9 lut 2015

,,Me and Earl and the Dying Girl" - Jesse Andrews


Tytuł: Me and Earl and the Dying Girl
Autor: Jesse Andrews
Wydawnictwo, rok wydania: Amulet Books, 2013
Ilość stron: 304

Polskie wydanie
Brak informacji


~~***~~



„Ujmę to w ten sposób: ta książka zawiera dokładnie zero Ważnych Życiowych Lekcji, albo Mało Znanych Faktów o Miłości, nie ma też przesadnie sentymentalnych Momentów, w których Zdaliśmy Sobie Sprawę z Tego, że Na Dobre Zostawiliśmy Dzieciństwo za Sobą. I, w przeciwieństwie do większości książek, w których dziewczyna choruje na raka, na pewno nie znajdziecie tutaj przesłodzonych, paradoksalnych, jednozdaniowych akapitów, o których macie myśleć, że są głębokie, bo zapisano je kursywą. Wiecie, o czym mówię? To coś w stylu:

Rak odebrał jej oczy, a ona i tak widziała świat wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.

 
(…) 


Jeśli po przeczytaniu tej książki przyjdziesz do mojego domu i mnie brutalnie zamordujesz, to nie będę cię za to winił.”*



Dawno nie śmiałam się tak mocno w trakcie czytania „książki o raku”. Wiem, wiem jak to brzmi – co zabawnego może być w powieści, w której jeden z wątków dotyczy śmiertelnej choroby? Czy jestem sadystką i psycholem, którego cieszy cudze cierpienie? Przysięgam, z moją psychiką wszystko jest w porządku. By zrozumieć moje rozbawienie, trzeba przyswoić sobie pewien podział: po jednej stronie są książki, które wywołują smutek i zmuszają do refleksji, ucząc o wartości życia, ponadto są naszpikowane mądrymi zdaniami i metaforami, a z drugiej strony… Jest „Me and Earl and the Dying Girl”. 

Książka, która ,,metaforycznie” klepie Johna Greena po plecach i jednocześnie pokazuje mu środkowy palec. 

Co za dwulicowość.

Ale za to jaka zabawna! 


Aż do ostatniej klasy liceum, Gregowi udało się zachować całkowitą niewidzialność towarzyską. Ma tylko jednego przyjaciela, Earla, z którym spędza czas na tworzeniu filmów, ich własnych wersji kultowych dzieł Coppoli i Herzoga. Greg byłby pierwszą osobą, która powiedziałaby ci, że ich filmy są gówniane, dlatego on i Earl nie pokazują ich innym ludziom. Przynajmniej tak było, zanim pojawiła się Rachel.

Rachel ma białaczkę i mama Grega wpada na genialny pomysł – jej syn powinien się zaprzyjaźnić z chorą dziewczyną. Wbrew rozsądkowi i pomimo swojej skrajnej dziwności, Greg postanawia to zrobić. Kiedy Rachel przestaje walczyć i podejmuje decyzję o przerwaniu leczenia, Greg i Earl muszą porzucić swoją niewidzialność.

Zabawne, oburzające i prawdziwe spojrzenie na śmierć i liceum zawarł w swojej powieści „Me and Earl and the Dying Girl” utalentowany debiutant, Jesse Andrews.
Źródło: wyd. Amulet Books, tłumaczenie: własne


Nie bez powodu wspomniałam wyżej o Johnie Greenie. Andrews i Green są często do siebie porównywani, bo wydali swoje powieści w tym samym roku (2012) i poruszyli identyczny temat. To jedyne, co ich łączy, bo w swoich historiach wybrali zupełnie inne drogi. Moim zdaniem Andrews wybrał tą trudniejszą, ale unikanie schematów nie obyło się bez potknięć.

„Me and Earl and the Dying Girl” to jazda bez trzymanki, głównie dzięki Gregowi i Earlowi. Greg specjalizuje się w stawianiu siebie na pierwszym miejscu, a empatię zna tylko ze słyszenia. Z uporem godnym lepszej sprawy wspomina, że o jego urodzie nie warto wspominać. Na początku choroba Rachel nie robi na nim żadnego wrażenia, a „obowiązek” przyjaźni denerwuje go, bo może wpłynąć na jego pozycję w szkolnej hierarchii. Wie, że powinien jej współczuć, ale nawet dobrze jej nie zna, więc skąd to dziwne zobowiązanie? Jednocześnie chłopak posiada niepoprawne poczucie humoru (od czarnego humoru aż do wbijania szpilek wszystkim, ze sobą włącznie), co w połączeniu z jego towarzyskim nieokrzesaniem i nieśmiałością wobec dziewczyn często owocuje katastrofami. Z kolei Earl wychowuje się w gangsterskim cyrku na kółkach, matkę-alkoholiczkę widuje sporadycznie, choć mieszkają w tym samym domu, uwielbia sprośności i ma problemy z kontrolowaniem emocji. Przyjaciele idealni, nieidealne osoby, które kochają stare filmy. Teoretycznie nie można ich lubić, ale w praktyce rozbrajają totalnie. Nie są stworzeni po to, by nastoletnie czytelniczki miały do kogo wzdychać, ale i tak można ich pokochać.

Warto nadmienić, że niektórych czytelników może wprawić w konsternację nietypowa forma powieści, do której nie przyzwyczaiły ich poprzednie młodzieżówki. Po pierwsze – Greg jest jednocześnie autorem i narratorem książki. Po drugie - Greg, ze względu na swoje zainteresowania, przekształca większość dialogów we fragmenty scenariusza i wplata je w narrację pierwszoosobową. Po trzecie – w książce pojawiają się recenzje filmów nakręconych przez Grega i Earla. Tak po prostu. Po czwarte – poszczególne rozdziały są stanowią wycinki, miniopowieści z życia Grega, a każdy z nich obraca się wokół innego zagadnienia: liceum, relacje z dziewczynami, tworzenie filmów, historia Earla, rodzina Grega, religia. Przyjaźń z chorą Rachel jest motywem, który spina je w razem. W trakcie lektury zastanawiałam się, co zainspirowało autora do ujęcia historii w taki, a nie inny sposób. Z wyjaśnieniami pośpieszyło zakończenie powieści, stanowiące odpowiedź na każde „dlaczego”, jakie pojawiło się w mojej głowie.

Wcześniej napisałam, że powieść bardzo mnie rozbawiła. Przerobiłam wraz z nią uśmiechy, chichoty i wybuchy śmiechu. Perypetie Earla i Grega budzą myśl „nie, to jest złe, o rany, przecież nie mogę się z tego śmiać, to nie wypada” a i tak nie można się powstrzymać. Wszystko przez to, że „Me and Earl and the Dying Girl” to powieść niepoprawna pod każdym względem – począwszy od języka (sprośne żarty, wulgaryzmy), poprzez zachowania bohaterów, aż do swojego przesłania. A raczej jego braku. Tak, dobrze widzicie – to książka o raku, która wręcz nie chce, żebyście czegoś się z niej nauczyli. Nie zmusza do refleksji, nie przyczynia się do Zmiany Całego Życia bo Liczy się Każda Chwila. Bawi, śmieszy, może nawet żenuje przez zachowanie głównego bohatera. Trzyma się z dala od napuszonego tonu i przemądrzałych sentencji. Nastoletni bohaterowie nie biorą życia na serio, a umieranie jest dla nich abstrakcją, której nie potrafią ubrać w słowa ani znaleźć jej celu. Chora Rachel nagle nie zaczyna realizować wszystkich swoich marzeń, nie zostawia testamentu dla bliskich „żyjcie dalej, bądźcie szczęśliwi i sprawcie, bym była dumna”. Andrews bowiem nie utożsamia śmierci z ważną życiową lekcją, która nadaje znaczenie cudzemu życiu, a umieranie nie staje się kopalnią refleksji i sensu. Smutne i złe rzeczy po prostu się dzieją, nie zawsze mając w sobie ukryte znaczenie, a choroba nie musi być zaczątkiem pięknej historii o miłości i wadze życia.

„Me and Earl and the Dying Girl” nie jest pozbawione wad. Autor tak bardzo odpychał od siebie ckliwość, słodkość i typowość, że w pewnym momencie cała jego uwaga skupiła się właśnie na tej czynności. Gdyby równomierniej rozłożył swój wysiłek, powieść nie tylko posiadałby cięty dowcip, ale i bogatszą fabułę. W samej książce właściwie niewiele się dzieje – w oderwaniu od swojej formy może wydawać się historią-wydmuszką. Balansuje niebezpieczne pomiędzy brakiem przesłania „co samo w sobie jest przesłaniem” a pytaniem „to po co w takim razie po nią sięgać?”. To może tłumaczyć sporą ilość niepewnych, mieszanych recenzji. Biorąc pod uwagę wielowątkowość i tempo akcji, to tutaj John Green i ,,Gwiazd naszych wina” mają przewagę.

Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że uszczypliwy humor powieści jest „ponadczasowy” i nie oszczędza nawet swojego twórcy. Podczas gdy Greg stwierdził, że ekranizacja tej historii byłaby klapą, tragedią i niszczycielem mózgu (on mógł użyć niego ostrzejszych słów…), w rzeczywistości, trzy lata od wydania powieści, film bazujący na „Me and Earl and the Dying Girl” zgarnął na festiwalu w Sundance zarówno nagrodę publiczności, jak i nagrodę jury.

„Me and Earl and the Dying Girl” udowadnia, że na każde zagadnienie warto spojrzeć z dwóch stron, nawet jeśli ta druga strona jest niepopularna i może nawet kontrowersyjna. Powieści młodzieżowe „o raku” przyzwyczaiły nas do wątku romantycznego i do tego, że miłość potrafi uszlachetnić umieranie, a śmierć stanowi lekcję dla żywych. Postacie zawsze postępują słusznie, kierując się dobrem i współczuciem. Z kolei bohaterowie powieści „Me and Earl and the Dying Girl” nie do końca zgadzają się z takim podejściem. W ich życiu nie ma takich bajkowych ideałów. Śmiejąc się przez łzy, pozwalają sobie na negatywne emocje, niezrozumienie i trochę egoizmu. Przy swoim książkowych rodzeństwie: poważnym, refleksyjnym, z ambitnym zacięciem i zazwyczaj rozkochanym, debiut Andrewsa jest niesforny, pstrokaty, ma niewyparzony język i nie doszukuje się sensu we wszystkim, co się mu przydarza.

Po prostu jest.

 Recenzja bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love

_________________
*cytat pochodzi z powieści „Me and Earl and the Dying Girl”, tłumaczenie:własne.

20 komentarzy:

  1. Lubię takie książki z przymrużeniem oka, chętnie przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie u Greena przeszkadzały mi te wszystkie napuszone zdania,złote myśli, próby zmiany nastawienia do śmierci i dlatego też nie mam ochoty na dalsze zgłębianie dzieł tego autora. A Ty mi znów pokazałaś coś fajnego, czego pewnie nikt u nas nie wyda. Kochasz dręczyć, co? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ba, jestem Główną Dręczycielką :) Ale jest nadzieja - gdy ekranizacja pojawi się w komercyjnych kinach i dotrze do Polski, ktoś na pewno się zainteresuje tym tytułem.

      Usuń
  3. Usłyszałam o tej książce już jakiś czas temu, ale ani fanką Greena, ani nadmiernej słodkości nie jestem i na razie sobie ją odpuściłam. "Gwiazd naszych wina" nie czytałam, ale przychylniejszym okiem patrzę na tą powyższą książkę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Andrewsa słodkości nie uświadczysz, już bohaterowie o to zadbają :).

      Usuń
  4. Od jakiegoś już czasu interesuje mnie ta książka. Chętnie ją przeczytam, tym bardziej, jeżeli jest właśnie trochę niesforna i różniąca się od innych pozycji. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawe czy wydadzą książkę w Polsce. Jeśli tak, to z chęcią przeczytam. Nie poznałam ani jednej książki Greena, więc porównania nie mam, ale cieszę się, że przy „Me and Earl and the Dying Girl” można się pośmiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam, że przez obsypaną nagrodami ekranizację, takie plany wydawnicze powinny się u nas pojawić. Niestety pewności nie ma.

      Usuń
  6. Słyszałam mnóstwo o tej książce na amerykańskim Booktubie i jeśli w najbliższym czasie żadne polskie wydawnictwo się za nią nie weźmie, przeczytam wersję angielską.

    OdpowiedzUsuń
  7. Poczekam na wersję polską, angielska odpada.

    OdpowiedzUsuń
  8. No to porządna zabawa :) nie jestem pewna, czy bym po nią sięgnęła, ale taka zabawna ksiażka w wersji angielskiej mogłaby mi się spodobać

    OdpowiedzUsuń
  9. Brzmi całkiem ciekawie. Nie słyszałam o niej wcześniej, ale teraz z chęcią bym ją poznała :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Od dłuższego czasu mam ochotę na tę książkę, przekonuje mnie szczególnie humor :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Humor to jedna z największych zalet tej powieści :).

      Usuń
  11. chyba najpierw musiałabym doszkolić sobie język :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wow, gratuluję Ci takiego władania językiem. Tez kiedyś chciałbym dojść do tego stopnia, że nawet książki po angielsku będą dla mnie zrozumiałe :) Po polskie wydanie (o ile nastąpi) z chęcią bym sięgnął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z czasem wszystkiego można się nauczyć :). A wysiłek bardzo się opłaca, jak widać :).

      Usuń
  13. Dzięki za wskazanie tej książki, Greena lubię, chętnie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziękuję za przedstawienie mi tej książki. Zaintrygowałaś mnie i teraz mam wręcz potworną chrapkę na tę pozycję! :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak czytam komentarze, i o tym ile film dostał nagród, popularność książki u booktuberów,to aż dziw bierze że ja dowiedziałam się o powieści jakieś...pięć minut temu kiedy weszłam na twojego bloga :)
    I mam nadzieję że nie przesłodziłaś tej recenzji tak jak Green przesładza swoje książki, bo mnie cholernie zachęciłaś, a ja miałabym największy zawód życia, gdyby się okazało, że powieść wcale nie jest taka dobra
    A chyba tylko jakąś opatrznością bogów z Olimpu jestem biegła w angielskim, i dzięki im za to, bo w wielu sytuacjach nie wytrzymałabym gdybym miała być uzależniona od widzimisie wydawców....pewnie przetłumaczą dopiero po premierze filmu, więc podziękuję, sama jestem żem se w stanie przetłumaczyć, jak i zresztą coraz więcej osób
    wydawnictwa albo się będą bardziej spieszyły z tłumaczeniami albo zbankrutują jak tak dlaej pójdzie :)
    swoją drogą ksiązki Greena nie są złe, ale samo to określenie.....różowe landrynki z mojego rocznika potrafią nie przeczytać żadnej ksiązki przez rok, a jeśli już to tylko "Gwiazd naszych wina" tudzież "W śnieżną noc".....i za każdym razem słyszę tą samą frazę
    "przeczytam bo Green"
    schowajcie wszystkie siekiery bo zatłukę ;/

    OdpowiedzUsuń