury cały czas mamy wrażenie, że coś jest nie tak. Podskórny niepokój sprawia, że przestajemy ufać bohaterom. Mamy wrażenie, że ukrywają przed nami wiele sekretów, choć przecież otwarcie jesteśmy informowani o tym, co się dzieje. Nacechowane desperacją starania postaci, by prowadzić normalne życie, stopniowo podnoszą napięcie. W pewnym sensie to wydaje się nienaturalne, jakby ze wszystkich sił nie tylko chcieli zapomnieć, ale przede wszystkim coś zatuszować. Wyspiarska izolacja nie pozwala oderwać się od obsesyjnych myśli związanych ze stratą Lydii; bohaterowie rozmyślają na temat wydarzeń, które doprowadziły do tragedii, szukają winnych i znajdują nowe nici łączące ich z przeszłością. Czytelnik za to próbuje dociec, kto jest ofiarą, kim jest córka Moorcroftów i co tak naprawdę gnębi rodzinę. O dziwo, nieufność wcale nie przeszkadza we współczuciu. Bohaterowie są w różnym stopniu okaleczeni, co rozdziera serce, nie tylko przez śmierć jednej z bliźniaczek, ale również przez dawne sekrety i nieporozumienia. Cierpienie jest wręcz namacalne szczególnie w przypadku małej Kirstie, której życie staje się coraz większym koszmarem od czasu śmierci siostry. W trakcie lektury zastanawiamy się, czy zagubienie, niezrozumienie i odrzucenie popchnęło dziewczynkę w stronę szaleństwa, czy może jej trzeźwe spojrzenie próbuje nam coś przekazać?

Co prawda część chwytów wykorzystanych w powieści jest dość ograna: dom na odludziu, brak kontaktu ze światem, rodzina, która wzajemnie obwinia się oraz rosnąca paranoja. Gdyby oceniać książkę pod tym względem, to można by rzec „nic nowego”; znane dekoracje, znane zachowania. Tremayne wykorzystuje je, by nadać nowy wymiar opowieści o rodzinie, którą spotkała niewyobrażalna tragedia. Godzina próby obnaża kondycję więzi łączących Moorcroftów; mamy do czynienia z relacjami łączącymi małżonków, rodziców oraz dzieci, dla których feralny dzień stał się punktem zwrotnym. W ich przypadku upływający czas nie leczy ran, a wręcz zmusza do konfrontacji, która prowadzi do zaskakującego zakończenia. Intryga została ciekawie rozwinięta, choć w samym finale i epilogu autor mógłby napisać nieco więcej, bo pomiędzy jednym a drugim nastąpił przeskok, który wybił mnie z rytmu opowieści i ograbił z upiornej atmosfery wyspy.

Szaleństwo zrodzone z rozpaczy, działanie sił nieczystych a może poczucie winy żerujące na popełnionych błędach – co stoi za dramatem rodziny Moorcroftów? „Bliźnięta z lodu” to powieść traktująca nie tylko o cierpieniu związanym ze stratą dziecka, ale także o pułapkach tożsamości i rodzinnych sekretach. S.K. Tremayne stworzył gęstą od tajemnic historię, która odnajduje się w różnych gatunkach i łączy pozornie wykluczające się elementy, a przy tym wciąga i trzyma w napięciu.

Czasem demony przeszłości przybierają postać wspomnienia o małej dziewczynce.

5 paź 2015

„Dotyk ciemności” - C.J. Roberts


Tytuł: Dotyk ciemności
Autor: C.J. Roberts
Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2015
Ilość stron: 327
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Czwarta Strona



Czy to jest miłość? Czy to jest znęcanie?

Jeszcze do niedawna osiemnastoletnia Livvie była przekonana, że życie już wystarczająco dało jej w kość. Nie spodziewała się jednak, że dotychczasowe perypetie zblakną w obliczu prawdziwego koszmaru. Liv zostaje uprowadzona i zmuszona do bycia seksualną niewolnicą. Nie jest przypadkową ofiarą, bowiem ma stać się dla swojego pana, Caleba, narzędziem zemsty, którą mężczyzna planował od wielu lat. Caleb jest diabłem w ludzkiej skórze i nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swój plan. Od dzieciństwa zanurzony w świecie przemocy i mroku, nie zna innego prawa od prawa silniejszego. Caleb upokarza i znęca się nad Livvie, ale z czasem uświadamia sobie, że dziewczyna jest dla niego kimś więcej, niż tylko niewolnicą, którą będzie musiał sprzedać. Czy w rzeczywistości wypaczonych wartości można poczuć coś… prawdziwego?

Już na wstępie można zauważyć, że powieść C.J. Roberts wpisuje się w nurt tytułów opierających się na relacji niewolnica-porywacz. To opowieść tematyką przypominająca książki autorstwa Gwendolyn Field, Aleathy Romig, Kitty Thomas, Tarryn Fisher, Skye Warren czy Pepper Winters. Autorki, wykorzystując konwencję mrocznej erotyki, eksplorują nietypowe związki oparte o zagadnienia dotyczące przemocy psychicznej i fizycznej, z naciskiem położonym na wykorzystywanie seksualne, a także niewolnictwo, syndrom sztokholmski oraz tresurę. Takie powieści w gruncie rzeczy manewrują pomiędzy erotyką a thrillerem, w równych dawkach mieszając seks ze strachem. Nierzadko przysłowiową „wisienką na torcie” staje się przełamywanie tabu.

Historia opisana w „Dotyku ciemności” jest stosunkowo prosta i ma zadziwiająco niewiele zaskakujących zwrotów akcji – oto młoda dziewczyna zostaje uprowadzona i uwięziona, po czym oprawca zaczyna szkolić ją na seksualną niewolnicę. Od chwili porwania zagłębiamy się w bezlitosny świat handlarzy żywym towarem i jesteśmy świadkami tresury, która powoli rozbija psychikę ofiary. Najwięcej dzieje się właśnie w umysłach głównych bohaterów. Obserwujemy ich zmagania z demonami przeszłości i koszmarem teraźniejszości. Próbują uporać się z często sprzecznymi uczuciami, co prowadzi do chwil, w których przyjemność łączy się z cierpieniem. Nie ma tutaj mowy o miłości czy romantyzmie, warto mieć to na uwadze. Livvie została skrzywdzona tak mocno, że pomyliła wolę przetrwania z prawdziwym uczuciem. Wcale to nie dziwi, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że Caleb jest perfekcyjnym manipulatorem. Mężczyzna potrafi wykorzystać do tresury troskę na równi ze skórzanym pasem. Prowadząc z dziewczyną psychologiczną grę, poznaje jej pragnienia i problemy, które stają się kolejną linką przyczepioną do marionetki Livvie. Dość ciekawie uchwycono tą niejednoznaczność dotyczącą samego syndromu, co sprawia, że wiele czytelniczek miewa chwile zwątpienia, jeśli chodzi o opisanie związku Livvie i Caleba. Pomijając skrajne warunki, para sięga do elementów znanych z klasycznego podziału romansowego: ona niewinna, dziewicza i delikatna, on niegdyś zraniony i władczy. Łączą ich trudne przeżycia z dzieciństwa, w pewien sposób tłumaczące chorą więź, która połączyła dorosłych ludzi. Eksplorowanie relacji rozmywa granicę pomiędzy bohaterami, gdy każde z nich podejmuje własną grę o przetrwanie. Zastanawiam się jedynie, po co autorka co chwilę podkreślała urodę Caleba. Fakt, łatwiej zauroczyć się młodym, przystojnym mężczyzną, ale za to jakim wyzwaniem byłby potężny zbir, niekoniecznie urodziwy, który zachowywałby się w stosunku do Livvie tak samo jak Caleb. Czy wtedy wytworzyłaby się pomiędzy nimi identyczna więź? Rozwodzenie się nad wykrojem ust mężczyzny czy jego muskulaturą psuło niepokojący, mroczny klimat powieści. Naprawdę nie interesowało mnie, jak wyglądał porywacz, bo przy takim zachowaniu, jakiekolwiek zauroczenie było wykluczone.

Niewątpliwie największą zaletą powieści jest wspomniana atmosfera. Mrok, zaduch i ciasne pomieszczenia wrzucają czytelniczkę w sam środek klaustrofobicznej klatki złożonej ze strachu i niepewności. Autorka, za pośrednictwem Caleba, zasłania bohaterce oczy, więzi ją w mroku, przemyka za plecami, gdy nie można się obejrzeć. Poleganie na dźwiękach i dotyku sprawia, że każdy szelest brzmi jak huk, zaś każde uderzenie rozbrzmiewa wrzaskami w umyśle Livvie.

Przyznam, że liczyłam na więcej akcji, więcej trzymających w napięciu wydarzeń. Może gdyby to była moja pierwsza lektura z tego nurtu, to byłabym bardziej przejęta losami bohaterów i z niepokojem pochłaniała rozdział za rozdziałem. Ponieważ miałam już do czynienia z mrocznymi erotykami, wszystko, o czym pisała C.J. Roberts było dla mnie oczywiste – powiedziałabym nawet, że schematyczne. Wiedziałam, co wydarzy się za chwilę i dokąd zmierza historia. Zdaję sobie sprawę z tego, że w takich powieściach autorki prześcigają się w tym, która bardziej przekroczy granicę i obarczy bohaterów większą ilością traumy i kłopotów. Dla nich przemoc stała się narzędziem, którym próbują przyciągnąć czytelników. Zagadnienia i zjawiska, które w normalnym świecie są wstrząsające, w takiej fikcji zostały rozmienione na drobne, by pasowały do idei skrzywionego romansu i nie odrzucały czytelniczek od lektury. Taka strefa komfortu, w której razy spadają na skórę Livvie na tyle rzadko, by pozostawić margines wahania „Czy to jest miłość? Czy to jest znęcanie?”. Mam nadzieję, że drugi tom zaoferuje nieco szybsze tempo i zdoła mnie czymś zaskoczyć.

„Dotyk ciemności” przemówi przede wszystkim do osób, które nie mają dużego doświadczenia z tak zwaną mroczną erotyką. Jeśli do tej pory oddawałaś się lekturze tradycyjnych romansów, to ta powieść zniewoli cię i tak jak Livvie staniesz się nowicjuszką w mrocznym świecie żądzy, w którym ból miesza się z przyjemnością. Jeśli jednak dark erotica nie ma przed tobą tajemnic, to „Dotyk ciemności” nie wywrze na tobie specjalnego wrażenia.

1 paź 2015

Spowiedź uzależnionej albo obsesja od pierwszego wejrzenia, czyli dlaczego (czasem) oceniam książkę po okładce


Pierwsza myśl wskazująca na to, że coś jest nie tak, pojawiła się w trakcie przeglądania zapowiedzi na jednym z portali książkowych. Druga myśl ruszyła w ślad za pierwszą, gdy zaczęłam porównywać różne wydania tego samego tytułu. Trzecia myśl uśmiechnęła się drwiąco, gdy wybrałam droższe wydanie tylko dlatego, że oprawa wydała mi się atrakcyjniejsza. Czwarta myśl nieco mnie uspokoiła, bo przypomniała mi, że niedawno zdecydowałam się na wersję, która w oczach wielu osób jest tą brzydszą. 

A potem przyszła piąta myśl, która stwierdziła, że każdy uzależniony się tłumaczy.

Jestem molem książkowym i jestem uzależniona od ładnych okładek. Ale czy to tak do końca moja wina?

Nie to ładne, co ładne, ale…

Okładka miękka, twarda, zintegrowana, szyta, klejona, z obwolutą, bez obwoluty, ze skrzydełkami, bez skrzydełek, z wymyślnym grzbietem, z barwionymi stronami, z oryginalną grafiką, z reprodukcją bądź poskładana z gotowych „stockowych” zdjęć – kult piękna trafił na półki. 

Żyjemy w epoce, w której każdy jest wzrokowcem. Nie lubimy czytać, wolimy coś obejrzeć. Nie chodzi rzecz jasna o książki czy czasopisma – przecież wiele osób uwielbia dłuższe i długie teksty - dotyczy to raczej tej chwili przed sięgnięciem po dany tytuł; tej chwili, w której decydujemy, czemu poświęcimy więcej czasu. Czy na wybór wpłynie znane nazwisko? Polecenie dobrego znajomego? A może tytuł? Gdy wodzimy wzrokiem po półce w księgarni i każda książka jest nam obca – co nas skusi, by sięgnąć po tytuł X, a nie Y? Literatura popularna stawia na wygląd, by móc przyciągnąć do swojego wnętrza. Przecież opakowanie ma znaczenie.

Niebanalne.


Okładka skrojona na Instagram

Nie lubimy pisać, wolimy skracać słowa, wstawiać emotikony, a najlepiej to zrobić zdjęcie, bo przecież obraz wyraża więcej niż tysiąc słów (a może to było Raffaello?). Nie zaraz – a już, nie za chwilę – a teraz, bo w kolejce czeka coś nowego. W końcu Instagram, Snapchat i nawet Facebook nie powstały po to, by publikować na nich wielostronicowe wypracowania. Chodzi o zdjęcia – zdjęcia mające przyciągnąć uwagę, najlepiej poddane obróbce i dopieszczone do granic nierealności. Bo w sieci coś jest albo ładne, albo kontrowersyjne. W przypadku książki najlepiej jest, jeśli ma cieszącą oko oprawę i kontrowersyjną zawartość. O, chyba wymyśliłam bestseller, a przynajmniej jedną z recept na niego.

Zalew wszelakich informacji, reklam i związanych z nimi produktów wymusza na nas selekcję. Nie damy rady kupić wszystkiego (podobno są tacy, co mogą, ale zakładam, że oni nie czytają tego bloga), więc sięgamy po to, co wzbudzi nasze największe zainteresowanie. Nie ukrywajmy, tutaj liczy się pierwsze wrażenie. Żeby przeczytać opis książki, najpierw „coś” musi do nas przemówić. Jeśli nie jest to nazwisko autora, to co pozostaje? Atrakcyjna oprawa, która wybija się na tle konkurencji. A konkurencja przerzuciła literacki wyścig zbrojeń do sieci. Z czego korzystają klienci, szczególnie młodzi, co jest popularne? Właśnie portale społecznościowe. Tam wszyscy się chwalą, wielu reklamuje. Coraz więcej wydawnictw odnajduje się w takich środkach komunikacji z fanami. Zakładają profile, pokazują sceny z życia wydawnictwa i przede wszystkim promują książki. Czytelnicy robią to samo, fotografując swoje stosiki, biblioteczki czy aktualnie czytane lektury. Rozpychają się pomiędzy instagramowymi modelkami a sławami, które ujawniają chwile z prywatnego życia. „Lans” ma się dobrze. Czy to źle? Nie, bo miejsce na literaturę jest wszędzie, nawet w tak nowoczesnych formach przekazu. Dopóki nikt nie myśli, że książka nadaje się jedynie jako gadżet wzbogacający zdjęcie, możemy spać spokojnie. Promowanie książek poprzez Snapchata czy Instagrama uświadamia, że okładka musi być atrakcyjna, wpadająca w oko, co ochoczo wykorzystują wydawcy, często dodatkowo obdarowując blogerów gratisami związanymi z powieścią. Wszystko po to, by wzbudzić zainteresowanie i jak najdłużej zatrzymać przy sobie czytelnika. 

Jak już przy portalach społecznościowych jesteśmy, to dlaczego wielu czytelników wpisy z udostępnionym projektem polskiej okładki komentuje w ten sposób: „przeczytam, ale chyba jeszcze dokupię anglojęzyczne wydanie” albo „ja się zdecyduję na oryginalne wydanie”? Pomijając chęć pogłębienia znajomości języka obcego, przecież chodzi właśnie o okładkę. Porównujemy książki i przy tej samej treści, chcemy mieć na półce ładniejsze wydanie. Sama jestem tego doskonałym przykładem – jak pewnie wiecie, wydania amerykańskie i brytyjskie często mają kilka wersji i różnią się cenami. Często jestem skłonna zapłacić więcej za atrakcyjniejszą edycję, bądź poczekać na polskie wydanie, jeśli zapowiada się obiecująco. 

Randka w ciemno i inne historie

Wyobraźmy sobie taką sytuację: nie znamy autora, nie wiemy, o czym traktuje książka, znamy tylko gatunek i kilka ogólnych haseł związanych z fabułą. Taki eksperyment można spotkać w niektórych księgarniach i bibliotekach, które oferują Randkę w ciemno z książką. Tomy pakowane są w szary papier, na którym zamieszczony jest gatunek i temat przewodni. Wizualna jednolitość jest niemal szokiem. 
Nie wiemy, czego się spodziewać, bo przyzwyczajono nas, że okładka potrafi też przekazać namiastkę atmosfery. To co na niej zobaczymy, może wpłynąć na nasze nastawienie względem lektury.  

Zresztą, kogo ja chcę oszukać? Gdybyśmy nie oceniali po okładce, to wszystkie książki miałyby tylko tytuł i autora zamieszczone na białym tle. Tyle, że wtedy poszukiwania niedoinformowanego klienta w księgarni wyglądałyby tak:

[P]racownik: Dzień dobry.
[K]lient: Dzień dobry.
P: W czym mogę pomóc?
K: Szukam książki…
P: Rozumiem. Czy może mi pan/pani powiedzieć coś więcej? Jakieś konkretne preferencje dotyczące gatunku albo autora?
K: Pamiętam, że okładka była biała.

Nie, to definitywnie by nie przeszło.

Taka piękna katastrofa

O co dokładnie chodzi w tym kulcie okładkowego piękna? Czy nie jest tak, że niedbałe okładki, pozbawione polotu i pomysłu, budzą zniechęcenie, szczególnie w dobie pięknych, dopracowanych opraw? Gdy widzę wizualnego koszmarka, którego wypuściło wydawnictwo, zaczynam zastanawiać się, co nim kierowało i czy treść również jest bez wyrazu – bo gdyby zawartość była niesamowita, to chcieliby to pokazać, wyróżnić się na tle innych nowości. Gdy już na początku atakuje nas brzydota, to tak jakby ukryto w tym wiadomość „nie warto sięgać po ten tytuł, daj sobie spokój, gdyby był świetny, to byśmy go dopieścili od A do Z, a nie od A do [O]kładki”. Można dojść do wniosku, że wydawnictwu nie chciało się starać, bo książka nie była tego warta. Zestaw okładka + treść stał się teraz nieodłączny. Tak, ta wszechobecna „ładność” mnie wypaczyła i po części zaczynam zestawiać ze sobą wygląd z zawartością. I nie, nie piszę tu o prostocie! Prostota to nie brzydota. Podobają mi się symboliczne/minimalistyczne okładki. Chodzi o pomysł i konsekwencję; filozofia „byle jak, byle było” już od dawna się nie spisuje. 

Ładna okładka to pułapka?

Piękno była zwodnicze. Staranna, dopracowana oprawa i ciekawa kampania promocyjna wcale nie gwarantują dobrej lektury. Tak samo, jak dobra powieść może zostać skrzywdzona niedbalstwem, tak samo niskich lotów historia może wyglądać olśniewająco na półce. W końcu okładka jest też formą reklamy i musi przyciągnąć uwagę potencjalnych czytelników. Przecież na wstępie nikt nie wymienia swoich wad, tylko próbuje pokazać się z jak najlepszej strony. Część wydawców świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że wiele osób już na bazie okładki jest w stanie wyrobić sobie opinię o tytule.

A później… Cóż, później może się okazać, że miłość od pierwszego wejrzenia zamieniła się w nienawiść od pierwszego przeczytania. Wtedy pozostanie jedynie ładnie wyglądająca na półce okładka i kilka zdjęć, które można opublikować na portalach społecznościowych. Niech ktoś inni złapie się na podrasowaną twarz nie najlepszej literatury.