29 gru 2014

,,Zielona sukienka. Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii" - Małgorzata Szumska


Tytuł: Zielona sukienka. Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii
Autor: Małgorzata Szumska
Wydawnictwo, rok wydania: Znak, 2014
Ilość stron: 336
Cena: 35,90 zł


 ~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Znak
 
http://lubimyczytac.pl/



Stare fotografie, czyli sprawdzając trwałość przeszłości

Co pewien czas pojawiają się projekty fotograficzne, które w interesujący sposób łączą przeszłość z teraźniejszością. Czasem, za sprawą programu graficznego, do zdjęcia przedstawiającego współczesny widok na jakieś miejsce wkleja się fragment tego samego miejsca ze starej fotografii. Inni z kolei z pożółkłym zdjęciem w ręce odszukują sfotografowane obiekty i sprawdzają, jakie zmiany się w nich dokonały. Najczęściej na współczesny krajobraz miast nakładane są fragmenty fotografii z czasów wojennych. Robimy w naszej codzienności wyłomy dla przeszłości. Chcemy pamiętać i to nie tylko w ten łatwy sposób, gdy każde wspomnienie jest zabarwione przyjemną nostalgią. Pamiętamy również o tym, co boli i przeraża i ze wszystkich sił dokładamy starań, by nie zapomnieć i dalej przekazać wspomnienia. To hołd dla tych, którzy cierpieli i rodzaj przestrogi na przyszłość, by historia się nie powtórzyła.

Jedną z takich osób z fotografią w ręce, osób, które chcą pamiętać, jest Małgorzata Szumska, autorka książki „Zielona sukienka. Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii”. Stare zdjęcia oraz łączące się z nimi opowieści babci i dziadka zainspirowały ją do odbycia podróży ich śladami. Tak rozpoczęła się wyprawa poprzez czas i miejsca, w głąb wspomnień i mapy – od Wileńszczyzny, poprzez Rosję wraz z Syberią, na Kazachstanie kończąc.

Od dziecka wiedziałam, że kiedyś pojadę na Syberię. Nie musiałam planować tej wyprawy, nie uczyłam się języka, nie kupowałam map. Wszystkie miejsca, które chciałam odwiedzić, znałam z rodzinnych opowieści, widziałam je oczami wyobraźni. Trasę podróży zaplanował dla mnie Stalin, w 1951 roku. Wtedy właśnie mój dziadek, Staszek, został zesłany do gułagu w Kazachstanie, a babcię Jankę przesiedlono z rodziną w głąb Syberii. Byli krótko po ślubie, mieli maleńkiego synka. Ich miłość została wystawiona na najtrudniejszą próbę.

„Zielona sukienka” to opowieść o miłości i pamięci oraz o współczesnej wyprawie w głąb Rosji śladami rodzinnej historii. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, a dzisiejsza Rosja przegląda się w złowrogim obliczu ZSRR. Jest w tej opowieści i kolej transsyberyjska i buriacki szaman i morze samogonu, a także młodzi Rosjanie nieznający historii i kazachska bohema, której marzy się Zachód.
źródło opisu: wyd.Znak 

Jeszcze dobrze nie ucichła wojenna zawierucha, gdy młodziutka Janka wraz z rodziną została zesłana z Wileńszczyzny na Syberię. Z kolei jej mąż Staszek trafił w ramach wyroku do kazachstańskiego karłagu, gdzie miał spędzić dwadzieścia pięć lat. Choć byli przekonani, że już nigdy się nie zobaczą, to nadzieja nie pozwalała im się poddać. Walczyli o przetrwanie, próbując pokonać strach, cierpienie, głód i samotność. Trasa, którą oni pokonali w bydlęcych wagonach, patrząc, jak umierają ich współpasażerowie, zostaje wiele lat później odtworzona przez ich wnuczkę, Małgorzatę.

Autorka, opisując swoją podróż oraz opowieść dziadków, zdecydowała się na ciekawy zabieg, który przywodzi na myśl wspomniane we wstępie „nakładanie fotografii”. Otóż poszczególne rozdziały zestawiają ze sobą dwa spojrzenia na te same miejsca – poznajemy je ze wspomnień Janki i Staszka oraz z obserwacji autorki. Wątek współczesny kipi życiem i humorem, choć nie brak mu chwil pełnych refleksji i spokoju. Małgorzata, jak sama przyznała w trakcie opowieści, nie była zbytnio przygotowana do podróży, dlatego często zdawała się na łaskę i niełaskę napotkanych osób – czy to nieznajomych, czy rodziny, którą odszukiwała na trasie. Cały czas towarzyszyło jej pytanie: czy ktoś pamięta? Te spotkania pozwoliły jej wprowadzić do książki galerię nietuzinkowych osobistości, wśród których znaleźli się m.in. artyści, szamani, dziennikarze, matki, studenci, ludzie młodsi i starsi, którzy z wielkim zainteresowaniem wysłuchiwali historii Janki i Staszka. Pośród morza alkoholu i częstej wzajemnej życzliwości często na wierzch wypływało jedno: niewiedza bądź szczątkowe, nieuporządkowane informacje. W szkole i telewizji o zesłaniach i łagrach się nie mówi, a jeśli już się to robi – to poprzez tuszowanie prawdy i ukrywanie dokumentów. Rewelacyjnie, w pigułce pokazał to rozdział, w którym autorka udziela wywiadu dla rosyjskiej telewizji, szczerze opowiadając o swojej podróży. Gotowy materiał, który wyemitowano w trakcie wiadomości, przedstawił prawdziwie alternatywną rzeczywistość. Wątek współczesny, jakkolwiek ciekawy, blednie jednak w obliczu rozdziałów poświęconych Jance i Staszkowi. Choć wiele opowiedziano historii o wojennej i powojennej miłości, to one nigdy nie przestaną poruszać. Tak samo jest w tym przypadku, gdy poznajemy świadectwo wielkiego i przepięknego uczucia, którego gehenna nie zdołała oszpecić. Zanurzamy się w świat Janki i Staszka: świat wsi, zesłania i obozu. Dzieciństwa i błyskawicznego dorastania. Autorka nie musiała szczegółowo opisywać kolei losów swoich dziadków, bo wystarczyło kilka wymownych wydarzeń – scen z życia, które splotły się w barwną opowieść. Ta część „Zielonej sukienki” wyciska łzy z oczu i pozostawia czytelnika bez słów. Fragmenty poświęcone przeszłości wzbudzają zupełnie inne emocje niż te współczesne i bardzo dobrze, że autorka przeplotła je ze sobą. Taka forma dobitnie udowadnia wpływ przeszłości na teraźniejszość oraz stanowi o wadze pamięci, która po latach jest jednym z nielicznych wyrazów szacunku, jakie możemy ofiarować przodkom.

Małgorzata Szumska uszyła zieloną sukienkę z materiału miejscami przykurzonego i porwanego przez czas, poplamionego kapiącymi łzami, połatanego wrażeniami z nowej podróży i pełnego kontrastów. Za sprawą podróży, snując własną opowieść, otworzyła nowy rozdział w historii rozpoczętej przez jej dziadków. Połączyła swoją codzienność ze wspomnieniami krewnych. Za sprawą naprawdę interesującej książki, jaką jest „Zielona sukienka. Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii”, odkrywa przed nami czas i świat skryty za starymi fotografiami.

23 gru 2014

,,Girl Online" - Zoe Sugg (& Siobhan Curham)

Tytuł: Girl Online
Autor: Zoe Sugg, Siobhan Curham
Wydawnictwo, rok wydania: Atria / Keywords Press, 2014
Ilość stron: 352


Polskie wydanie
[źródło]
*chwilowo brak pełnej okładki, z fragmentu dostępnego na FB wydawnictwa wynika, że oprawa graficzna będzie taka sama, jak w brytyjskim wydaniu*
Wydawnictwo: Wydawnictwo Insignis
Data wydania: [zapowiedź] pierwszy kwartał 2015



 ~~***~~


,,Girl Online” narobiła niezłego szumu jeszcze przed premierą, wbiła się na pierwsze miejsca książkowych rankingów, zgarnęła po drodze tytuł ,,najszybciej sprzedającego się debiutu”*, a wszystko po to, by zderzyć się z bardzo brutalną rzeczywistością i wywołać mały skandal. Ale po kolei…

Gdy brytyjska vlogerka, Zoe ,,Zoella” Sugg, ogłosiła prace nad debiutancką powieścią, wśród jej fanów zawrzało. Niecierpliwie oczekiwali, aż książka pojawi się na półkach, a ich ekscytacja przełożyła się na wyniki sprzedaży – przed premierą powieść stała się bestsellerem i w pierwszym tygodniu sprzedała się w nakładzie 78,000 egzemplarzy. Zoella pobiła rekord, bo od 1998 roku, czyli odkąd zaczęto gromadzić takie informacje, żadna książka nie sprzedała się w większym nakładzie, w pierwszy tydzień po premierze.**

Niestety bajka trwała krótko, a urodowa vlogerka wpadła w tarapaty. Otóż coraz głośniej zaczęto mówić, że książka została napisana przez ghostwritera, a nie samą Zoe. W końcu wydawca potwierdził te spekulacje, co nie tylko nie uciszyło plotkarskiej bomby, ale wręcz zamieniło ją w broń vlogerskiej zagłady. Ghostwriting nie jest rzadkim zjawiskiem wśród celebrytów, więc skąd to zamieszanie? Otóż można powiedzieć, że przeciwko Zoe obróciło się jej zachowanie i to, jak jest postrzegana przez media. Fanki traktowały ją jak starszą siostrę, przyjaciółkę, dziewczynę z sąsiedztwa, która dzięki swojemu wesołemu, słodkiemu usposobieniu i szczerości zjednała sobie sześć milionów fanów. Tak, w tym wypadku ,,szczerość” to słowo-klucz. Zoe wytrwale kreowała taki wizerunek, zdobywała kolejne nagrody (2011 Cosmopolitan Blog Award, 2013 Best British Vlogger Award, 2014 Nickelodeon Kids' Choice Award, 2014 Teen Choice Award), jej urodowe, modowe i lifestylowe filmiki oglądało coraz więcej osób. Zoella przeszła metamorfozę – od pojedynczej dziewczyny do marki, pod którą kryją się kosmetyki, akcesoria, a teraz doszła do tego książka.

Gdy wyszło na jaw, że ,,Girl Online” została napisana przez ghostwritera (wszystko wskazuje na to, że jest nim niejaka Siobhan Curham***), dziennikarze podchwycili temat i szybko ,,wytknęli” kilka punktów:

1) Fani kupili książkę, bo byli przekonani, że napisała ją Zoe. Zostali wprowadzeni w błąd, a Sugg zarobiła niezłą sumę na kłamstwie.
2) Dziewczyna, której głównymi cechami są ,,autentyczność” i ,,szczerość” bez mrugnięcia okiem podpisała się pod cudzą pracą. Jeśli nie zrobiła tego dla zarobku, to po co?
3) Pojawił się problem ,,najszybciej sprzedającego się debiutu” , skoro prawdziwa autorka ,,Girl Online” debiutantką nie jest i ma na koncie kilka powieści.
4) W podziękowaniach Zoe napomknęła, że dziękuje swojemu chłopakowi za cierpliwość, podczas gdy ona spędzała kolejne godziny nad pisaniem i poprawianiem powieści. Kolejne kłamstwo napędzane chęcią zarobku?

Krytycy przede wszystkim zarzucają Zoe, że wykorzystała swoich fanów. Sama vlogerka nie odpowiedziała na zarzuty, wycofując się na krótki czas z internetowej działalności. Choć wielu fanów stanęło za nią murem, to pojawiły się pytania odnośnie planowanej kontynuacji ,,Girl Online”. Zoe zdążyła pochwalić się, że podpisała umowę na dwa tomy – druga część stoi na razie pod znakiem zapytania, ale podejrzewam, że wysoka sprzedaż i głosy poparcia dla Sugg przechylą szalę na jej korzyść. 


Jeśli teraz myślicie, że poleje się krew, a sama powieść zostanie wdeptana w ziemię, to was zaskoczę. Pomijając cały skandal z ghostwriterem, to wcale nie jest taka zła książka dla młodszych nastolatek. Młodszych, czyli myślę tutaj o czytelniczkach w wieku około dwunastu - piętnastu lat. ,,Girl Online” to powieściowa komedia romantyczna dla młodzieży, która cała jest – od okładki do fabuły – cukierkowa, urocza i przyjemna. 


Debiut Zoelli, sensacji YouTube! Powieść, która świetnie uchwyciła zakochiwanie się i dorastanie w dzisiejszym cyfrowym świecie.

,,Mam to marzenie, że w głębi duszy, wszystkie nastoletnie dziewczyny czują się tak samo, jak ja. Może pewnego dnia, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że wszyscy czują to samo, będziemy mogły przestać udawać, że jesteśmy kimś, kim tak naprawdę nie jesteśmy. Do tego czasu mam zamiar być sobą na tym blogu i udawać w prawdziwym życiu.”

Penny ma sekret.

Pod pseudonimem ,,Girl Online”, Penny bloguje o swoich skrywanych uczuciach dotyczących przyjaźni, chłopców, szkolnych dramatów, ekscentrycznej rodziny i ataków paniki, które zaczynają przejmować kontrolę nad jej życiem.

Kiedy szkolne sprawy spadają z poziomu ,,źle” na ,,jeszcze gorzej”, rodzice Penny akceptują zaproszenie do hotelu Waldorf Astoria w Nowym Jorku, gdzie spędzą Boże Narodzenie. Tam dziewczyna spotyka Noah, niesamowitego, przystojnego gitarzystę. Penny zaczyna się zakochiwać – i uwiecznia każdą chwilę spędzoną z ,,Brooklyn Boy” na swoim blogu.

Noah też ma sekret.

Sekret, który może zniszczyć blogową anonimowość Penny i jej wieloletnią przyjaźń – na zawsze.



Penny jest bohaterką ,,skrojoną na miarę”, z którą ma identyfikować się możliwie największa ilość współczesnych nastolatek. Autorce wydaje się, że wie ,,o czym marzy dziewczyna” i co najważniejsze – ,,kim ta dziewczyna jest”, co ukazuje w postaci sympatycznej, acz ostrożnie zwyczajnej Penny. To piętnastolatka, która prowadzi bloga, lubi fotografować, podkochuje się w szkolnej sympatii, ma najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, lubi świeczki, lampki rozwieszone w sypialni i pachnące kosmetyki do kąpieli. Ma też duży talent do potykania się w najbardziej nieodpowiednich momentach. A o czym taka typowa Penny marzy? To jasne – o miłości rodem z filmu.


,,Girl Online” nie powala oryginalnością. To w dużej mierze zbiór znanych schematów, które spleciono w jedną, prostą historię. Powieść promowana jest jako ,,Notting Hill” dla nastolatków, więc jeśli znacie ten film, to znacie również ¾ fabuły ,,Girl Online”. Tak, wątek romantyczny potoczy się dokładnie tak, jak myślicie. Dodatkowo fani Zoelli odnajdą w głównej bohaterce punkty wspólne z samą Zoe (podejrzewam, że to mógł być wkład Sugg w powieść). Jeśli liczycie na to, że ,,najszybciej sprzedający się debiut” zasłużył na to miano dzięki swojej niezwykłości, to się rozczarujecie. To marka Zoelli i zaplecze w postaci sześciu milionów fanów zapewniły powieści ten status. Bez znanego nazwiska ta książka miałaby problem, by wdrapać się na listy bestsellerów. Jednakże pomimo recyklingu ogranych motywów, powieść nie jest aż tak irytująca i nudna, jakby się to mogło wydawać. Powiem więcej – wciągnęłam się, choć zupełnie nie należę do docelowej grupy czytelniczek. Dla mnie to bardzo niewymagające, ,,milutkie” czytadełko, o którym szybko zapomnę. Przynajmniej w trakcie lektury nie pałałam żądzą mordu i nie miałam ochoty wyrzucić książki przez okno, a przy takiej ilości cukru i klisz to już coś. 


To, co mi się w ,,Girl Online” podobało, to fakt, że wpleciono w fabułę ,,trudne tematy”. Może i nie są one specjalnie dogłębnie omówione, ale w przypadku tak lekkiego Young Adult, cieszą mnie choćby wzmianki. Autorka rzuca trochę światła na dorastanie w czasach mediów społecznościowych i związanych z tym niebezpieczeństw. Wirtualna przemoc dotyka wiele osób, często mając różne natężenie – od przykrego komentarza, poprzez rozpowszechnianie kompromitujących zdjęć i filmików, aż do znęcania się, które wkracza do jak najbardziej realnego świata. Po raz kolejny zostaje zapalone ostrzegawcze światełko: ,,uważaj, co pozostawiasz w sieci”. Penny oraz jej przyjaciel Elliott pokazują, jak radzić sobie z szykanami, niezrozumieniem i sytuacjami pozornie ,,bez wyjścia”; w ten sposób próbują dodać otuchy wielu nastolatkom, którzy zmagają się z atakami paniki, paraliżującą nieśmiałością, homofobią, bądź prześladowaniami w szkole. 


Nie nazwałabym ,,Girl Online” chłamem, bo trochę jej brakuje do żałosnego poziomu, który napotkałam w trakcie czytania innych modnych/bestsellerowych powieści. Bazując na sprawdzonej formule (na której opiera się wiele romantycznych filmów i prawie wszystkie powieści Nicholasa Sparksa), stworzono literacką komedię romantyczną Young Adult, która niesie ze sobą przesłanie. Gdybym miała młodszą siostrę i zobaczyłabym, że zaczytuje się w tej powieści, to nie rozpaczałabym zbytnio. Ba, może nawet sama, wykorzystując szum i popularność Zoe, podsunęłabym jej tę książkę? W końcu Young Adult to świetne rozwiązanie, by zachęcić do czytania nieczytające nastolatki - a jeśli dodatkowo mogą przeczytać o kimś takim jak one...

,,Girl Online” nie zasługuje na cały ten szum wokół niej, bo jest po prostu przeciętna, ale jak przypomnę sobie, co sama czytałam jako czternastolatka, to wcale się nie dziwię, że ,,współczesne nastolatki z sieci” uwielbiają historię Penny.

____________________ 

zdjęcia pochodzą ze strony:
http://justgirlythings.tumblr.com/
W sieci można znaleźć naprawdę wiele artykułów, oto niektóre z nich:
*http://www.dailymail.co.uk/wires/pa/article-2858785/Zoella-novel-fastest-selling-debut.html
**http://time.com/3615753/zoella-girl-online-record-sales/
***http://daretodreamcoaching.blogspot.co.uk/2014/12/girl-online-for-record_10.html

18 gru 2014

,,Marsjanin" - Andy Weir

Tytuł: Marsjanin
Autor: Andy Weir
Wydawnictwo, rok wydania: Akurat, 2014
Ilość stron: 384
Cena: 39,99 zł


~~***~~ 


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Akurat

http://lubimyczytac.pl/



Houston, nie mamy absolutnie żadnego problemu

Moda na kosmos ma się świetnie i rozwija nieprzerwanie od wielu, wielu lat.
Twórcy ochoczo eksplorują kosmos w poszukiwaniu rozrywki, w skutek czego wciąż pojawiają się filmy, komiksy oraz powieści, które w różnym stopniu wykorzystują elementy science fiction (w tym space opery). Nastolatkom serwuje się romans w kosmosie, a dorosłym… walkę o przetrwanie. Czasem walczy jednostka, jak w nagrodzonej siedmioma Oscarami „Grawitacji”, czasem walka dotyczy ocalenia ludzkości, jak w „Interstellar”. To zaledwie dwa tytuły z całej galaktyki dzieł, w której niedawno pojawiła się nowa gwiazda – a na imię jej Andy Weir. Podróż tego autora ku sławie jest dość ciekawa i warto pokrótce o niej wspomnieć. Jego debiutancka powieść zatytułowana „Marsjanin”, po wielokrotnym odrzuceniu przez agentów literackich, rozpoczęła swój żywot jako darmowa powieść publikowana w odcinkach na stronie autora. Później, na prośbę czytelników, na własną rękę opublikował ebooka na platformie Amazon. Powieść sprzedawała się tak dobrze, że przyciągnęła uwagę wydawnictw. Wytwór selfpublishingu został kupiony przez Crown Publishing Group, wchodzącego w skład słynnego wydawnictwa Random House i wieść niesie, że za sprzedanie praw autor otrzymał sześciocyfrową sumę. Teraz „Marsjanin” przygotowywany jest do podbicia srebrnego ekranu, a za sterami projektu stoi sam Ridley Scott. Od darmowej powieści do wypełnionego hollywoodzkimi gwiazdami potencjalnego blockbustera – czy to nie jest niezwykła podróż?
 
Ha-ha! „Niezwykła podróż” - dobry żart. Ostatni raz się tak uśmiałem, jak mnie samego na Marsie zostawili.*

Słyszeliście ten drwiący śmiech? To Mark Watney. Na nim taka podróż zupełnie nie robi wrażenia. Zupełnie się temu nie dziwię. Jeśli akurat ktoś walczy o przetrwanie na Marsie, to cała reszta wydaje się nieistotna.

Mark Watney kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie.

Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze!

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

Realizowany na podstawie tej książki film reżyseruje Ridley Scott, a główną rolę gra Matt Damon. 
źródło: wyd. Akurat

Mark dźwiga na swoich barkach ciężar całej historii. Gdyby Weir nie poradził sobie z kreacją głównego bohatera, powieść wiele by straciła. To właśnie on stanowi spoiwo, które łączy razem pozostałe elementy powieści. Watney jest jednocześnie kumplem o zawadiackim poczuciu humoru oraz nauczycielem, który z żywym zainteresowaniem opowiada o kosmosie. Jego orężem w walce o przetrwanie jest piekielnie duża wiedza i inteligencja, logika, analityczny umysł i optymizm. To geniusz, dla którego popełniony błąd nie jest końcem świata – przynajmniej tak długo, jak długo umie go naprawić.

Wpisy z dziennika Marka to najmocniejsza strona „Marsjanina” i nawet jeśli czytelnik domyśla się, dokąd dąży akcja, to i tak niecierpliwie przewraca kolejne kartki. Druga perspektywa - trzecioosobowa, czyli naukowy pracujący w NASA, również jest interesująca, ale nie aż tak jak dziennik Watneya. Wspomniałam też o poczuciu humoru Marka – jest to bardzo ważny element powieści, który nie tylko dodaje kolorytu głównemu bohaterowi, ale i kreuje atmosferę, która jest dość nietypowa jeśli chodzi o tego typu historie. Autor nie wpompował w książkę zastraszających ilości napuszonego patosu, zamiast tego przełamał powagę humorystycznymi wstawkami, których źródłem są przemyślenia Marka i jego niewyparzony język. Mam nadzieję, że ekranizacja „nie zgubi” tej charakterystycznej cechy powieści.

Może to wydać się niepoważną, przesadną ekscytacją, ale podziwiam Weira. Cała wiedza Marka Watneya to tak naprawdę wiedza jego twórcy na temat astronautyki, w skład której wchodzą nauki ścisłe (fizyka, chemia, biologia, astronomia, geografia, informatyka, matematyka), techniczne, biologiczno-medyczne i humanistyczne. Pisarz między innymi sam dokonał obliczeń matematycznych i fizycznych, ułożył szereg reakcji chemicznych, zgłębił mechanikę pojazdów i budowę baz kosmicznych, prześledził funkcjonowanie organizmu ludzkiego poddawanego przeciążeniom, konstruując historię, wziął pod uwagę warunki panujące na czerwonej planecie oraz jej ukształtowanie. Jakby tego było mało, skupił się na prawdopodobnych scenariuszach związanych z walką o przetrwanie - a na Marsie naprawdę wiele możne pójść źle. To staranny, przemyślany i bogaty w naukowe informacje debiut. Dla mnie to zaleta, ale jeśli ktoś nie przepada za rozbudowaną warstwą naukową, to musi się głęboko zastanowić, zanim sięgnie po „Marsjanina”.

Jest w „Marsjaninie” pewna sztampowość dotycząca bohaterów drugoplanowych. Naukowy z NASA to taka typowa dekoracja, którą znamy z innych filmów z kosmosem w tle. Siedzą przed komputerami, przemykają korytarzami, prowadzą supertajne spotkania wysokiego szczebla, czyli mówiąc krótko: robią wszystko, by misja się udała. Praca jest pierwszą i ostatnią cechą ich charakterów, więc wypadają naprawdę blado przy głównym bohaterze oraz pojawiających się sporadycznie kosmonautach. Również język powieści nie jest wybitny. Autor buduje proste, krótkie zdania, którymi próbuje okiełznać przekazywaną wiedzę. Najczęściej mu się to udaje, choć pojawiło się kilka topornych literacko fragmentów.

„Marsjanin” jest rewelacyjną, inteligentną rozrywką. Jeśli słowa „self-publishing” i „bestseller” budzą w waszych umysłach niezbyt pozytywne skojarzenia, to w tym wypadku powinniście odłożyć obawy na bok. Andy Weir stworzył powieść z miłości do nauki, włożył w proces twórczy sporo wysiłku i w pełni zasłużył na swój sukces. A że w trakcie lektury znalazłam kilka potknięć? Powiem tak: moglibyśmy sobie tylko życzyć, by wszyscy debiutanci potykali się i podnosili tak sprawnie, jak zrobił to Andy Weir, dzięki sile swoich pomysłów.
_______________
*To nie jest cytat z książki. To Mark Watney.

12 gru 2014

,,Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" - Mark Helprin


Tytuł: Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety
Autor: Mark Helprin
Wydawnictwo, rok wydania: Otwarte, 2014
Ilość stron: 560
Cena: 49,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Otwarte
Oficjalna recenzja dla portalu Lubimy Czytać

http://lubimyczytac.pl/


Życiorys pełen gorzkich ziaren


Zwyczajowo na wstępie wspomnę o kawie, bo to przecież ona jest jednocześnie przekleństwem i motywem przewodnim życia głównego bohatera i narratora „Pamiętnika z mrówkoszczelnej kasety”, Oscara Progresso. Wynalazek samego diabła, zło powszechnie spożywane i przez wielu uwielbiane, zamknięte w pozornie niegroźnych ziarnach, trafiło do Marka Helprina, który wyhodował z niego coś naprawdę niezwykłego.

Czym tak naprawdę jest „Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety”? Dobre pytanie. To historia ułożona ze znanych nam elementów, które w rękach pisarza nabierają nowego znaczenia. Któż z nas nie zna barwnych opowieści o dorastaniu, historii z cyklu „od pucybuta do milionera”, wojennych wspomnień czy zapisków o miłości, którą pamięta się przez całe życie? Ta książka to istna mieszanka gatunkowa: znajdziemy w niej ślady powieści łotrzykowskiej, inicjacyjnej, sensacyjno-awanturniczej, obyczajowej, a także sporą dozę humoru i historii, bo życie Oscara to w dużej mierze przekrój XX wieku.

Autor splótł ze sobą tyle wątków, tyle motywów, że w pewnym momencie obawiałam się, że może on ugrzęznąć we własnej opowieści. Historia Oscara jest tak misterną konstrukcją, że jedno potknięcie mogłoby zepsuć cały jej klimat. Nie ukrywam – to nie jest lekka powieść, po stronach której można prześlizgnąć się wzrokiem. U Helprina to tak nie działa. Wymaga on uwagi i czytelniczego wysiłku, by móc zagłębić się w opowieść Oscara i śledzić bieg wspomnień, które często mieszają się, wybiegają w czasy dorosłości bohatera, by potem wrócić do jego dzieciństwa. Mężczyzna snuje historię, która wielokrotnie zaskakuje. Pamiętnikowe zapiski początkowo mogą wydawać się chaotyczne, bowiem poszczególne historie kroczą odrębnymi ścieżkami, połączone przez Oscara i jego chorobliwą awersję do kawy. Jednak gdy ścieżki zaczęły splatać się we wspólną drogę, a zakończenie coraz wyraźniej rysowało się na horyzoncie – ja byłam coraz bliżej zauroczenia się tą powieścią. Tak naprawdę niełatwo ocenić „Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety”, dopóki nie dotrze się do finału. W pewnym sensie to właśnie on wywraca wszystko do góry nogami. Nagle okazuje się, że nie ma w powieści żadnego chaosu ani odrębnych ścieżek. Wszystko zostaje wyjaśnione, wątki rozwiązane, a każdy, nawet najmniejszy element spełnia swoje zadanie. Zdradzę, że wątek nienawiści do kawy chyba nie mógłby być lepiej rozwinięty i wyjaśniony. Sposób poprowadzenia tej powieści to prawdziwy majstersztyk. Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak powinna wyglądać dbałość o opowiadaną historię, to śmiało może sięgnąć po „Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety”.

O właścicielu tytułowego pamiętnika można ostrożnie powiedzieć, że jest… równie barwny, jak jego losy i tak samo nietypowy. Nie jest to nic nadzwyczajnego, biorąc pod uwagę to, co przeżył. Niesamowitymi wydarzeniami ze swojego życia mógłby obdarzyć mieszkańców małego miasteczka. Oscar niektórym może wydawać się arogancki, bo wszelakie konwenanse i zasady traktuje jak zbiór, z którego może korzystać, ale wcale nie musi. On ma własną filozofię życiową. Może nie jest to bohater, którego można pokochać czy nawet polubić, ale jego niezłomność fascynuje. Nie można też odmówić mu inteligencji i - przede wszystkim – pasji. Cokolwiek czuje, czuje to całym sobą, co dość często przysparza mu kłopotów. Najważniejsze jest to, że z jego słów wprost biją te uczucia. Gdy opowiada o miłościach swojego życia – w tym o lataniu, czytelnik musi uzbroić się w cierpliwość, bo dla osoby nieobeznanej w lotnictwie te fragmenty powieści mogą być największymi przeszkodami w lekturze. Z jednej strony to element, który wiele wnosi do postaci Oscara, z drugiej jednak - nie każdy przepada za technicznymi wynurzeniami.

„Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety” jest barwny, ekscentryczny i niełatwo okiełznać zawartą w nim historię. Troskliwie przechowywane zapiski miały ocalić od zapomnienia niezwykłe życie i pozwolę sobie nie zgodzić się z Oscarem, który napisał: Moje życie pewnie mogłoby być ciekawsze i bogatsze w wydarzenia.

Uwierz mi Oscarze – nie mogłoby.

10 gru 2014

,,After/After. Płomień pod moją skórą" - Anna Todd

Dziś padło na przydługi zapis wrażeń z lektury.
Moje poczucie przyzwoitości nie pozwoliło mi nazwać tego ,,recenzją".
Cóż, jakie dzieło, taka opinia :).

 
Tytuł: After
Autor: Anna Todd
Wydawnictwo, rok wydania: Gallery Books, 2014
Ilość stron: 584

 Polskie wydanie

 
Tytuł: After. Płomień pod moją skórą
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: [zapowiedź] 28 stycznia 2015
Ilość stron: 632


 ~~***~~

Romans z piekła rodem.

Nie mam właściwie innych słów, by opisać ,,After”. To powinno być hasło promocyjne tego tytułu, bo choć nie występują w nim demony i zjawiska paranormalne, to pojawia się jeden diabeł wcielony. Jest tak ogniście, że niemal płoną kartki, a podobizny Tessy i Hardina można znaleźć w encyklopedii pod hasłem ,,Burzliwy związek: para pokazowa”. Nie żartuję – niestety.

Życie Tessy można podzielić na to, co zdarzyło się przed poznaniem Hardina i na to, co zdarzyło się później.

Kiedy Tessa zaczyna studia, jej życie wydaje się idealnie poukładane: chce spełnić marzenia o pracy w wydawnictwie i jak najszybciej połączyć się z ukochanym Noah, który czeka na nią w rodzinnym mieście.


Ale spotkanie Hardina, który wydaje się być jej całkowitym przeciwieństwem, wywróci jej życie do góry nogami. Hardin jest arogancki, zbuntowany i w niczym nie przypomina troskliwego Noah. Ale to on budzi w Tessie uczucia, jakich dotąd nie zaznała.
źródło opisu: wyd. Znak

,,After” zaczynało jako publikowane w sieci fanfiction o zespole One Direction. By móc wydać je w formie powieści, autorka zmieniła imiona bohaterów i ich zajęcia – nie są już członkami zespołu. To działanie nieobce polskim czytelnikom, bowiem trylogia ,,Ostatnia spowiedź” Niny Reichter również wywodzi się z fanfiction, tyle że o zespole Tokio Hotel. ,,After” szczyci się tym, że jego pierwotna wersja posiada ponad miliard odsłon w serwisie Wattpad. Nie powiem, tak chętnie czytana i szeroko omawiana historia budzi ciekawość. W końcu musi coś w sobie mieć, że zjednała sobie tylu czytelników, prawda?
Prawda?
Nieprawda.
on niegrzeczny + ona niewinna = trauma też być powinna
 
,,After” jest powtórką z rozrywki. To pokłosie mody na literaturę erotyczną i publikowanie fanfiction. Jeśli w tym momencie pomyśleliście o ,,Pięćdziesięciu twarzach Greya” to trafiliście w dziesiątkę. Jeszcze przed premierą pojawiały się opinie, że ,,After” to takie ,,Pięćdziesiąt twarzy Greya” dla licealistek. Dość sceptycznie podchodziłam do tego porównania, ale po lekturze obydwu powieści muszę przyznać, że jest ono bardzo trafne. Hardin, tak samo jak Christian, jest zamknięty w sobie, przeżywa traumy z przeszłości, ma problem z kontrolowaniem partnerki, prowadzi bujne życie erotyczne i nie narzeka na brak pieniędzy. Skłonność do przemocy, wybuchowość i uwielbienie do tatuaży czynią z niego drugiego Travisa Maddoxa znanego z ,,Pięknej katastrofy". Tessa jest nieśmiałą, niedoświadczoną dziewczyną z dobrego domu, która uwielbia klasykę literatury i marzy o pracy w wydawnictwie – na razie musi wystarczyć jej staż załatwiony… zgadnijcie, przez kogo. Na dodatek w obydwu powieściach w tle przewija się miasto Seattle. Różnica jest jedynie taka, że Hardin jest Brytyjczykiem, (jeszcze) nie prowadzi własnej firmy i zamiast tego jest studentem – i ma kolczyki oraz tatuaże. Jeśli chodzi o erotykę, to w ,,After” brak BDSM, ale to wcale nie znaczy, ze para jest grzeczniejsza. Między bohaterami iskrzy od początku do końca książki, a w prawie każdym rozdziale tej 584 stronicowej powieści pojawia się przynajmniej jedna scena erotyczna. Teraz wyobraźcie sobie, że rozdziałów jest dziewięćdziesiąt siedem. Konfiguracje pozycji i lokalizacji zawierają: biurko w biurze, na łonie natury, pod prysznicem czy na łóżku w akademiku. Jeszcze jedna różnica przyszła mi do głowy: ,,After” nie jest napisane wybitnym językiem, ale i tak warstwa językowa jest o niebo lepsza niż w ,,Pięćdziesięciu twarzach Greya”, co jest oczywistym plusem. Gdyby jeszcze akcja była barwniejsza - miała jakikolwiek cel lub sens, jak na przykład w ,,Pięknej katastrofie", wtedy byłabym skłonna zrozumieć fenomen ,,After".

Taka historia była interesująca za pierwszym razem, znośna za drugim, trzeci raz zaczął irytować, a setny z kolei to już jak dotykanie odkrytego nerwu... Ile można mielić schemat złego, mrocznego, zranionego, skłonnego do przemocy, wytatuowanego, bezczelnego chłopca i jego wrażliwej, niewinnej dziewczyny?

Zastanawiałam się, jak można opisać związek Tessy i Hardina – do głowy przyszły mi porównanie cyrkowe oraz barowe. Pierwsze ma związek z rzucaniem nożami do celu. Tessa jest biedną asystentką przypiętą do obracającej się platformy, a Hardin jest magikiem, którzy rzuca w nią nożami. Jednak w ich przypadku ,,zabawa” polega na tym, że chłopak zawsze trafia w swoją asystentkę. Upiorne? Być może. Drugie porównanie zawiera duże ilości alkoholu oraz Hardina, który postanawia porzucać rzutkami. Zgadnijcie, kto jest jego tarczą? W prawdziwym świecie taka relacja nosiłaby miano patologicznej, ale że to fikcja… To Hardin jakimś cudem trafia na listę ,,książkowych chłopaków do kochania”, a o związku ,,takim jak Hessa” marzy rzesza czytelniczek. Chciałabym się zdziwić, ale się nie zdziwię, bowiem nie jest to pierwsza powieść o toksycznym i burzliwym związku, która odniosła oszałamiający sukces i uznawana jest za romantyczną.

Akcja? Jaka akcja? Erotyki, nie tylko ,,After", ostatnio stały się ,,powieściami na podglądzie" - 600 stron odtwarzanych w kółko scen erotycznych i kłótni. Aż szkoda, że w trakcie lektury nie można ,,przewinąć" powieści i wyłuskać  szczątkowe ślady innych wątków. Wymyślanie historii stało się niemodne, nawet bohaterowie są pożyczeni. Seks miał się sprzedawać, ale kto by pomyślał, że przez lenistwo autorek, zacznie on być... nudny.

Cała historia kręci się wokół ,,on mnie chce/on mnie nie chce”, kłótni i zbliżeń (w dokładnie tej kolejności). W tle pojawiają się rodziny Tessy i Hardina, bo – zapamiętajcie sobie: jeśli jest trauma, to musi być i rodzina. Strona Tessy reprezentowana jest przez matkę, chorującą na ostrą odmianę nadopiekuńczości i perfekcjonizmu, Królową Lodu, Chłodu, Dobrze Ułożonej Fryzury i Ust Zaciśniętych W Wąską Kreskę. Z kolei Hardin wkracza na scenę z ojcem, jego drugą żoną i przybranym bratem, wspomina również o mieszkającej w Anglii matce. Wątek rodzinny stanowi przerwę reklamową w ,,Trudnych sprawach Hessy”, które rozgrywają się na przestrzeni trzech miesięcy. Pojawiających się ,,przyjaciół” Hardina trudno rozróżnić.  W oczy rzuca się jedynie różowowłosa Molly, którą Tessa przez całą powieść wytrwale nazywa ,,panią lekkich obyczajów” (właściwie to Tessa używa o wiele krótszego i zdecydowanie mniej kulturalnego określenia).

Hessa i bessa! A nie, czekajcie...

Do tej pory myślałam, że przeżuć i wypluć czytelnika może albo literatura ambitna, albo literatura popularna, traktująca o niełatwym zagadnieniu (tak dla zobrazowania drugiego określenia: przykładowo ,,American Psycho” Breta Eastona Ellisa i ,,Forbidden” Tabithy Suzumy przeżuły mnie i wypluły). Pomyłka. ,,After”, ze swoimi zawirowaniami i nieustanną burzą, też męczy. Ile można obserwować kłótnie i zbliżenia pary osiemnastolatków? Na pewno nie przez 584 strony. Ta rozwlekłość w opowieści przypomina mi ,,Bezmyślną” S.C. Stephens.

Zakończenie wzbudza mnóstwo odczuć, od współczucia do złości i rzuca całkowicie nowe światło na całą powieść. Zaryzykuję stwierdzeniem, że w prawdziwym świecie taki rozwój wypadków mógłby skończyć się tragicznie i ciekawi mnie, jak autorka dalej poprowadzi ten wątek. W pewien sposób jestem również zaskoczona takim finałem, bo wyłamuje się on ze schematycznej całości. Nawet jestem skłonna zaliczyć go na plus i przyznać, że zachęca on do sięgnięcia po kontynuację.

 Jeśli nie dla mnie, to dla kogo?

Jestem wielką fanką New Adult, ale taka odsłona tego gatunku niezbyt do mnie przemawia. Choć zrównałam ,,After” z ziemią, to jednak wiem, komu można ten tytuł polecić. Mogę śmiało powiedzieć, że będzie to perfekcyjny tytuł dla fanek erotycznego New Adult i takich powieści jak: ,,Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James (jej fanki szczególnie powinny spojrzeć na ,,After” łaskawszym okiem), ,,Bezmyślna” S.C. Stephens, ,,Piękna katastrofa” Jamie McGuire czy ,,Beautiful Bastard” Christiny Lauren. Czytałam wszystkie z wymienionych wyżej powieści i zdecydowanie ,,After” to tytuł, który należy do tej kolekcji dołączyć, jeśli się takową posiada.
Polski podtytuł dobrze oddaje zawartość książki. Ognisty romans nie tylko sparzył bohaterów, ale wręcz pozwolił im spłonąć. Najwyraźniej igranie z płomieniami nie skończy się tak szybko, bo seria obejmuje aż cztery tomy, z czego dwa są już wydane, a premiera trzeciego przewidziana jest na koniec grudnia. Ja odpuszczę sobie sięganie po kolejne części serii i zamiast tego zaspokoję swoją ciekawość darmowym fanfiction, które jest nadal dostępne w serwisie Wattpad.

Mówiąc krótko: przywitajcie się z nową E.L. James.

5 gru 2014

Stos bardzo przedświąteczny

Koniec roku bywa pracowity, co niestety owocuje zaniedbaniem bloga. Na szczęście cisza blogowa wieczna nie będzie - choć potrwa jeszcze przez chwilę. Tymczasem zostawiam was z czymś, co tygryski książkowe lubią najbardziej, czyli stos :).


Oto całokształt, który miał być choinką, ale stwierdził że, i tu cytuję ,,nie wygłupiaj się, nie jesteś Lidlem ani Tesco, czy inną galerią handlową, na akcenty świąteczne masz jeszcze czas". Fakt, poczekam z tydzień.

Tak prezentuje się ,,Revival" UK w pełnej krasie.
Tymczasem zaczynając od góry niedbałego stosu... Genialny ,,Marsjanin", którego już przeczytałam i będę chwalić w recenzji - już niedługo. Niżej ,,After", które w Polsce pojawi się w lutym 2015 roku pod tytułem ,,After. Płomień pod moją skórą". Za prawa do wydania powieści autorka zgarnęła niezłą sumkę, a ja, jako wytrwały tropiciel bestsellerowych fenomenów, po raz kolejny chcę się przekonać, czy to jeno rozreklamowana wydmuszka jest, czy coś naprawdę godnego uwagi. ,,Revival" to nasze polskie ,,Przebudzenie". Zastanawiałam się, którą edycję kupić, aż stanęło na brytyjskiej. Łatwo zgadnąć, że przy niezmienionej treści, po prostu chodziło o okładkę - a moim skromnym zdaniem, właśnie to wydanie najbardziej cieszy oko. Jeszcze niżej widnieje ,,Miniaturzystka", o której czytałam wiele dobrego i postanowiłam po nią sięgnąć. Trzy tomy ,,Sabriel", ,,Lirael" i ,,Abhorsen" wraz z magnetyczną zakładką, otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego. Ha, to prawie jak prezent od Mikołaja :). Moje zdanie o ,,Sabriel" możecie poznać [TUTAJ]. Tuż pod nimi rozsiadł się ,,Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety", który właśnie czytam. Na razie nic wam nie zdradzę na temat swoich odczuć ;). ,,The Retribution of Mara Dyer" to bardzo przeze mnie oczekiwany finał historii Mary. Nie jestem nim zachwycona, o czym możecie przeczytać [TUTAJ], ale samo wydanie ze specjalnym bonusem całkiem nieźle prezentuje się na półce. Ostatni, ale wcale nie mniej ważny jest tom wierszy ,,Noce waniliowych myszy", który będzie moim pierwszym spotkaniem z poezją Bukowskiego.

A tutaj mamy pierwszą edycję amerykańską w twardej oprawie. Wraz z autografem.