7 lut 2015

Oryginalne – znaczy lepsze? Czyli kilka słów o tytułach i ich tłumaczeniach


 
 W wirtualnej sieci można znaleźć wiele tematów, które potrafią wywoływać wojny i siać spustoszenie. Jednym z nich jest zagadnienie dotyczące tłumaczenia tytułów, głównie filmowych. Często internauci wyśmiewają polskie przekłady, które nie dość, że nie są ani pięknie, ani wierne oryginałowi, to na dodatek brzmią niedorzecznie (słynny ,,Wirujący seks"). Inni starają się łagodzić sytuację, doceniać nieliczne gry słów i tłumaczą, że przekład „słowo w słowo” najczęściej skazany jest na fiasko.

Na początku wyjaśnię to na przykładzie filmu „Zakochany bez pamięci”. Anglojęzyczny tytuł, „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”, pochodzi z poematu Alexandra Pope'a „List Heloizy do Abelarda”. Polski przekład tych strof brzmi „Nieśmiertelny czystego umysłu blask”*. Ma w sobie pewną magię – ale nie jest to magia reklamy. Potencjalne hity i blockbustery muszą mieć krótkie, chwytliwe, zapadające w pamięć tytuły i poetyckie strofy nie mają racji bytu, nieważne jak niezwykle brzmią. Dlatego stworzono polską grę słów, która bezpośrednio nawiązuje do fabuły filmu.

A jak ta sytuacja wygląda na rynku wydawniczym? Można zauważyć, że coraz częściej pojawiają się książki, które zachowują swój anglojęzyczny tytuł. Najczęściej dotyczy to krótkich, jedno- bądź dwuczłonowych haseł. Tworzone są również „mieszanki”, w których łączy się oryginalny tytuł i nowy polski podtytuł.

Dlaczego niektórzy wydawcy decydują się na pozostawienie „oryginałów”? Myślę, że pewną rolę odgrywa w tym marka, jaką konkretny tytuł wyrabia sobie pomiędzy zagraniczną a polską premierą. Polscy czytelnicy coraz częściej śledzą anglojęzyczne zapowiedzi, niecierpliwie wyczekują interesujących powieści i w ten sposób przyzwyczajają się do oryginalnych tytułów. Czytane recenzje czy oglądane videorecenzje zagranicznych booktuberów, zamieniają w umyśle odbiorcy nazwę książki na coś w rodzaju szyldu reklamowego. Rozpoznawalność książki i świadomość wśród czytelników stanowią niebanalną część kampanii reklamowej. Gdy zostaje zmieniona okładka i pojawia się polskojęzyczny tytuł, rozpoznawalność może, ale nie musi, zostać nadszarpnięta.
 
Kolejny rodzaj rozpoznawalności możemy zaobserwować na przykładzie powieści ,,Love, Rosie", której nowy tytuł nie tylko wygryzł swojego poprzednika, ale i jego polskojęzyczny odpowiednik. Książka funkcjonowała pod kilkoma tytułami, ale najważniejszym i jednym z pierwszych był ,,Where Rainbows End", który w Polsce przetłumaczono jako ,,Na końcu tęczy". W 2006 roku powieść wydano pod nowym tytułem - ,,Love, Rosie" i to właśnie z niego skorzystali twórcy ekranizacji. Ponieważ polski dystrybutor filmu zatrzymał anglojęzyczny tytuł, w jego ślady poszło wydawnictwo, które wznowiło książkę w filmowej okładce, wykorzystującej plakat promujący film.

Poza rozpoznawalnością istnieją jeszcze dwie kategorie: gry słów i niezbyt chwytliwe wierne tłumaczenia. Przykładem mogą być wydane niedawno powieści „Hopeless” i „Losing Hope”. Sam przekład nie jest trudny – po prostu chodzi o zwroty „beznadziejny” i „tracąc nadzieję”. Jednak tłumaczenie gubi podwójne znaczenie tytułów, o którym czytelnik dowiaduje się w trakcie lektury. Po przeczytaniu obydwu książek można dojść do wniosku, że jedynym dyskusyjnym słówkiem jest „losing”, bo zarówno „hopeless” jak i „hope” nabierają znaczenia – nawet w języku polskim. Jeśli chodzi o niezbyt chwytliwe tłumaczenia, to można przytoczyć tytuł „Black Ice”. Dosłowne tłumaczenie to ,,czarny lód”, a odpowiednik w języku polskim brzmi… „gołoledź”. Wyobrażacie sobie dokładnie taki tytuł na okładce? „Gołoledź” Becca Fitzpatrick. 

Polskim fanom zdarza się dyskutować o TFIOS. Pod tym tajemniczym skrótem kryje się „The Fault in Our Stars”, czyli polskie „Gwiazd naszych wina” Johna Greena. Tytuł zaczerpnięty ze sztuki Szekspira „Juliusz Cezar” („To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina”) został wiernie przełożony, ale z jakiegoś powodu akronim GNW nie do końca wyparł TFIOS. Podobne potyczki zna powieściowy cykl stworzony przez Sarę Shepard. W Polsce funkcjonuje on pod oryginalnym szyldem „Pretty Little Liars”, choć tłumaczone są poszczególne tytuły tomów. Inaczej ma się sprawa z serialem, który, choć ma oficjalny polski tytuł, to i tak nazywany jest naprzemiennie „Słodkimi kłamstewkami” i „Pretty Little Liars”. Można odnieść wrażenie, że polski tytuł nie ma szans, by całkowicie przyćmić swój sławniejszy pierwowzór. Czy to właśnie ta nierówna walka sprawiła, że w przypadku powieści „House of Cars” Michaela Dobbsa i „Homeland” Andrew Kaplana, zachowano oryginały? Biorąc pod uwagę dużą popularność seriali (one również funkcjonują w Polsce z anglojęzycznymi nazwami), z którymi są związane książki, taki zabieg właściwie nie jest niczym dziwnym.

Gdy wierne przetłumaczony tytułu nie brzmi interesująco a całkiem nowy może zniszczyć rozpoznawalność książki, zachowanie oryginału nie wydaje się być takim złym wyjściem. A jakie jest wasze zdanie? Wolicie polskie tytuły, nawet jeśli nie mają nic wspólnego z pierwowzorem czy przymykacie oko na polską treść pod angielskim szyldem?

________________
*można także znaleźć wersję „Wieczna jasności wolnego umysłu”.

43 komentarze:

  1. Bardzo dobrze, że napisałaś taki długi wpis na temat tłumaczeń tytułu. Niektóre tytuły nie zwracają uwagi na swoje polskie tłumaczenie, ale inne brzmią po prostu źle. Do twojego zestawienia dodałabym jeszcze polskie "Charlie" czyli angielskie "The Perks oF Being A Wallflower" (mam nadzieję, że dobrze napisałam)
    Zapraszam do siebie,
    http://worldofbookss.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o ,,Charliego" to zdecydowanie wolę oryginalny tytuł. Lepiej oddaje treść książki i usposobienie głównego bohatera. Samo imię właściwie niczego nie sygnalizuje.

      Usuń
  2. Jak dla mnie dobrze, że niektóre tytuły pozostają oryginalne :) jak chociażby we wspomnianych przez Ciebie książkach Hopeless i Loosing Hope. Albo ta "gołoledź" :D to by była porażka!

    OdpowiedzUsuń
  3. Z kilku rzeczy nie zdawałam sobie sprawy, więc dla mnie ten post okazał się jak najbardziej przydatny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi słyszeć, że post się przydał :).

      Usuń
  4. Podobnie jest z serialem ,,Plotkara" czyli angielskie ,,Gossip Girl". Sama nazywam ten serial raz tak raz tak.
    Nie mam nic przeciwko temu, by tytuły były w orginalnej wersji. Czasami tłumaczenie jest idiotyczne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy, obecnie popularny serial jest rozpoznawalny głównie dzięki angielskiemu tytułowi, nawet jeśli polski odpowiednik dobrze współgra z pierwowzorem. Sama łapię się na tym, że nie używam polskich odpowiedników - już nawet nie mówiąc o tym, że niektóre seriale nawet ich nie mają (House of Cards, American Horror Story).

      Usuń
  5. Hm... Ciekawe zagadnienie. Nie mam nic przeciwko tłumaczeniu tytułów, zwłaszcza jeżeli nie brzmią źle i pasują do treści. Jednak nie dziwię się, że czasami wydawnictwa czy twórcy filmów decydują się nie odbiegać od oryginału, bo często gubi się jakieś symboliczne znaczenie albo po prostu tytuł w polskiej wersji nie brzmiałby tak chwytliwie. Świetnym przykładem jest tutaj według mnie serial "Supernatural" emitowany w Polsce pod tytułem "Nie z tego świata", co według mnie jest nazwą przydługą i zdecydowanie brzmi gorzej od pierwowzoru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również nie mam nic przeciwko dobrym przekładom. Tak na marginesie, to zastanawiam się, czy ktoś jeszcze nazywa ,,Supernatural" inaczej niż ,,Supernatural" :) ,,Nie z tego świata" zupełnie nie ma siły przebicia przy oryginale.

      Usuń
  6. Czasem lepiej zostawić oryginalny tytuł, przynajmniej wiem co to za książka, bo czasem nie kojarzę autora i nie wiem nawet, że to te same powieści ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Identyczny problem :) Ile to razy omijałam zapowiedź powieści, bo nie zwróciłam uwagi na autora, a cała reszta nic mi nie mówiła...

      Usuń
  7. Niektórych oryginalnych tytułów nie można zastąpić polskim odpowiednikiem tak by działał podobnie na emocje czytelnika i odzwierciedlał fabułę. Na przykład Blackout. Myślałam trochę o tym i nie znalazłam trafnego odpowiednika.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dla mnie tytuł ma duże znaczenie, ponieważ on często decyduję czy sięgnę po książkę o której wcześniej nic nie słyszałam, autora, którego nie znałam. To jakimi pobudkami kierują się wydawcy czasami może zaskoczyć, jak trafnie opisałaś w tym poście. Bo język polski ma to do siebie, że nie zawsze brzmi pięknie, dobry przykład - Kate Moss - Katarzyna Mech. Jak dla mnie tragedia. Wychodzi na to, że jest wielką umiejętnością dobranie tytułu tak, aby oddać treść książki i zachęcić czytelnika tymi kilkoma słowami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda - jeśli autor jest nieznany, to okładka i tytuł stanowią pierwsze, co wpada nam w oko. Jeśli jest nijakie, ,,zgrzyta", nie widać staranności - możemy stracić zainteresowanie. Rzeczywiście stworzenie dobrego, polskiego tytułu (bazującego na oryginalnym) to sztuka. Z tego powodu trzeba doceniać pracę tłumaczy i starannie przełożone książki :)

      Usuń
  9. Ja jestem niektórym wydawnictwom niezmiernie wdzięczna, za to że nie tłumaczą tytułów. Zdecydowanie wolę oryginały, choć zazwyczaj bronię czystości języka polskiego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać na przykładzie niektórych książek - czystość polszczyzny i anglojęzyczny tytuł mogą iść ze sobą w parze :).

      Usuń
  10. Tytuły oryginale są ładniejsze :) Osobiście nie wyobrażam sobie „Black Ice” jako „Gołoledź”.

    OdpowiedzUsuń
  11. Chętnie bym przeczytała kilka z tych tytułów :))

    OdpowiedzUsuń
  12. Aż tak bardzo nie zwracam uwagi na tytuły książek. Jest jednak jeden wyjątek... "Love, Rosie". Dla mnie to jest po prostu śmieszne, żeby zmieniać tytuł książki na kompletnie doń nie pasujący. Pierwotny tytuł był znacznie lepszy.

    OdpowiedzUsuń
  13. Niektóre tytuły po przetłumaczeniu są po prostu tragiczne i trudno się dziwić, że coraz częściej wydawnictwa zostają przy oryginalnych nazwach. I nie bez znaczenia jest też to, o czym piszesz, tzn. powiększa się grono osób śledzących zagraniczne zapowiedzi. Parę razy zdarzyło mi się "zgubić" interesujący mnie tytuł, bo został baaardzo dziwnie przetłumaczony. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo - czy to przy filmach, czy przy powieściach. Film jeszcze się ratuje plakatem, ale w przypadku powieści, jeśli okładka jest zmieniona i do tego dołączony nowy tytuł - wtedy książka może umknąć.

      Usuń
  14. Jeśli chodzi o serię "Hopeless" to jestem jak najbardziej za, bo w tłumaczeniu faktycznie straciłabym tą dwuznaczność. Znowu czasami przeraża mnie tłumaczenie, które nijak się ma do oryginalnego tytułu. W przypadku "Black Ice" tytuł też wydaje mi się bardziej chwytliwy niż tłumaczenia, ale co zrobić kiedy oryginał jest już za mocny i trzeba przetłumaczyć? Wypadałoby to zrobić w miarę jak najdosłowniej, a nie udawać, że nowy tytuł jest super i nikomu nie przeszkadza ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie są tytuły, które są zbyt długie albo wymagają lepszej znajomości angielszczyzny - wtedy bez tłumaczenia się nie obejdzie. Jednak przy znajomości fabuły, można stworzyć nowy, polski tytuł, który będzie nawiązywał do powieści i jednocześnie dobrze brzmiąc.

      Usuń
  15. Według mnie tytuły powinny oddawać chociaż w czesći charakter książki, więc jeżeli orginalne nagłówki to spełniają to według mnie powinny takie zostać.

    W związku ze zmianą nazwy mojego bloga pojawił się problem dotyczący obserwowania. Moje posty nie są wyświetlane w Twoim pulpicie nawigacyjnym. Aby to zmienić należy odobserwować mnie i zaobserwować na nowo. Mam nadzieję, że nie sprawi Ci to żadnego problemy. Natomiast dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi postami.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...szkoda, że niektóre tytuły zupełnie nie oddają tego, co książka ma do przekazania.

      P.S. Obserwacja zrobiona, teraz wszystko powinno być ok :).

      Usuń
  16. Lepiej niektórych nie tłumaczyć, jeśli ma to zostać źle zrobione.

    OdpowiedzUsuń
  17. Czasami to jest jedynie bezpieczne i dobre wyjście...
    Świetny pomysł na notkę! :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Chciałabym czytać książki w oryginale, chociaż byłoby to o wiele bardziej męczące niż po polsku. Jednak tłumaczenia czasem są kiepskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem ci, że na początku przygody z czytaniem w j.angielskim, było mi bardzo trudno. Nie byłam przyzwyczajona do czytania tak długiego tekstu w obcym języku, ale po przeskoczeniu własnej niechęci - poszło jak z płatka. Teraz praktycznie nie widzę różnicy czasowej pomiędzy lekturą polskojęzycznej a anglojęzycznej książki.

      Usuń
  19. Są takie tytuły, które spokojnie można podać po polsku, jak chociażby Black Ice. Ale są i takie, które po prostu pięknie brzmią w oryginale i takie powinny pozostać. Tu bardziej kwestia wyczucia i jakiegoś wrodzonego smaku w ludziach pracujących w promocji danego wydawnictwa. Niestety często na tych kluczowych miejscach zasiadają osoby, które nie bardzo mają pojęcie o promocji, gdyż panuje powszechne twierdzenie, że "na promocji zna się każdy". No właśnie nie każdy, co pokazują niektóre nieudane akcje wydawnicze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tobą - kwestia tytułów jest drażliwa, szczególnie teraz, gdy coraz więcej czytelników zna angielski i sięga po oryginały. Nie jest tak, że można stworzyć jakiegoś koszmarka i zamieść narzekania pod dywan. Koszmarnie przełożony/stworzony tytuł aż razi, stając się na własne życzenie strzałem w stopę kampanii promocyjnej. Można luźno przetłumaczyć tytuł, albo stworzyć całkiem nowy, ale on musi dobrze brzmieć i ,,sam się obronić".

      Usuń
  20. Co się wyrabia z tymi tłumaczeniami to czasem przechodzi ludzkie pojęcie ;) Ależ mnie rozbroiło „Gołoledź” Becca Fitzpatrick XD Ok, już na poważnie :) Czasem wydaje mi się, że kiedy tłumacz / wydawnictwo zostawia oryginalny tytuł to jakby pójście na łatwiznę? Choć z każdym rokiem ma to coraz większy sens - angielski jak obowiązkowy język obcy w szkole, coraz więcej osób rozumie - więc z czasem pewnie coraz więcej będzie takich właśnie tytułów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście takie wyjście wydaje się być tym łatwiejszym - ale z drugiej strony, patrząc na niektóre ,,światłe" tłumaczenia, czytelnik wprost modli się, by reszta poszła na łatwiznę, albo przynajmniej przemyślała, czy faktycznie nowy tytuł nadaje się do wypuszczenia w świat :)

      Usuń
  21. Ciekawy temat do dyskusji. Czasami chce mi się śmiać gdy widzę polski tytuł zagranicznego filmu ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Podobają mi się oryginalne tytuły na okładkach polskich książek, zwłaszcza że czasami polskie tłumaczenia są po prostu beznadziejne i całkowicie odbiegają od tematu książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też to zauważyłam. Niestety, ale rzadko zdarza się, by nowy, polski (szczególnie młodzieżówek) był intrygujący, zapadając w pamięć i na dodatek oddający dobrze treść powieści.

      Usuń
  23. Według mnie większość tytułów lepiej brzmi w oryginale, tym bardziej, że często tłumaczenia wypaczają sens. Bardzo ciekawy wpis.

    http://poczytajka.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do wypaczonego sensu i nieudanego przekładu, to właśnie dzisiaj znalazłam kolejną ,,perełkę": Amber z ,,Love letters to the dead" (,,Listy miłosne do zmarłych") zrobił ,,Kochani, dlaczego się poddaliście?"

      Usuń
  24. Przyznam, że mi pomysł zachowywania oryginalnych tytułów wcale nie przeszkadza. Wręcz nie wyobrażam sobie zakupu książki "Beznadziejny" czy choćby "Gołoledź" ;) Najlepszy przykład mam właśnie przed oczami, czekałam na polskie wydanie Beautiful Bastard, a trzymam w ręku Pięknego drania i dziwnie mi z tym...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby bastard to faktyczne drań (dobrze, że nie pojawił się ,,kwiatek" w postaci dupka albo bękarta ;) ). Jednak rozumiem, co masz na myśli. Często przyzwyczajenie do oryginału robi swoje.

      Usuń