28 wrz 2015

OwlCrate #1 - recenzja edycji wrześniowej, czyli gdzie można spotkać Daenerys, Tris, Katniss, Hermionę i Willowdean w jednym miejscu (?)


Sowia poczta istnieje! W pewnym sensie…


[OwlCrate] to subskrypcja książkowa Young Adult, która wystartowała w marcu tego roku i od razu wzbudziła zainteresowanie moli książkowych. Było ono tak duże, że aż część czytelników musiała zapisać się na listę oczekujących – ta wydłużała się i wydłużała, wydłużała… Choć co miesiąc oferowano pulę wolnych miejsc, to i tak wiele osób musiało „odstać swoje”. Ja czekałam dwa miesiące zanim otrzymałam zaproszenie.

OwlCrate w dużej mierze przypomina nasze polskie EpikBox, o którym napisałam [TUTAJ]. W przypadku „Sówek”, jak lubię nazywać subskrypcję, co miesiąc otrzymujemy pudełko, w którym ukryto powieść w twardej oprawie, od 3 do 5 gadżetów nawiązujących do literatury oraz dodatki promujące książkę od autora bądź wydawcy. Każdy miesiąc związany jest z innym motywem; poprzednie edycje reprezentowały hasła: Fantasy, All the Feels, Parallel Worlds, Diversity, Friendship, Mystery. Ich zawartość możecie obejrzeć [TUTAJ]. 



Tym razem OwlCrate z hasłem Leading Ladies postawiło na kilka najsłynniejszych (ostatnio) powieściowych pań - nie wszystkie z nich pochodzą z Young Adult. Niech was nie zmylą słodkie kolory, bo dziewczyny w rolach głównych potrafią pokazać pazurki i zawalczyć o swoje. Są silne, odważne, kradną każdą scenę a przy tym zdobywają sympatię czytelników.


Czas zagłębić się we wrześniowe pudełko OwlCrate i omówić kryjące się w nim skarby…


To słynna wizytówka „Sówek”, która w każdej edycji ma inne tło nawiązujące do hasła przewodniego. Tym razem padło na róż oraz powieściowe symbole. Druga z wizytówek reklamuje [Hccfrenzy], czyli portal poświęcony Young Adult prowadzony przez wydawnictwo HarperCollins Canada.


Pierwszą panią, jak nietrudno zgadnąć, jest Tris Prior z „Niezgodnej”. Torbę i zakładkę zdobią elementy znane z serii oraz hasło „Odważni i nieustraszeni”. Zestaw został zaprojektowany przez [Whoviandrea]. Co prawda torby nie są moim ukochanym gadżetem, ale ta odnalazła swoje przeznaczenie jako pokrowiec na poduszkę. Bo dlaczego nie... :)


Druga jest Daenerys Targaryen z „Pieśni Lodu i Ognia”. Breloczek Funko Pop! Mini podbił moje serce. Niedawno ogłoszono, że kolejne edycje mogą zawierać tradycyjne figurki Pop! Biorąc pod uwagę fakt, że niedługo mają się pojawić postacie z "Igrzysk śmierci" [TUTAJ] możecie zobaczyć projekty - ja już nie mogę się doczekać.


[Crystal Compass] ofiarował symbol należący do Katniss Everdeen z „Igrzysk śmierci”, czyli naszyjnik ze strzałą w kolorze starego złota. Fakt, częściej kojarzymy trylogię z Kosogłosem, choć przecież to strzały dłużej towarzyszą Katniss.


Oczywiście ta edycja nie mogła obejść się bez Hermiony Granger z „Harry’ego Pottera”, czyli mojej ulubionej bohaterki młodzieżowej. Dwie twarze młodej czarownicy ukazano z obowiązkowymi atrybutami: barwami Gryffindoru, kotem Krzywołapem i oczywiście książką. Ilustrację po prawej przygotowała Megan Lara - pozostałe fantastyczne prace możecie znaleźć [TUTAJ].


Cieszy mnie, że w pudełku znalazło się „Dumplin’” Julie Murphy, które w Polsce ukazało się pod tytułem „Konkurs”. Książce towarzyszy promocyjna naklejka oraz uroczy list od autorki. „Dumplin’” miałam w swoich czytelniczych planach już od dłuższego czasu. Powieść wpisuje się w pewien nurt, o którym niedługo napiszę dość obszernego posta. Teraz jestem na etapie zbierania materiałów i uwierzcie mi – jest ich mnóstwo, na dodatek prawie każdego dnia natykam się na nowe. Temat jest niesamowicie ciekawy i mam nadzieję, że podzielicie moje zainteresowanie.


Lubię amerykańskie wydania w twardych oprawach, bo zawsze cieszą oko. Po zdjęciu obwoluty znalazłam koronę, która jest symbolem Willowdean. Mam nadzieję, że lektura również będzie ukoronowana najwyższą oceną - a przynajmniej dobrą :)


Dotarliśmy do dna… Sówka życzy udanej przygody w literackim świecie. 


Oto wrześniowe pudełko w całej krasie. Czy jestem zadowolona? Zdecydowanie tak! Nie potrafię wybrać, który element jest moim ulubionym, bo całość spisuje się fantastycznie.

25 wrz 2015

„Proces diabła” - Adrian Bednarek [przedpremierowo]



Tytuł: Proces diabła
Autor: Adrian Bednarek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka
Data wydania: [zapowiedź] 28.09.2015
Ilość stron: ok.372
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępnił autor oraz Wydawnictwo Zysk i S-ka


Zło polubiło drogie garnitury i znalazło przytulny kącik w prestiżowej kancelarii prawniczej. Zmyło krew z rąk, poprawiło krawat i postanowiło czekać. Ostatnia rzeź uśpiła demony, które skryły się pod skórą. Na jak długo? Broniąc osób równie zepsutych jak ono, Zło znane jako Kuba Sobański zaczyna układać sobie pozornie normalne życie. Bogaty, młody i przystojny, ma świat u swych stóp i bez wysiłku uwodzi najpiękniejsze kobiety. Na dodatek otrzymuje szansę, która może na zawsze odmienić jego karierę. Policja aresztowała podejrzanego o bycie mordercą zwanym Rozpruwaczem, który zabijał i masakrował ciała prostytutek. Mężczyzna uparcie zaprzecza jakoby miał związek z zabójstwami. Czy oskarżony i morderca rzeczywiście są tą samą osobą? Choć dla Kuby Sobańskiego liczy się tylko wygranie sprawy, to jednak pragnienie poznania tożsamości drugiego potwora nie daje mu spokoju. Gdy młody prawnik podejmuje się obrony, Zło znane jako Rzeźnik Niewiniątek zaczyna budzić się do życia. Tylko drapieżnik może odnaleźć drugiego drapieżnika…

W „Procesie diabła” zło i dobro mieszają się w sposób, o jakim nawet nie chcemy myśleć. Podział na biel i czerń? Zapomnijcie. Czyli szarości? Pełna paleta. Zestawienie dwóch potworów, Rzeźnika i Rozpruwacza, prowadzi do powstania kuriozalnych, a nawet chorych sytuacji. Przecież jeden z nich stoi na straży prawa! A przynajmniej powinien. W trakcie lektury zaczynamy się zastanawiać, czy dobre intencje mogą owocować złymi czynami i czy złe pragnienia mogą pociągać za sobą jakiekolwiek dobre postępowanie. Czy zła osoba mogła jeszcze kilka chwil wcześniej być tą dobrą? Jakby nie patrzeć, to „Proces diabła” trochę miesza w głowie. I budzi niepokój, bo zaczynamy zastanawiać się, czy istnieją osoby, które mają nas chronić, a tak naprawdę są złoczyńcami igrającymi z systemem. Choć akcja miejscami nie ma zawrotnego tempa, to gonitwa myśli i tak nie ustaje. Z jednej strony czytelnik próbuje rozwikłać tajemnicę Rozpruwacza, z drugiej stara się wyrobić sobie opinię na temat postępowania Kuby – i jest jeszcze trzecia strona: świadomość, że Rzeźnik Niewiniątek może wcale nie być największym potworem, jakiego nosiły karty tej książki. Co prawda udało mi się rozgryźć główną zagadkę związaną z Rozpruwaczem, ale kilka tajemnic zachowano przede mną aż do samego końca, dlatego daleka jestem od stwierdzenia, że powieść jest przewidywalna. Nie ukrywam, sporo satysfakcji przyniosło mi prowadzenie własnego, czytelniczego śledztwa. Zaangażowałam się w lekturę, której rytm wyznacza toczący się proces. Każda kolejna rozprawa odlicza dni do wyroku, a w międzyczasie siatka intryg zacieśnia się wokół następnego bohatera.

Znany z „Pamiętnika diabła” Kuba Sobański nie stracił nic ze swojej charyzmy i nadal jego najostrzejszym orężem jest inteligencja. Ma w sobie trochę z Patricka Batemana, trochę z Dextera Morgana, dzielnie reprezentując lożę fikcyjnych psychopatów. Do tej pory brak skrupułów mężczyzny działał w oczywisty sposób: widzę – zabijam – nie rozpaczam. Teraz to nie mordowanie wysuwa się na pierwszy plan. Wyrachowanie i brak skrupułów stają się po części podłożem dla spojrzenia na pewien dylemat moralny. W sumie to nawet można to podciągnąć po dylemat wagonika, tyle że w tym przypadku zamienia się on w zabójczy rollercoaster. Nie jest to rzecz jasna opracowanie naukowe, nie mamy też głębokiego wejrzenia w temat, raczej nazwałabym to delikatnymi wpływami – wystarczy na tyle, by dociekliwi mieli od czego zacząć rozmyślać.

„Pamiętnik diabła” graniczył ze slasherem, nie stroniąc od litrów krwi, flaków na wierzchu i opisów wymyślnych tortur. W „Procesie diabła” wszelkie paskudztwa przeniosły się w sferę psychiki. Nacisk położono na obsesje, traumy, mentalne blizny, które pozostają po wyrządzonej krzywdzie. Pierwszoosobowa narracja wciąga czytelnika w sam środek piekła i chyba już nie mógłby być bliżej. Nie zrezygnowano całkowicie z makabry, ale odrobinę wyciszono ją, by stanowiła tło dla kryminalnej intrygi. Kuba wkracza do cudzego koszmaru z własnymi demonami na karku i staje się przewodnikiem w świecie, który jest w stanie zrozumieć tak, jak nikt. Myślę, że zestawienie tych dwóch historii – dwóch metod na zrodzenie potwora, dało ciekawy efekt, bo one wzajemnie podkreślają okrucieństwo i tragedię, która wypaczyła psychikę bohaterów.

„Proces diabła” to mroczny thriller, który splótł historię o seryjnym mordercy z prawniczymi rozgrywkami i wątkiem kryminalnym. Zakończenie intryguje i daje nadzieję na trzeci tom. Czyżby koszmar diabła miał się w końcu ziścić? Może niedługo to ktoś inny będzie rozkoszować się rajem? Chyba, że to tylko sidła zastawione przez autora na czytelników. Na tym etapie tak naprawdę wszystko może się zdarzyć.

Chore umysły spierają się, wkraczają na teren swoich własnych piekieł i zarażają demonami, które wżerają się w psychikę. Ofiary mogą stać się zbrodniarzami, a zbrodniarze na pewno będą szukać ofiar. Epidemia zła i zepsucia rozlewa się na kartach „Procesu diabła”, kreując wciągającą opowieść, w której potwory przestały czyhać w mroku – czasem patrzą na nas z lustra, czasem z ufnością powierzamy im swoje bezpieczeństwo. I chyba to jest najbardziej przerażająca myśl.

22 wrz 2015

„Angelfall. Penryn i kres dni” - Susan Ee


Tytuł: Angelfall. Penryn i kres dni
Autor: Susan Ee
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2015
Ilość stron: 368
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Filia
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać



Poruszając niebo i ziemię, można wywołać piekło

Koniec jest już blisko. Biblijne zwiastuny Sądu Ostatecznego nawiedzają ocalałych, wydzierając im z rąk resztki nadziei. Ludzie kryją się w spustoszonym mieście, licząc kolejne dni, które udało się przetrwać. Tymczasem anioły gromadzą się i zbierają siły, by zadać ostateczny cios. Niektórym śmiertelnikom oferują ostatnią szansę na zbawienie – Penryn musi umrzeć. Dziewczyna nie może nikomu ufać, nawet dotychczasowym sprzymierzeńcom. Raffe nadal walczy o odzyskanie skrzydeł i należnej mu pozycji wśród archaniołów. Ma coraz mniej czasu na to, by stanąć na czele armii i zrealizować swój plan. Sojusz zdaje się wisieć na włosku, bo zarówno Penryn, jak i Raffe nie zamierzają zdradzić swojego gatunku. W obliczu zagłady nie cofną się przed niczym. Ocalenie będzie wymagało ostatecznego poświęcenia… Nadchodzi kres dni.

„Angelfall. Penryn i kres dni” to niestety pożegnanie z niezwykłym światem wykreowanym przez Susan Ee. Światem wypełnionym ciemnością, upiornymi bestiami i ludzkim okrucieństwem. Początkowo zapowiadano pięć tomów serii, ale ostatecznie autorka poprzestała na trylogii. Czy to znaczy, że już nigdy nie będzie nam dane wrócić do Świata Po? Biorąc pod uwagę furtkę, jaką pozostawiono w zakończeniu „Kresu dni”, nie należy zbyt mocno trzymać pisarki za słowo. Może praca nad ekranizacją rozwinie jej demoniczne skrzydła? Przecież nie może nas zostawić, nie z taką wyobraźnią.

„Kres dni” w lot chwyta historię przerwaną w „Świecie Po”. Bez dłużyzn, przeskoków czy przypominania, możemy nawet odnieść wrażenie, że wróciliśmy do przerwanej w połowie lektury. Już od pierwszych stron odczuwamy gęstniejącą, ciężką atmosferę związaną z nadchodzącym ostatecznym starciem. Bohaterowie a wraz z nimi czytelnicy, nie mogą liczyć na chwile wytchnienia. Penryn i spółka są skazani na wyścig z czasem, desperacja nie odstępuje ich ani na krok. Tak naprawdę szukają cudu, bo śmiertelnicy w starciu z istotami nadnaturalnymi nie mają żadnych szans. Są rzucani z miejsca na miejsce i nawet jeśli podążają znanymi ścieżkami, to zawsze za zakrętem czeka niespodzianka. Pod tym względem powieść nie różni się niczym od „Angelfall” czy „Świata Po”, oferując wartką, dynamiczną akcję.

Literatura młodzieżowa zazwyczaj delikatnie obchodzi się z tematem apokalipsy, ohyda i brutalność rozgrywają się gdzieś poza oczami bohaterów. Nie w tym przypadku. W finałowej odsłonie, Susan Ee konsekwentnie wplata w historię barwne, makabryczne obrazy, których posmakowaliśmy w pierwszym i drugim tomie. To jeden z tych elementów, który bezapelacyjnie jest najlepszy w całej trylogii. Monstra rodem z piekielnych czeluści budzą pytania o to, czy są jakiekolwiek granice w upiornej wyobraźni autorki; w ślad za nimi kroczy spustoszenie, zajmujące każde miejsce, w którym przebywają bohaterowie oraz sugestywne opisy dotkliwych ran. Jest krwawo, bywa obrzydliwie, królują przemoc i gasnąca nadzieja – zdecydowanie nietypowo jak na powieść kierowaną do nastolatków. Według mnie mogłoby być jeszcze makabryczniej, ale że moja granica odporności leży daleko za horyzontem slasherów, to nie należy tego brać sobie za mocno do serca. Nie zmienia to jednak faktu, że „Kres dni” wypełniony jest kapitalnymi, działającymi na wyobraźnię postaciami, zjawiskami czy miejscami. Apokaliptyczna wizja według Ee nie pozostawia cienia wątpliwości – spotkanie aniołów, nie tylko upadłych, z ludźmi, to dobry materiał na horror.

Rozstanie ze Światem Po budzi niedosyt. Kilka końcowych rozdziałów powoli traciło prędkość, by w końcu zatrzymać się na pozbawionym emocji pożegnaniu. „Kres dni” jest spektakularnym wprowadzeniem do średniego finału. Czytelnicy otrzymali dość zdawkowe odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Autorka sporo energii włożyła w to, by przekonać wszystkich o niezwykłości kryjącej się za anielską sprawą, obiecano rozmach na progu zagłady, do której to przygotowywaliśmy się przez blisko trzy tomy, a finalna potyczka rozegrała się w mgnieniu oka. Czytelnicy, którzy lubią otwarte zakończenia, mogą być zadowoleni, bo w przypadku „Kresu dni” pozostają tylko domysły i własne wersje wydarzeń. Choć Ee bardzo starała się, by wyróżnić trylogię i nie pozwolić na zaszufladkowanie jej jako kolejnej młodzieżówki, to najwyraźniej konsekwencja wyczerpała się w drugiej połowie trzeciego tomu. Oczekiwałam lepszego rozstrzygnięcia romansu, którym kuszono nas od czasu „Angelfall”. Nagle Penyn straciła swoją zadziorność, a Raffe w mgnieniu oka stępił pazury. Zniknęło napięcie i niepewność związane z uczuciami względem największego wroga. Ta słodycz wzięta z zupełnie innej bajki nie pasuje do tego, czym do tej pory nas raczono. Maślane oczy na polu walki są „oczywiście” najważniejsze, szczególnie jeśli mówimy o wiekowym aniele, który przeżył prawie wszystko. Stylistyka romansu paranormalnego nie odnajduje się w tych postapokaliptycznych dekoracjach, ciągnąc „Kres dni” w stronę typowej młodzieżówki. Czyżby wymuszony kompromis pomiędzy tym, co oryginalne u samej Ee, a tym, co popularne u nastoletnich czytelniczek? Ta niby oczywista, ale nie do końca dopowiedziana relacja Raffego i Penryn pasowała o wiele bardziej niż otwarte i nagminne wzdychanie oraz rozwodzenie się nad urodą wybranka. Nagłe przeistoczenie Pen w typową nastolatkę rodem z romansu nie jest czymś, na co liczyli fani – szczególnie, że zaserwowano to na wielki finał. Czyżby autorce nagle przypomniało się, że z tym fantem trzeba coś zrobić? Szkoda tylko, że wybrała najłatwiejsze i najpopularniejsze rozwiązanie, które zupełnie nie jest satysfakcjonujące. Czytelnicy nie chcą widzieć w trylogii „Angelfall” tego, co mogą zobaczyć w innych powieściach młodzieżowych.

„Angelfall. Penryn i kres dni” byłby świetny jako kolejny tom serii, jednak jako finał nie do końca spełnia pokładane w nim nadzieje. Co prawda nadal oferuje elementy, które zachwyciły czytelników, ale ta niespotykana upiorność zaczęła potykać się o schematyczny, cukierkowy romans, wartka akcja pogubiła gdzieś odpowiedzi na ważne pytania, a losy drobiazgowo wykreowanych bohaterów drugoplanowych tak po prostu przerwano, bez żadnego dopowiedzenia. „Kres dni” ma w sobie wiele dobrego – problem w tym, że w pewnym momencie autorka jakby przestała ufać swojej wyobraźni; „nieźle” to zdecydowanie za mało na jej możliwości.

To piekielnie dobra trylogia, która jednak… mogłaby skończyć się nieco inaczej.

14 wrz 2015

„Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce" - Kamil Janicki


Ostatnio ogarnęło mnie dość dokuczliwe zjawisko, które anglojęzyczni czytelnicy nazywają „reading slump”, co w polskim odpowiedniku można określić mianem wstrętu do czytania, a co jest właściwie bliższe zniechęceniu niż wstrętowi. Sięgałam po kolejne książki, które jeszcze niedawno budziły ekscytację w związku z nadchodzącą lekturą, po czym odkładałam je na półkę – czasem po przeczytaniu kilku stron, a czasem zatrzymując się na wstępie. Recenzując zaległe tytuły, patrzyłam tęsknie w stronę półki, licząc na to, że się w końcu „odblokuję”. Niektórzy twierdzą, że to mija z czasem, inni z kolei polecają znalezienie „TEJ” książki, która działa niczym pigułka na umysłowe zakatarzenie.

Ja najwyraźniej znalazłam swój lek – nie spodziewałam się tylko, że będzie to…



Tytuł: Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce
Autor: Kamil Janicki
Wydawnictwo, rok wydania: Znak/CiekawostkiHistoryczne.pl
Ilość stron: 480
Cena: 39,90 zł 


~~***~~


Zauważyliście, jak często politycy w ramach tematu zastępczego wywlekają sprawę legalizacji związków partnerskich? Sprawa zawsze toczy się tak samo: debatują, głosują i odrzucają kolejne projekty, po czym stwierdzają, że nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Niezrealizowana sprawa trafia do schowka, gdzie czeka na kolejny sezon ogórkowy. Jałowe dyskusje trwają i trwają, a my mamy wrażenie, że od kilku lat słuchamy tych samych argumentów – istna zdarta płyta. Prawda jest taka, że ta płyta wybrzmiewa… od około roku 1930. To się nazywa upór! Kto by się spodziewał, że jedno zagadnienie może być tak fascynujące, by wałkować je przez blisko osiemdziesiąt pięć lat? I pomyśleć, że niektórzy po piętnastu minutach na randce wyczerpują zasób tematów do omówienia – powinni się uczyć od polityków. Zresztą, podobnie sprawa ma się z pornografią, prostytucją, antykoncepcją, edukacją seksualną i aborcją (całkiem niedawno znów dyskutowano na temat aborcji oraz powszechnego dostępu do informacji i badań prenatalnych) – co jakiś czas rozpętują się dyskusje: zakazać czy zalegalizować, a jeśli tak, to w jakiej formie, ile wolno, komu wolno, za ile wolno i jakie mogą być tego skutki.

Tym, którzy zastanawiają się, dokąd zmierza ta pisanina, już wyjaśniam: moją czytelniczą niechęć przełamała „Epoka hipokryzji” Kamila Janickiego, czyli spojrzenie na seks i erotykę w przedwojennej Polsce. Historia lubi się powtarzać – również ta dotycząca seksualności. W trakcie lektury „Epoki hipokryzji” często nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wiele opisywanych wydarzeń można by przenieść do roku 2015, zaś ich bohaterowie zamrugaliby tylko ze zdziwieniem i nie dowierzali, że wiele lat później tyle zagadnień stoi w tym samym punkcie, w którym oni je pozostawili. Mało tego, niektórzy ciągle wierzą w przesądy i zasady, które zbudowano na ówczesnej niewiedzy. Postęp jakby… ominął niektórych?

„Wychowanie seksualne, związki partnerskie, małżeństwa homoseksualne, życie bez ślubu, aborcja, seks w mediach i w sferze publicznej, sponsoring, swingersi, stalking, mobbing, legalność prostytucji, a nawet gender. Przedwojenna Polska zajmowała się każdym z tych tematów.”*

Dorzućmy do tego obnażanie się i masturbowanie w miejscach publicznych, sztuczne piersi, młodziutkie, zaledwie nastoletnie matki, podwójną moralność, sex-shopy, półdziewice, pornografię w szkołach, modę na powieści erotyczne, środki na potencję, darkroomy czy revenge porn. Brzmi jak upadek cywilizacji i zepsuta nowoczesność? A to tylko przeszłość – a raczej jej spory, nieczęsto omawiany element. Niby zdajemy sobie sprawę z tego, że niegdyś pod płaszczykiem surowych zasad kryła się cała paleta „rozrywek”, że seks nie różnił się aż tak bardzo od tego, co znamy teraz, ale za to brakuje nam konkretnej wiedzy opartej na informacjach. Omawiany tytuł po brzegi wypełniony jest anegdotami i ciekawostkami – niektóre bawią, inne brzmią znajomo, są też takie, które wprawiają w zadumę, a jeszcze inne szokują i budzą grozę. Przytoczyłam te najbardziej pikantne przykłady, ale „Epoka hipokryzji” to o wiele więcej, niż tylko zbiór pieprznych wiadomości. Mnogość nazwisk, dat, miejsc i definicji przeplatana jest fragmentami tekstów źródłowych. W trakcie lektury towarzyszą czytelnikowi obserwacje ówczesnych lekarzy, prekursorów seksuologii, samozwańczych naukowców, pewnego pana taksówkarza, panienek z dobrych domów, kawalerów, mężów i żon, twórców, nauczycieli, stróżów prawa, a także współczesnych badaczy historii seksualności. W wielu miejscach przytaczane są i porównywane wyniki dawnych i obecnych badań bazujących na ankietach. „Epoka hipokryzji” zawiera również reprodukcje rysunków, obrazów, plakatów, reklam czy pocztówek erotycznych pochodzących z omawianego okresu. Frywolne ilustracje komentowały ówczesne zjawiska panujące w towarzystwie czy w alkowie. Lekkie pióro autora sprawia, że całość czyta się niczym wciągającą powieść. Trzeba mieć dryg, żeby przekazać taką ilość wiadomości i nie zamęczyć czytelnika. Kamilowi Janickiemu to się udało; poszczególnie rozdziały książki można także potraktować jak wykłady, których wysłuchuje się z niekłamanym zainteresowaniem. Przy takiej obfitości tematów można zauważyć, że niektórym poświęcono więcej uwagi, innym nieco mniej. Jak napisał sam autor w rozdziale „Czym nie jest ta książka?”, omawiany tytuł jest popularnonaukowym opracowaniem, stanowiącym próbę przedstawienia pewnego zarysu rzeczywistości – zarys ten jest obszerny i treściwy, stara się dotknąć każdego zagadnienia związanego z seksuologią i erotyką, ale nie eksploruje ich w pełni, bo przecież „każdemu z tych tematów można by z powodzeniem poświęcić osobną, przynajmniej równie obszerną książkę”.** Dociekliwi mogą traktować „Epokę” jako wprowadzenie, które patrzy na seks i erotykę przez pryzmat codziennego życia.

Związek codzienności i seksualności rozciągnął się na różne aspekty życia – głównie politykę i kulturę, dlatego w „Epoce hipokryzji” nie brakuje komentarzy związanych, przykładowo, z literaturą („Przedwojenni pisarze nagminnie narzekali na katastrofalną kondycję rynku wydawniczego. Księgarnie świeciły pustkami, z pisania żadnym cudem nie dało się wyżyć, a jeśli ktoś kupował książki, to głównie po to, by dobrze wyglądały na półce”***). Uczniowie masowo podczytywali erotyczne historyjki, pieprzne pisemka istniały pomimo cenzury, zaś wszystko kwitło i więdło w zależności od tego, kto był u szczytów władzy i jak bardzo chciał zatuszować swoje grzechy i grzeszki. Seks jako karta przetargowa działał na wielu polach.

„Podczas swoich krótkich rządów przemienił Poznań w prawdziwą stolicę pruderii i purytańskich obyczajów. Ludzie kojarzyli go jako przykładnego ojca, patriotę, a przede wszystkim konserwatystę stojącego za każdą akcją „służącą podniesieniu ducha religijnego”. Nikt nie podejrzewał, że ten chodzący ideał to jednocześnie zdeprawowany pedofil, gwałciciel, współtwórca sieci seksualnych usług i prawdopodobnie największy w zachodniej Polsce producent ostrej pornografii (…) niemal przez dekadę prowadził dom publiczny”****

Myślę, że epoka hipokryzji trwa nadal i ma się świetnie, ale za to dzięki „Epoce hipokryzji” można nabrać do niej dystansu. Rozbrzmiewające zewsząd głosy donoszące o demoralizacji na niesłychaną dotąd skalę okazują się być kolejnym potwierdzeniem, że strach ma wielkie oczy. Zainteresowanie seksualnością nie jest współczesnym wynalazkiem, zaś dyskusje na trudne tematy nie toczą się od wczoraj. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy je lekceważyć, bo jak udowadnia historia – przemiany również mogą mieć szkodliwe skutki uboczne. Warto poznać doświadczenia poprzedników, by mieć świadomość, jakie jest podłoże polskiej rewolucji seksualnej i co wpłynęło na obecne postrzeganie seksu w sferze publicznej. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile dostaliśmy w spadku…

__________
* str. 39
**str. 416
***str. 236
**** str. 264

10 wrz 2015

„450 stron” - Patrycja Gryciuk


Tytuł: 450 stron
Autor: Patrycja Gryciuk
Wydawnictwo, rok wydania: Czwarta Strona, 2015
Ilość stron: 416
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Czwarta Strona



W rzeczywistości zabija wyobraźnia

Częściej to fikcja czerpie z rzeczywistości, czy może rzeczywistość naśladuje fikcję? Życie udowadnia, że granice pomiędzy jednym a drugim mogą się zacierać, przenikać i wtedy odpowiedź na pytanie „co jest prawdziwe?” wcale nie jest taka łatwa. Znany jest przypadek autora, który rzekomo opisał w książce popełnioną przez siebie zbrodnię. Liczne filmy, powieści i seriale bazują na wątku mordercy, który odtwarza słynne przestępstwa – fikcyjne, pochodzące z innych tytułów, bądź realne. Zabijamy na setki sposobów i w każdym przypadku, prędzej czy później, trzeba użyć wyobraźni. Niektórym wystarcza fantazjowanie, inni od tego zaczynają, by skończyć w rzeczywistości. Co zrobić, gdy literackie seryjne morderstwa wymykają się spod kontroli i śmierć zaczyna przesączać się z kart powieści do naszego świata?

Dla Wiktorii Moreau, autorki bestsellerowych kryminałów, fikcja stała się zbyt prawdziwa. Konkurencja oskarżyła ją o plagiat, a pewna firma – o zniesławienie. Na dodatek pisarka znajduje się na celowniku policji, bo ktoś popełnia morderstwa w oparciu o fabułę, którą Wiktora rzekomo ukradła. Sukces najnowszej, jeszcze niewydanej powieści wisi na włosku… Moreau ma sporo na głowie, ale to nie koniec zawirowań. Młody, przystojny aktor, Mackenzie Stanford, wyglądający jak żywcem wyjęty z jej debiutanckiej powieści, próbuje zrobić wszystko, by zdobyć serce pięknej pisarki. Wiktoria próbuje pogodzić wszystkie swoje miłości, sprawiające coraz więcej kłopotów. Nowa książka i nowy związek stanowiłyby ukoronowanie dotychczasowych wysiłków, gdyby nie oskarżenia, które mogą zniszczyć nie tylko karierę, ale i całe życie. Wystarczy tylko jedno nieuważne posunięcie… W takiej atmosferze, nawet szczerość i bezinteresowność są skażone.

„450 stron” właściwie nie daje się wepchnąć w konkretne ramy gatunkowe. Bierze trochę z kryminału, sporo z romansu i nawet łakomie zerka w stronę thrillera medycznego. Z tej mieszanki wyłania się powieść określona mianem kobiecego kryminału. Jak to rozumieć? W tradycyjnym kryminale fabuła kręci się wokół zbrodni, która niejako staje się wrotami do losów osób wplątanych w śledztwo. Pytania „Kto zabił? Dlaczego to zrobił? Jak go znaleźć?” stają się małymi obsesjami zarówno bohaterów, jak i czytelników, jednocześnie wyznaczając rytm powieści. Opowieść, którą rozpoczął trup, bardzo często wplata się w prywatne losy postaci i nie da się ukryć – to właśnie śmierć jest najważniejsza. Z kolei literatura kobieca stereotypowo kojarzy się głównie z rozbudowanymi wątkami obyczajowymi oraz naciskiem położonym na romans i dylematy miłosne. Ten drugi element odgrywa niebagatelną rolę w „450 stronach”, dlatego myślę, że taki przydomek dość dobrze oddaje zawartość powieści. Patrycja Gryciuk przechodzi z głównej warstwy obyczajowej do pobocznej warstwy kryminalnej, układając pomiędzy nimi intrygę. Zbrodnie oraz śledztwo zaznaczają swoją obecność, jednak nie wysuwają się na pierwszy plan. W stosunku do życia prywatnego Moreau, działania funkcjonariuszy są zaledwie tłem. Autorka sygnalizuje pojawienie się kolejnych trupów, a prace śledczych toczą się gdzieś obok perypetii głównej bohaterki. Czytelnik jest informowany o najważniejszych ustaleniach policji, ale raczej nie możemy tutaj mówić o mozolnym i drobiazgowym śledztwie. Same przesłuchania to jedynie pokaz uwodzenia i zwodzenia w wykonaniu detektyw Marii Ortegi (właściwie to nie zaszkodziłoby, gdyby zachowywała się bardziej profesjonalnie). Morderstwa są dodatkiem do intrygi. Z tego powodu trudno określić „450 stron” mianem pełnokrwistego kryminału. Wspomniane wpływy romansu i powieści obyczajowej widać wyraźnie w prywatnym życiu Wiktorii. Bohaterka często odwołuje się do przeszłego i obecnego związku, co przyczynia się do refleksji na temat stosunków damsko-męskich. Miłość i flirt stają się podporą historii, wypełniając wiele burzliwych oraz romantycznych scen poświęconych Wiktorii i Mackenziemu. Myślę, że płaszczyzna kryminalna mogłaby być rozbudowana, nawet kosztem romansu. Zdecydowanie ciekawsze było śledzenie splatających się intryg związanych z plagiatem i morderstwami, niż rozkwitającego uczucia zakochanych. Miłość w hollywoodzkim wydaniu właściwie nie jest niczym nowym, za to pomysłowa intryga zawsze znajdzie uznanie – a z takową mamy do czynienia w recenzowanym tytule.

Do „450 stron” przyciągnął mnie motyw książki w książce – mam słabość do powieści i filmów, które obierają sobie pisarza za głównego bohatera. Liczyłam na to, że w tym przypadku nie będzie to jedynie puste określenie profesji i dane nam będzie zajrzeć za kulisy pisarstwa. Patrycja Gryciuk w pełni zrealizowała te oczekiwania. Śledzimy drogę książki od pomysłu pisarki, poprzez działania wydawnictwa, na wrażeniach czytelników skończywszy. Świat literacki ma wiele twarzy, które stopniowo odsłania przed nami autorka. Fantastycznie są rozdziały poświęcone procesowi tworzenia. Wiktoria skupia się na pisarstwie, na zabawie słowami, rozmyśla nad ich brzmieniem i znaczeniem. Refleksje pisarki pozwalają na chwilę oderwać się od intrygi i zagłębić w umysł twórczyni. Dzięki temu „450 stron” zyskuje niepowtarzalny koloryt.

Nie do końca dobrze spisało się zakończenie. Nie jest tak satysfakcjonujące, jakby można sobie tego życzyć, bo brakuje w nim napięcia, emocji, które rozsadzałyby stronice powieści. Z zaskakującym spokojem przyjmowałam rozwój wydarzeń, a moje serce niestety nie chciało wyskoczyć z piersi. Związany z finałem rozdział, który podsumowuje sylwetkę mordercy, nie wydaje się być najlepszym rozwiązaniem. W jednym miejscu czytelnik dowiaduje się wszystkiego: kto zabił, dlaczego i jak to zrobił. Takie streszczenia nigdy nie działają na korzyść powieści. Nagle cała przemyślana intryga zostaje zamknięta w telegraficznym skrócie, a czytelnik nie ma szansy na własne wnioski, bo autorka go w tym wyręcza. Choć powieść nie budzi silnych emocji i czytelnik raczej obserwuje wydarzenia z boku, niż wpada w sam środek wiru, to i tak nie można oderwać się od „450 stron”. Jak ta powieść wciąga! Nie da się ukryć, że miara „wciągalności” ma dla wielu osób niebagatelne znaczenie przy wyborze książki z tzw. literatury popularnej; w tym przypadku każdy zainteresowany powinien być usatysfakcjonowany. 416 stron lektury minęło jak z bicza strzelił! Pod tym względem to świetna, lekka rozrywka.

Druga książka Patrycji Gryciuk przekracza granice pomiędzy gatunkami oraz fikcją i rzeczywistością. Miłość, zbrodnia i literatura stanowią filary przemyślanej intrygi, która przemówi przede wszystkim do osób nie mających dużego doświadczenia z powieściami kryminalnymi. W „450 stronach” wyobraźnia jest narzędziem zbrodni, papier tnie do kości, a miłość i obsesja sąsiadują ze sobą na kolejnych stronach. Pomimo kilku niedociągnięć, „450 stron” zdecydowanie zachęciło mnie do tego, by sięgnąć po debiutancki „Plan” oraz śledzić przyszłe dokonania literackie pani Gryciuk.

6 wrz 2015

„Po moim trupie" - Magdalena Owczarek


Tytuł: Po moim trupie
Autor: Magdalena Owczarek
Wydawnictwo, rok wydania: Novae Res, 2014
Ilość stron: 240
Cena: 29 zł


~~***~~


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości akcji Polacy nie gęsi i swoich autorów mają


Tematyka apokalipsy zombie zawsze przyciąga moją uwagę, choć muszę przyznać, że z czasem dekoracje, czyli opuszczone miasta i żywe zwłoki snujące się po ulicach, zamieniły się w atrakcyjny dodatek do tego, co najważniejsze – do historii. Perypetie bohaterów muszą mieć jakiś cel, coś, co pozwala na rozwój akcji, bo inaczej pozostaje tylko barykadowanie się i odstrzeliwanie kolejnych trupów. Zdecydowanie lepiej obrać apokalipsę zombie za punkt wyjścia do kreowania świata i opowieści. Można, tak jak Mira Grant, uczynić z niej element powieści, która łączy w sobie polityczno-medyczną intrygę; można, tak jak Max Brooks, napisać cykl pseudo-reportaży traktujących o osobach, które bezpośrednio bądź pośrednio zetknęły się z wybuchem epidemii zombizmu. A jakie spojrzenie oferuje Magdalena Owczarek w powieści „Po moim trupie”?

Zombie zaatakowały Polskę. Mieszkająca we Wrocławiu, dwudziestokilkuletnia Karolina Świetlicka rozpoczyna walkę o przetrwanie. Tyle że… z tym może być problem, bo żałosna ilość zapasów i brak broni nie ułatwiają życia w nowej codzienności. Wyprawa do sklepu? Można zginąć. Odwiedziny u sąsiada? Można zginąć. Poszukiwanie innych ocalałych? Można zginąć. Kontakt z rodziną? Odpada. Jednak jakoś trzeba sobie radzić. Przecież gdzieś musi istnieć bezpieczna przystań, twierdza i ostoja cywilizacji. Gdzieś muszą przebywać żywi. Tylko gdzie? Karolina rzuca wyzwanie apokalipsie i na złość umarlakom – postanawia przeżyć. Stanie się zombie po swoim trupie. 

Obiecano mi „lekkostrawną czarną komedię”, co brzmiało obiecująco, bo czarny humor uwielbiam. Niestety, w tej powieści go nie odnalazłam. W zamierzeniu dowcipne komentarze głównej bohaterki doprowadzały mnie do szewskiej pasji i jeśli już się uśmiechałam, to tyko z politowaniem. Uwielbiam antypatycznych bohaterów i nie oceniam powieści po kątem mojej sympatii względem postaci, ale zadzierająca nosa Karolina, zwana przez wszystkich „Księżniczką”, wykorzystała wszystkie zapasy mojej cierpliwości. Przemądrzała przywódczyni, doprowadzająca do szeregu katastrof, zdecydowanie nie jest kimś, kogo powinni słuchać pozostali bohaterowie. Równie irytujące były wpadki, potknięcia i bezmyślność wspomnianych towarzyszy niedoli, którzy próbując zabrać się do misji naprawiania świata, udowodnili, że nie mają ani szczęścia, ani rozumu. Istne „jak NIEprzetrwać” – poradnik. Nieporadne fajtłapy miały bawić na zasadzie „mieszczuchy kontra koniec cywilizacji”, zaś autorka manewrowała pomiędzy komedią a powagą, co w tym wykonaniu zaowocowało sztywniackimi, wymuszonymi żartami. Ani śmieszno, ani straszno - czyli nijak. Poziom humoru można przyrównać do parodii spod znaku „Strasznego filmu”, „Igrzysk na kacu”, „Igrzysk śmiechu” i pozostałych filmów, które w niewybredny sposób wyśmiewają najmodniejsze hollywoodzkie produkcje. „Po moim trupie” chyba za bardzo starało się spojrzeć z przymrużeniem oka na „bijący rekordy popularności temat zombie”. Bycie zabawnym na siłę nigdy się nie udaje. Niestety, pod tym względem to nie jest „Zombieland”. „Wysyp żywych trupów” też nie.

Apokalipsa po polsku byłaby ciekawsza… gdyby nie była taka schematyczna, taka do bólu typowa. Powieść zawiera w sobie wszystkie elementy z działu „początek walki o życie”, czyli organizowanie zapasów, schronu i zasad działania nowej społeczności. Bohaterowie wypuszczają się z bazy, spotykają innych ocalałych i często giną (albo i nie). Widzieliśmy to już setki razy na progu każdej wersji apokalipsy zombie. Ta historia niczego nie wnosi do tematu. Planowanie przetrwania naprawdę nie jest interesującym tematem, chyba że mówimy o podręczniku, który szczegółowo opisuje każdy element walki, jak „Zombie survival” Brooksa. Nawet nie chodzi o to, że trzeba być efektownym – wystarczy skupić się na interakcjach międzyludzkich, na cechach, które zostają wyostrzone przez skrajne warunki i już mamy świetny materiał na opowieść w klimatach serialu „The Walking Dead”. „Po moim trupie” miało na to szansę, bo historie poszczególnych bohaterów zapowiadały się naprawdę ciekawie i myślałam, że zostaną rozwinięte. W nich rzeczywiście tkwił potencjał, który uczyniłby z powieści kapitalną czarną komedię. Interesujący pomysł przyniosło zakończenie i naprawdę żałuję, że autorka nie poświęciła mu więcej miejsca. W końcu ujrzałam coś nieszablonowego, co mogłoby rozwinąć zupełnie nową, wciągającą historię. Przydługie krążenie bohaterów po mieście zabrało miejsce czemuś, co uratowałoby ten tytuł. Mam nadzieję, że drugi tom, jeśli takowy się pojawi, skupi się na oryginalnych rozwiązaniach, a nie na chaotycznych próbach wyśmiewania schematów, samemu będąc jednym wielkim schematem.

„Po moim trupie” może przypaść do gustu czytelnikom, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z motywem apokalipsy zombie i nie wiedzą, z czym to się je (z mózgami głównie). Dla nowicjuszy to nawet niezła lektura. „The Walking Dead” w wykonaniu polskich jeszcze-żyjących niestety nie ma w sobie ani klimatu, ani pomysłowości, która przyciągnęłaby wiernych fanów historii z umarlakami w tle.

4 wrz 2015

„Zniewoleni" - Emma Chase


Tytuł: Zniewoleni
Autor: Emma Chase
 Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Filia, 2015
Ilość stron: 336
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Filia

Miłość w ich rękach to materiał wybuchowy

Gdy Kate po raz pierwszy spotkała Drew, gdy nawiązała się pomiędzy nimi nić porozumienia, w końcu gdy zaczęło iskrzyć – rozpalili nie tylko siebie. Uczucia zapłonęły również w sercu charakternej Dee, najlepszej przyjaciółki Kate oraz playboya Matthew, kumpla Drew. Oni nie tylko kibicowali swoim znajomym, ale sami także przeżywali miłosne perypetie. Emma Chase tym razem zmieniła perspektywę i postanowiła oddać głos parze, która do tej pory stała w cieniu. To rozwiązanie nie jest obce polskim czytelniczkom, bo podobny zabieg wykorzystała K.A. Tucker, która w poszczególnych tomach serii „Dziesięć płytkich oddechów” skupiła się na innej parze z paczki przyjaciół. Ponieważ czas akcji w „Zniewolonych” w pełni pokrywa się z „Zaplątanymi”, najważniejsze wydarzenia z życia każdej z par są nam już znane. Lektura „Zniewolonych” nie przynosi więc żadnych niespodzianek, o czym zresztą już na wstępie informuje autorka. Połączenie znanej historii z typową, romansową burzą rozstań i powrotów sprawia, że „Zniewoleni” są powieścią wyłącznie dla zagorzałych fanek serii.

Może i jest to znana odsłona „Tangled”, ale za to wydaje się być zdecydowanie śmielsza. „Zniewolonych” cechuje duża dawka erotyki – gorących scen jest więcej, niż w dwóch poprzednich tomach razem wziętych. Związek Dee i Matthew opiera się głównie na fizyczności, więc sypialniane i około-sypialniane wyczyny pojawiają się w prawie każdym rozdziale. O tej parze można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że jest pruderyjna. Poprzednie tytuły autorstwa Chase można było określić mianem „komedii romantycznej z pieprzykiem”, ale w tym przypadku mamy już do czynienia z erotykiem. Usposobienie Dee i Matthew sprawia, że nie tylko seks jest pełen pasji. Różnice w postrzeganiu związku, własne pragnienia oraz dawni partnerzy stają się płomieniami, które rozpalają bohaterów. Żarliwe wyznania i równie żarliwe kłótnie wyznaczają rytm powieści, zamieniając „Zniewolonych” w błyskawiczną lekturę.

Jak na powieść, którą powołano do życia, by dokładniej opisać losy bohaterów, którzy do tej pory byli zepchnięci na drugi plan, to właściwie niewiele napisano o nich jako jednostkach. Szczególnie ucierpiała na tym Dee, nietuzinkowa i barwna osobowość. W gruncie rzeczy wolałabym, by autorka opisała jej perspektywę, bo Dee-Dee wydaje się być o wiele ciekawszą postacią niż Matthew. Piekielnie seksowna i inteligentna, stanowi zaprzeczenie, jakoby uroda i wiedza nie mogły iść ze sobą w parze. Jest świetnie zarysowana – ale to nadal tylko zarys. Brakuje rozdziałów, które przedstawiałyby jej codzienność w oderwaniu od związku z Matthew. Miała przecież pasjonującą pracę, własnych znajomych i przeżycia, które zostały stłamszone na rzecz zachwytów, jak dobrze wygląda w mini. Za to Matta opisano nieco dokładniej i można odnieść wrażenie, że czytamy o naśladowcy Drew. Dowcipne, męskie spostrzeżenia flirciarza i hulaki potrafią rozbawić, ale jednocześnie budzą poczucie, że Matthew za bardzo próbuje upodobnić się do swojego kolegi. Podobieństw jest wiele: nienaganna sylwetka umięśnionego przystojniaka, głos uszczypliwie komentujący związki damko-męskie, tupet który potrafi zauroczyć kobiety i jednocześnie wpędzić w kłopoty oraz romantyzm zakopany głęboko, głęboko pod pozą dużego chłopca, który ceni sobie uroki kawalerskiego życia. Choć z drugiej strony patrząc, te męskie ramiona mogą pocieszyć czytelniczki, które stęskniły się za niepoprawnym Drew. Jeśli już o naszych zaprzyjaźnionych gołąbeczkach mówimy, to powiem szczerze, że gdybym rozpoczęła swoją przygodę z serią za sprawą „Zniewolonych”, to miałabym zupełnie inne zdanie na temat Drew i Kate oraz sytuacji, w którą się wplątali w „Zaplątanych”. Obserwowanie ich perypetii z perspektywy postronnego obserwatora sprawia, że na pierwszy plan wysuwają się cechy, które nie przychodziły do głowy w trakcie lektury pierwszego tomu. Nagle niechęć i współczucie czytelniczki trafiają do zupełnie innych postaci! Ta forma „uzupełnienia” jest jednym z elementów, które przemawiają na korzyść „Zniewolonych”.

Trzeci tom serii „Tangled” jest jednocześnie chwilą wytchnienia i przypomnieniem ważnych wydarzeń przed wielkim finałem. Choć przy takiej dawce erotyki i pieprznego humoru, tę chwilę wytchnienia należy potraktować z przymrużeniem oka, bo bohaterowie nie odpoczywają – ani w dzień, ani w nocy. Za to na pewno w trakcie lektury zrelaksują się czytelniczki. Fanek Drew i Kate oraz Dee i Matthew nie trzeba zachęcać do sięgnięcia po ten tytuł.