22 wrz 2015

„Angelfall. Penryn i kres dni” - Susan Ee


Tytuł: Angelfall. Penryn i kres dni
Autor: Susan Ee
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2015
Ilość stron: 368
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Filia
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać



Poruszając niebo i ziemię, można wywołać piekło

Koniec jest już blisko. Biblijne zwiastuny Sądu Ostatecznego nawiedzają ocalałych, wydzierając im z rąk resztki nadziei. Ludzie kryją się w spustoszonym mieście, licząc kolejne dni, które udało się przetrwać. Tymczasem anioły gromadzą się i zbierają siły, by zadać ostateczny cios. Niektórym śmiertelnikom oferują ostatnią szansę na zbawienie – Penryn musi umrzeć. Dziewczyna nie może nikomu ufać, nawet dotychczasowym sprzymierzeńcom. Raffe nadal walczy o odzyskanie skrzydeł i należnej mu pozycji wśród archaniołów. Ma coraz mniej czasu na to, by stanąć na czele armii i zrealizować swój plan. Sojusz zdaje się wisieć na włosku, bo zarówno Penryn, jak i Raffe nie zamierzają zdradzić swojego gatunku. W obliczu zagłady nie cofną się przed niczym. Ocalenie będzie wymagało ostatecznego poświęcenia… Nadchodzi kres dni.

„Angelfall. Penryn i kres dni” to niestety pożegnanie z niezwykłym światem wykreowanym przez Susan Ee. Światem wypełnionym ciemnością, upiornymi bestiami i ludzkim okrucieństwem. Początkowo zapowiadano pięć tomów serii, ale ostatecznie autorka poprzestała na trylogii. Czy to znaczy, że już nigdy nie będzie nam dane wrócić do Świata Po? Biorąc pod uwagę furtkę, jaką pozostawiono w zakończeniu „Kresu dni”, nie należy zbyt mocno trzymać pisarki za słowo. Może praca nad ekranizacją rozwinie jej demoniczne skrzydła? Przecież nie może nas zostawić, nie z taką wyobraźnią.

„Kres dni” w lot chwyta historię przerwaną w „Świecie Po”. Bez dłużyzn, przeskoków czy przypominania, możemy nawet odnieść wrażenie, że wróciliśmy do przerwanej w połowie lektury. Już od pierwszych stron odczuwamy gęstniejącą, ciężką atmosferę związaną z nadchodzącym ostatecznym starciem. Bohaterowie a wraz z nimi czytelnicy, nie mogą liczyć na chwile wytchnienia. Penryn i spółka są skazani na wyścig z czasem, desperacja nie odstępuje ich ani na krok. Tak naprawdę szukają cudu, bo śmiertelnicy w starciu z istotami nadnaturalnymi nie mają żadnych szans. Są rzucani z miejsca na miejsce i nawet jeśli podążają znanymi ścieżkami, to zawsze za zakrętem czeka niespodzianka. Pod tym względem powieść nie różni się niczym od „Angelfall” czy „Świata Po”, oferując wartką, dynamiczną akcję.

Literatura młodzieżowa zazwyczaj delikatnie obchodzi się z tematem apokalipsy, ohyda i brutalność rozgrywają się gdzieś poza oczami bohaterów. Nie w tym przypadku. W finałowej odsłonie, Susan Ee konsekwentnie wplata w historię barwne, makabryczne obrazy, których posmakowaliśmy w pierwszym i drugim tomie. To jeden z tych elementów, który bezapelacyjnie jest najlepszy w całej trylogii. Monstra rodem z piekielnych czeluści budzą pytania o to, czy są jakiekolwiek granice w upiornej wyobraźni autorki; w ślad za nimi kroczy spustoszenie, zajmujące każde miejsce, w którym przebywają bohaterowie oraz sugestywne opisy dotkliwych ran. Jest krwawo, bywa obrzydliwie, królują przemoc i gasnąca nadzieja – zdecydowanie nietypowo jak na powieść kierowaną do nastolatków. Według mnie mogłoby być jeszcze makabryczniej, ale że moja granica odporności leży daleko za horyzontem slasherów, to nie należy tego brać sobie za mocno do serca. Nie zmienia to jednak faktu, że „Kres dni” wypełniony jest kapitalnymi, działającymi na wyobraźnię postaciami, zjawiskami czy miejscami. Apokaliptyczna wizja według Ee nie pozostawia cienia wątpliwości – spotkanie aniołów, nie tylko upadłych, z ludźmi, to dobry materiał na horror.

Rozstanie ze Światem Po budzi niedosyt. Kilka końcowych rozdziałów powoli traciło prędkość, by w końcu zatrzymać się na pozbawionym emocji pożegnaniu. „Kres dni” jest spektakularnym wprowadzeniem do średniego finału. Czytelnicy otrzymali dość zdawkowe odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Autorka sporo energii włożyła w to, by przekonać wszystkich o niezwykłości kryjącej się za anielską sprawą, obiecano rozmach na progu zagłady, do której to przygotowywaliśmy się przez blisko trzy tomy, a finalna potyczka rozegrała się w mgnieniu oka. Czytelnicy, którzy lubią otwarte zakończenia, mogą być zadowoleni, bo w przypadku „Kresu dni” pozostają tylko domysły i własne wersje wydarzeń. Choć Ee bardzo starała się, by wyróżnić trylogię i nie pozwolić na zaszufladkowanie jej jako kolejnej młodzieżówki, to najwyraźniej konsekwencja wyczerpała się w drugiej połowie trzeciego tomu. Oczekiwałam lepszego rozstrzygnięcia romansu, którym kuszono nas od czasu „Angelfall”. Nagle Penyn straciła swoją zadziorność, a Raffe w mgnieniu oka stępił pazury. Zniknęło napięcie i niepewność związane z uczuciami względem największego wroga. Ta słodycz wzięta z zupełnie innej bajki nie pasuje do tego, czym do tej pory nas raczono. Maślane oczy na polu walki są „oczywiście” najważniejsze, szczególnie jeśli mówimy o wiekowym aniele, który przeżył prawie wszystko. Stylistyka romansu paranormalnego nie odnajduje się w tych postapokaliptycznych dekoracjach, ciągnąc „Kres dni” w stronę typowej młodzieżówki. Czyżby wymuszony kompromis pomiędzy tym, co oryginalne u samej Ee, a tym, co popularne u nastoletnich czytelniczek? Ta niby oczywista, ale nie do końca dopowiedziana relacja Raffego i Penryn pasowała o wiele bardziej niż otwarte i nagminne wzdychanie oraz rozwodzenie się nad urodą wybranka. Nagłe przeistoczenie Pen w typową nastolatkę rodem z romansu nie jest czymś, na co liczyli fani – szczególnie, że zaserwowano to na wielki finał. Czyżby autorce nagle przypomniało się, że z tym fantem trzeba coś zrobić? Szkoda tylko, że wybrała najłatwiejsze i najpopularniejsze rozwiązanie, które zupełnie nie jest satysfakcjonujące. Czytelnicy nie chcą widzieć w trylogii „Angelfall” tego, co mogą zobaczyć w innych powieściach młodzieżowych.

„Angelfall. Penryn i kres dni” byłby świetny jako kolejny tom serii, jednak jako finał nie do końca spełnia pokładane w nim nadzieje. Co prawda nadal oferuje elementy, które zachwyciły czytelników, ale ta niespotykana upiorność zaczęła potykać się o schematyczny, cukierkowy romans, wartka akcja pogubiła gdzieś odpowiedzi na ważne pytania, a losy drobiazgowo wykreowanych bohaterów drugoplanowych tak po prostu przerwano, bez żadnego dopowiedzenia. „Kres dni” ma w sobie wiele dobrego – problem w tym, że w pewnym momencie autorka jakby przestała ufać swojej wyobraźni; „nieźle” to zdecydowanie za mało na jej możliwości.

To piekielnie dobra trylogia, która jednak… mogłaby skończyć się nieco inaczej.

35 komentarzy:

  1. Kurczę, już druga moja recenzja i druga, w której czuję niedosyt.
    "by w końcu zatrzymać się na pozbawionym emocji pożegnaniu"
    no tak zaspoilerować!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pożegnanie to metaforyczne tak - czytelników z serią, bo u bohaterów to wygląda... inaczej :)

      Usuń
  2. Tyle słyszałam o tej trylogii, że teraz już chyba MUSZĘ po nią sięgnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że warto - szczególnie pierwszy tom podobał mi się przeokrutnie.

      Usuń
  3. Na myśl o tym jak wyglądało zakończenie tej trylogii eM nadal boli serce. I to tak bardzo mocno.
    I eM nadal zostaje przy swoim zdaniu, tu idealnie widać, że to miała być seria, a nie trylogia. Ciekawe co się stało, że wyszło inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się nad tym zastanawiam - tyle się mówiło o serii i właściwie dopiero przed premierą "Kresu dni" okazało się, że Ee zrobiła "ciach"! Ja ciągle liczę na to, że jeszcze coś dopowie.

      Usuń
  4. Czekam aż wpadnie w moje łapy i jestem bardzo ciekawa tego zakończenia

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekałam sporo na tą część, bo dwa poprzednie tomu wciągnęły mnie bez reszty. Mam nadzieje, że niedługo wpadnie w moje ręce no i że autorka może poszerzy serię:) Pozdrawiam!
    Ich perspektywy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, pierwszy i drugi tom potrafią wciągnąć - trzeci właściwie też :) Cieszyłabym się, gdyby autorka jednak dopisała coś jeszcze. Choć często czytelnicy są niezadowoleni z takiego wracania do skończonej serii, to w tym wypadku powrót byłby bardzo pożądany.

      Usuń
  6. Jakoś tak... niby piekielnie dobra, ale mnie nie kusi.

    OdpowiedzUsuń
  7. zainteresowałaś mnie całą serią :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Strasznie ciężko napisać dobre zakończenie trylogii. Ja miałam podobne odczucia po przeczytaniu 3 części Mary Dyer.
    Ale dzięki Twojej recenzji przypomniałam sobie o tej serii, mam do nadrobienia jeszcze dwa tomy, a pierwszy naprawdę mi się podobał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Mara Dyer też nie do końca spełniła oczekiwania jako finał. A Angelfall było świetne :)

      Usuń
  9. Ja chyba podziękuję, póki co nie mam ochoty na książkę, może kiedyś
    Pozdrawiam Justyna z  książkomiłościmoja.blogspot

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytałam dopiero pierwszy tom i zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Niezwykle oryginalna historia i bohaterowie. Drugiego tomu jeszcze nie czytałam, ale na pewno niedługo to zrobię. Co do finału.. już mi przykro, że nie jest on satysfakcjonujący. Wielka szkoda, bo widziałam już kilka podobnych opinii do Twojej, więc pewnie coś w tym jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy podobne odczucia co do pierwszego tomu. Jeśli w końcu ekranizacja dojdzie do skutku, liczę na to, że twórcom uda się uchwycić atmosferę historii.

      Usuń
  11. Z jednej strony zazdroszczę Ci, że masz ją już za sobą. Z drugiej cieszę się, że przyjemność z czytania jeszcze przede mną ;)


    Bookeaterreality

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam tą radość z faktu, że lektura jeszcze przede mną. Obyś miała dużą przyjemność z czytania "Kresu dni" :)

      Usuń
  12. Okej. Nigdy o tym nie słyszałam. CZEMU nigdy o tym nie słyszałam.
    DZIĘKUJĘ, że napisałaś o tej książce (i serii), DZIĘKUJĘ!

    Pozdrawiam,
    Po Książkach Mam Kaca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co. Mam nadzieję, że Angelfall cię nie zawiedzie :)

      Usuń
  13. Dotąd nie brałam pod uwagę czytania tej powieści, ale widzę, że jednak powinnam to rozważyć, bo zainteresował mnie ten mrok, ta upiorność i opisywanie makabrycznych scen. Myślę, że to wszystko może mi się podobać. A, że finał rozczarowujący? Cóż, niestety tak to już jest z różnymi seriami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bywa, bywa... Mroku jest dużo i w gruncie rzeczy łatwo zapomnieć, że to historia w domyśle kierowana do nastolatków. Może nie ma okrucieństwa sięgającego poziomu niektórych kryminałów i thrillerów, ale autorka z wyobraźnią korzysta z makabry.

      Usuń
  14. Właśnie jestem w trakcie lektury i nie mogę się nasycić ta opowieścią :) Raffe mnie troszkę wkurza, ale ogólnie jestem zachwycona :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciebie wkurza Raffe, mi z kolei na nerwy działała Penryn - ciekawi mnie, jak ogólnie odbierzesz finał.

      Usuń
  15. Tak bardzo zazdroszczę! :D
    Pozdrawiam serdecznie ;*
    http://ravenstarkbooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  16. Po przeczytaniu Twojej recenzji mam złamane serce, ale gdzieś podskórnie przeczuwałam, że finał może okazać się rozczarowujący - o ile pierwsza część była niezwykła, o tyle druga znacząco obniżyła loty. Liczyłam na to, że w trzeciej wszystko wróci na właściwe tory, zwłaszcza że Penryn i Raffe znowu mogli połączyć siły, a nieoczywistość ich relacji w pierwszym tomie nadawała wszystkiemu smaczku, jednak najwyraźniej się przeliczyłam.
    Oczywiście z chęcią przeczytam zakończenie losów Penryn, ale obawiam się, że cukierkowy romans i zapowiadany rozmach, który ostatecznie wyparowuje mogą namącić w moich pozytywnych odnośnie tej trylogii odczuciach.

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już wcześniej eM wspomniała - widać, że autorka początkowo planowała coś dłuższego niż trylogia i właściwie nie wiem, dlaczego zdecydowała się upchnąć wszystkie wątki w jednym tomie. Nie zrażaj się na wstępie do finału; niestety nie tylko ja zauważyłam te potknięcia - możliwe, że ty też na nie wpadniesz.

      Usuń
  17. To trylogia, dla której muszę znaleźć czas! No muszę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że warto - przynajmniej dla pierwszego tomu.

      Usuń
  18. Od bardzo dawna chcę poznać całą trylogię :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie znam tej serii i raczej po nią nie sięgnę, gdyż obecnie mam zupełnie inne plany czytelnicze. Niemniej jednak żałuję, że zakończenie trylogii pozostawiło w Tobie ogromny niedosyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, Angelfall to taka mieszanka, na którą trzeba mieć ochotę :)

      Usuń
  20. Moja fascynacja tym tematem już chyba całkiem odpłynęła. Nie mam ochoty na tę serię.

    Zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Hmm, ciekawe jak powinna się skończyć seria twoim zdaniem ;) Lektura przede mną, zmniejszam wymagania ;)

    OdpowiedzUsuń