28 lip 2014

,,Wyspa na prerii" - Wojciech Cejrowski


Tytuł: Wyspa na prerii
Autor: Wojciech Cejrowski
Wydawnictwo, rok wydania: Zysk i S-ka, 2014
Ilość stron: 300
Cena: 45 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Zysk i S-ka


Do tej pory Wojciech Cejrowski zabierał nas w książkowe podróże do Amazonii. Tym razem zaprasza nas do… Arizony. Dawny Dziki Zachód – to coś nowego. Co tam robi autor, którzy przecież słynie z opowieści o zakątkach dzikich i egzotycznych? Na prerii ,,nicnierobienie” jest stanem bardzo pożądanym z pewnych względów. Co tam robi niestrudzony podróżnik, którego zupełnie nie kojarzymy z brakiem działania? Okazuje się, że preria również jest zakątkiem dzikim i egzotycznym, a ,,nicnierobienie” wcale nie idzie w parze z nudą i brakiem wrażeń, nie tam, co udowadnia Wyspa na prerii.

Dotychczas pisałem książki o Indianach z Amazonii – było dziko i egzotycznie. Ta jest o kowbojach z Arizony, i też będzie dziko i egzotycznie. Południe Stanów Zjednoczonych oraz dawny Dziki Zachód są zupełnie inne niż Nowy Jork, Chicago, Floryda czy Kalifornia. Preria zadziwia nawet tych, którzy dobrze znają Amerykę.
A gdyby ktoś chciał sprawdzić osobiście, czy jest tak jak tu opisałem, drogę znajdzie łatwo: wystarczy zjechać z autostrady, potem jeszcze raz zjechać, i znów zjechać, i tak do skutku – aż skończy się mapa i wylądujesz na polnej drodze, prowadzącej na jakieś rancho.
Rzecz dzieje się współcześnie, w Arizonie, tuż przy granicy z Meksykiem. Dziki Zachód dawno przestał być dziki, ale mieszkańcy prerii wciąż o tym zapominają. Preria jest trochę dzika, trochę niepiśmienna. Nie jest zacofana! Po prostu poszła w inną stronę niż nasza cywilizacja.
Posłuchajcie... 
opis: wyd. Zysk i S-ka

Pan Cejrowski w swoim barwnym, gawędziarskim stylu snuje opowieści o prerii i jej mieszkańcach. Z jego słów można wywnioskować, że darzy miłością tamtejszą naturę i społeczność – wystarczy posłuchać, z jaką sympatią o nich mówi, jak przymyka oczy na wady i współistnieje ze światem, nie szarpiąc się z nim. Jako osoba, która już wrosła w krajobraz Arizony, przytacza w książce historie z przeszłości, które zdumiewają, bawią, czasem szokują, czasem zakręcą łzą w oku i przede wszystkim zasiewają myśl: chciałabym tam zajrzeć, choć na chwilę. Wydaje mi się, że to też stanowi o wartości książki podróżniczej – nieważne, że opisuje trudną i czasem niebezpieczną drogę, ale i tak budzi choćby mały zew przygody u czytelnika. 

Na początku autorowi wcale nie było łatwo, bo preria rządzi się swoimi prawami i nieuważnego gościa może mocno poturbować. Kraina ,,nicnierobienia” przecież tętni życiem i wymaga od swoich mieszkańców niesłabnącej czujności. Trudne warunki pogodowe, dzikie zwierzęta, pustkowia, przeżarte przez termity meble i deski, które lubią rozpadać się w najmniej oczekiwanych momentach, pożerająca prawie wszystko rdza i docierający praktycznie wszędzie kurz – to elementy codzienności, które potrafią dać w kość. Autor odczuł to na własnej skórze i ochoczo dzieli się wspomnieniami z czytelnikami, robiąc to we właściwym sobie, dowcipnym tonie. Tak samo jak w poprzednich książkach, tak i w Wyspie na prerii nie brakuje wielu anegdot związanych z codziennym życiem - tym samym książka jest wręcz naszpikowana ciekawostkami. Na prerii czynności tak prozaiczne jak pranie i suszenie ubrań czy sprzątanie domu wymagają użycia odpowiedniej metody, bo inaczej wszystko może skończyć się fiaskiem. Zapoznawanie się z miejscowymi i odwiedziny u sąsiada również mają swoje małe ceremoniały, których lepiej przestrzegać, bo w tak trudnych warunkach przynależność do wspólnoty to skarb.

Skoro już o wspólnocie mowa – Wojciech Cejrowski przedstawia znane mu osoby, które spotyka w barze, na poczcie czy w sklepie. Zaprawieni przez życie w trudnych warunkach mieszkańcy prerii ponad wszystko cenią sobie międzyludzkie relacje, choć te nie zawsze i nie z każdym układają się perfekcyjnie. Stado – bo takim mianem określana jest ta społeczność – zna każdego swojego podopiecznego na wylot, jego nawyki, zwyczaje. Choć to twardzi ludzie, którzy wiedzą, kiedy sięgnąć po broń, to z drugiej strony nieobce są im żarty oraz wyczulenie na potrzeby drugiego człowieka. Związane ze ,,stadem” historie są jednym z najciekawszych elementów książki – śledzimy barwne życiorysy, romanse, rękoczyny, zabawy, niewybredne żarty, wypadki, pomysły, na które nikt inny by nie wpadł.

W przypadku Wyspy na prerii nie można zapomnieć również o oprawie graficznej. Po wewnętrznej stronie twardej okładki umieszczono ogólną mapę Arizony. Poszczególne duże rozdziały, księgi, zaznaczono zróżnicowaną czcionką oraz małym rysunkiem stanowiącym symbol prerii. Beżowe strony są zbrązowiałe na brzegach, tym samym imitując papier, nad którym nie ulitował się preriowy kurz. Dołączone zdjęcia cieszą oczy i aż szkoda, że nie ma ich więcej.

Wyspę na prerii czyta się – nie, pochłania! – z niesłabnącym zainteresowaniem. To chyba nic nowego, biorąc pod uwagę poprzednie książki tego autora: Gringo wśród dzikich plemion i Rio Anaconda. Co prawda Wyspa na prerii w niczym nie przerasta swoich poprzedniczek, ale im dorównuje. Zamiana dżungli na Dziki Zachód odbyła się bez uszczerbku, oferując równie fascynujące i barwne opowieści.

23 lip 2014

,,The Goldfinch/Szczygieł" - Donna Tartt


Tytuł: The Goldfinch
Autor: Donna Tartt
Wydawnictwo, rok wydania: Little, Brown and Company, 2014
Ilość stron: 890


Polskie wydanie
The Goldfinch [Szczygieł] ukaże się w Polsce wiosną 2015 roku nakładem wydawnictwa
Znak Literanova.

 
~~***~~


Zdobywca Pulitzera. Międzynarodowy bestseller. Powód, dzięki któremu zarówno krytycy, jak i czytelnicy zaczęli sobie skakać do gardeł. Jedni nazywają go fenomenem, drudzy nie mogą tego fenomenu zrozumieć. The Goldfinch autorstwa Donny Tartt – czy rzeczywiście można go tylko kochać albo nienawidzić? Cóż, jak w przypadku każdej książki budzącej takie emocje, można powiedzieć, że… prawda leży pośrodku.


Okładka w wydaniu, które posiadam, wygląda jak jedna wielka reklama. Upstrzona jest pojedynczymi określeniami wyrwanymi z recenzji, a jakby tego było mało, to wewnątrz książki można znaleźć cztery strony wypełnione nieco obszerniejszymi fragmentami. W samych superlatywach wypowiadają się m.in. Stephen King, The Times, Guardian, Vanity Fair, New York Times, Vogue, Observer, Daily Telegraph czy Independent. Padają takie słowa jak: ,,trzymający w napięciu”, ,,zadziwiający”, ,,mistrzowski”, ,,triumf”, ,,arcydzieło”, ,,wspaniały”. Trzeba przyznać, że już na wstępie zaostrza się czytelniczy apetyt, a i oczekiwania rosną.

Theo Decker, trzynastoletni nowojorczyk, podczas wizyty w muzeum cudem przeżywa zamach, w którym ginie jego matka. Opuszczony przez ojca, Theo zostaje przygarnięty przez rodzinę zamożnego przyjaciela. Oszołomiony swoim nowym, dziwnym domem na Park Avenue, poruszony zachowaniem szkolnych kolegów, którzy nie wiedzą, jak z nim rozmawiać i dręczony nieznośną tęsknotą za matką, Theo kurczowo trzyma się jednej rzeczy, która przypomina mu o niej: jest to mały, tajemniczo urzekający obraz wyniesiony z muzeum, dzięki któremu trafia w końcu do kryminalnego podziemia.
Jako dorosły, Theo sprawnie porusza się pomiędzy salonami bogaczy a zakurzonym labiryntem sklepu z antykami, w którym pracuje. Jest wyobcowany, zakochany - i w centrum niebezpiecznego kręgu, który zacieśnia się coraz mocniej.
The Goldfinch to hipnotyzująca powieść, która nie pozwoli ci zasnąć. Staromodna historia o stracie i obsesji, przetrwaniu i odkrywaniu siebie oraz o bezlitosnych machinacjach losu.
opis: wyd. Little, Brown and Company, tłumaczenie: własne

Mówienie o The Goldfinch nie jest szczególnie łatwym zadaniem. Zastanawiam się, od czego by tu zacząć… Tylko nie mówicie mi ,,zacznij od początku”, skoro jest on czymś na kształt trzęsienia ziemi. A potem, choć akcja nie gna na łeb i szyję, to i tak nie jest spokojniej. 

The Goldfinch (Szczygieł) 1654, C. Fabritius

Theo Decker dzieli swoje życie na etap Przed i etap Po, a punktem granicznym jest dla niego tragiczna śmierć matki. To właśnie do tego wydarzenia wraca pamięcią dorosły już bohater, przedstawiając czytelnikowi swoje ówczesne trzynastoletnie ,,ja” oraz podróż, która często stawała się dla niego ucieczką przed kimś i pogonią za czymś. Śledzimy jego losy oraz losy osób, które napotykał na swojej drodze. Bogata rodzina Barbour, która stała się dla głównego bohatera pierwszą przystanią; Pippa, która feralnego dnia również była w muzeum i na zawsze utknęła w umyśle Theo; jej opiekun oraz sprzedawca antyków, James ,,Hobie” Hobart; niezbyt wzorowy ojciec Larry Decker oraz jego dziewczyna Xandra; rozmiłowany w używkach Boris Pavlikovsky – każde z nich ma wpływ na dalszą drogę Theo.

The Goldfinch
to wielopłaszczyznowa powieść o życiu. I o śmierci. O żałobie. O tragedii. O sztuce. O nałogach. O zespole stresu pourazowego. O miłości. O pojmowaniu dobra i zła. O oszustwach. O rodzinie. O przestępczym półświatku. O trudnym dorastaniu. O dostrzeganiu sensu przykrych wydarzeń i o tym, czy może z nich wyniknąć coś dobrego. O bogatych i biednych. O Nowym Jorku. O Las Vegas. O Amsterdamie. Takich ,,o” jest zdecydowanie więcej. Tematyką można by obdzielić kilka mniejszych książek. Na dodatek każde z tych zagadnień zajmuje ważne miejsce i jest szczegółowo opisane. Co jeszcze mogę o The Goldfinch powiedzieć to to, że jest on świadectwem nie tylko ciężkiej pracy autorki, ale i jej wielkiej wyobraźni, która za punkt wyjścia obrała sobie obraz i stworzyła wokół niego praktycznie cały świat pocięty siatką międzyludzkich relacji. The Goldfinch nie stroni od trudnych tematów i filozoficznych rozważań. Cierpiący na zespół stresu pourazowego i pogrążony w żałobie Theo dąży do autodestrukcji, szamocząc się z życiem. Przechowywany potajemnie obraz stał się jego obsesją, ale i powodem do rozmyślań na temat prawdy i miejsca sztuki w życiu. Jego zmagania stają się symbolem człowieka, który pragnie tego, czego nie może mieć, bądź co bezpowrotnie utracił. Z kolei Boris wnosi refleksję na temat dobra i zła oraz szarości, których Theo początkowo nie potrafi dostrzec. Żal do siebie i do losu zaślepia go na wiele lat i dopiero postawienie przysłowiowego kroku w tył pozwala mu na dostrzeżenie pełnego obrazu jego życia, w którym tragiczne wydarzenia z czasem rodzą dobre sytuacje…

Tartt pisze dość rozwlekle, co nie wszystkim może przypaść do gustu. Oszczędność słowa? Krótkie, rwące się zdania? Nie tutaj. W The Goldfinch zdania często ciągną się przez kilka linijek, dodatkowo kryjąc w sobie wtrącenia. Oczywiście nie uważam tego za wadę, bowiem między innymi dzięki temu zabiegowi Tartt kreuje bogatą w wątki historię oraz barwny świat przedstawiony. Chodzi raczej o to, że zdarza jej się z tą obfitością przekroczyć granicę i wywołać u czytelnika przesyt. Ponadto pisarka skupia się na opisach, które czasem są zbyt drobiazgowe. Opowieść Theo pełna jest dygresji, a niektóre z jego przemyśleń są tak długie, że aż zaczynają nużyć. Potrzeba uwagi i skupienia, by móc śledzić tok myślenia głównego bohatera i sprawnie przesuwać się z wątku na wątek. Każdy nowy, bądź stary bohater, jego zmieniające się otoczenie oraz kolejne perypetie są traktowane przez autorkę jak odrębny obraz, któremu trzeba przyglądać się długo i wnikliwie. Każda scena to nowy obraz, przez co The Goldfinch można potraktować jako prywatne muzeum życia Theo Deckera.

Moja znajomość z The Goldfinch miała swoje wzloty i upadki, nie zaprzeczę. Bywały momenty, gdy wręcz nieprzytomnie się zaczytywałam, przewracając stronę za stroną i pochłaniając wydarzenia z życia Theo – ale bywały też momenty, przez które po prostu brnęłam. Jednak w chwilach kryzysu nie porzucałam książki, bo byłam piekielnie ciekawa dalszych losów Theo i pozostałych bohaterów, bo nie jest to coś, co można przewidzieć. Na dodatek pióro Tartt, sącząc opowieści do ucha, nie pozwala tak po prostu wyjść z tego złożonego i obszernego świata. Czytelnik chce tam być i łaknie kolejnych historii, nawet jeśli czasem czuje przesyt. W moim odczuciu ta powieść ma jedną wadę: wydaję się być miejscami przegadana, przez co czasem można odnieść wrażenie, że bardziej liczy się w niej sam potok słów niż historia, którą one opowiadają. Jednak, jak powszechnie wiemy, książki bez wad nie istnieją, a The Goldfinch jest bardzo dobrym dowodem na to, że brak perfekcji nie powinien zniechęcać do sięgnięcia po jakąkolwiek książkę.

Myślę: The Goldfinch, mówię: bogactwo. Bogactwo języka, bogactwo wyobraźni, bogactwo przemyśleń, bogactwo fabuły… Można by długo wymieniać. Ta powieść to papierowy skarbiec pełen perełek w postaci wielowymiarowych postaci, skrzących się niczym klejnoty inteligentnych dialogów i obrazów stworzonych starannymi pociągnięciami słów. Mimo, że Donna Tartt przedobrzyła tu i ówdzie, to nie można odmówić jej dużych umiejętności, dzięki którym wykreowała fantastyczną i wartościową opowieść, która z każdym przeczytanym rozdziałem budzi coraz większą ciekawość.

17 lip 2014

,,Fangirl" - Rainbow Rowell


Tytuł: Fangirl
Autor: Rainbow Rowell
Wydawnictwo, rok wydania: Macmillan Children's Books, 2014
Ilość stron: 464


Polskie wydanie
Prawa do wydania powieści Fangirl oraz Eleanor & Park zakupiło wydawnictwo Otwarte


 ~~***~~



Jeśli nie macie czasu albo ochoty na czytanie moich wynurzeń, to powiem wam tylko tyle: nie znalazłam w Fangirl wad. To perfekcyjna powieść dla nastolatków, zarówno tych starszych, jak i młodszych. A i pewnie wielu dorosłych będzie się świetnie bawiło w trakcie czytania. Ja większość czasu z tą książką spędziłam szczerząc się niczym Kot z Cheshire.

Cath i Wren są identycznymi bliźniaczkami, do niedawna wszystko robiły razem. Teraz wyjeżdżają na uniwersytet i Wren podejmuje decyzję, że nie chce dłużej być połową tej pary - Wren chce tańczyć, spotykać się z chłopakami i zaszaleć. Dla Cath to nie jest takie łatwe - ona z kolei jest chorobliwie nieśmiała i każdą chwilę poświęca na pisanie fanfiction o Simonie Snow. W fikcyjnym świecie zawsze wie, co powiedzieć i może stworzyć romans o wiele bardziej intensywny niż ten, którego doświadczyła w prawdziwym życiu. 

Bez Wren Cath jest zdana na siebie i musi wyjść poza swoją strefę komfortu. Poznaje swoją niemiłą współlokatorkę i jej przemiłego, zawsze będącego w pobliżu chłopaka, wykładowczynię kreatywnego pisania, która uważa, że fanfiction jest końcem cywilizowanego świata oraz przystojnego studenta, który chce rozmawiać wyłącznie o słowach... Na dodatek Cath nie może przestać martwić się o swojego tatę, który jest kochający i wrażliwy, i nigdy tak naprawdę nie był sam.
Teraz Cath musi podjąć decyzję, czy jest gotowa, by otworzyć swoje serce na nowych ludzi i nowe doświadczenia. Zdaje sobie też sprawę z tego, że musi nauczyć się o wiele więcej na temat miłości...
opis: wyd. Macmillan, tłumaczenie własne 

Teoretycznie można Fangirl zaliczyć do nurtu New Adult, bo mamy bohaterów od lat osiemnastu wzwyż, opuszczenie rodzinnego domu, szkołę, związki, tyle że… Fangirl jest tym, czym New Adult zazwyczaj nie jest. Nie ma tutaj scen erotycznych, nie ma złych chłopców, którzy mówią do swojej dziewczyny ,,maleńka”, nie ma wulgaryzmów, nie ma gorącego romansu, który kręci się wyłącznie wokół łóżka, nie ma sztucznie rozdmuchanych kłótni, nie ma płytkich jak kałuża bohaterów, którzy często w powieści tego typu są identyczni i nie ma ubogiej w wątki historii. Krótko mówiąc: Fangirl to anty-New Adult i powiew świeżości w książkach dla nastolatków.
Zastanawiałam się, do czego mogę przyrównać pióro Rainbow Rowell, by dać wam choć namiastkę tego, jak pisze. Po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że ma ona elementy wspólne z Johnem Greenem. Nietuzinkowi i oryginalni bohaterowie, inteligentny humor, nastoletnie lata zmagające się z dorosłymi problemami, budujące w ten sposób wielowątkową historię… Jednak o ile Green czasem zatraca się w oryginalności swoich postaci, tworząc osoby tak niepowtarzalne, że wręcz niemożliwością jest spotkanie ich w normalnym życiu, o tyle nietuzinkowość u Rowell pozwala na identyfikowanie się z bohaterami i stwierdzenie ,,o, to ja!” albo ,,to osoba, którą znam!”.

Uwielbiam absolutnie każdą postać, którą stworzyła Rowell. Lubię ich dobre strony, akceptuję ich wady i małe dziwactwa, co więcej, mam ochotę przedrzeć się przez karty powieści i przybić im piątkę. Główna bohaterka, Cath jest… nietypowa. Miewa ataki paniki, jest nieśmiała i gdyby mogła, to od razu zamieszkałaby w fikcyjnym świecie magów, na punkcie którego ma ,,lekką” obsesję. Jednocześnie jest sympatyczna, rozważna i ma przebogatą wyobraźnię. Każdy, kto uwielbiał bądź nadal uwielbia Harry’ego Pottera, będzie z powodzeniem mógł się z nią utożsamić. Wspólny język z nią znajdą również osoby, które mają zadatki na introwertyków i/lub kochają książki. Według mnie to perfekcyjna książkowa przyjaciółka. Wycofanie Cath może i nie zjednuje jej mnóstwa przyjaciół, ale za to nie może narzekać na nudę z rodziną i znajomymi, których posiada. Bliźniacza siostra Wren, która jakby odurzyła się wolnością, nieco zagubiony w nowym etapie życia tata, rozstawiająca wszystkich po kątach współlokatorka Reagan, pisarski partner Nick i Levi… Levi sympatyczny, Levi-jestem-miły-dla-wszystkich, Levi – jedna z niewielu osób, którą Cath jest skłonna wciągnąć do swojego świata. Relacja Cath i Leviego jest urocza. Tak, to słowo idealnie oddaje to, co się pomiędzy nimi dzieje. Przyjaźń i nieśmiała fascynacja idą ręka w rękę z akceptacją i otwieraniem się na drugiego człowieka. Dawno nie obserwowałam poprzez powieść tak spokojnego i słodkiego związku.

Nie zapomnijmy też o historiach, które Fangirl celebruje. Tych zmyślonych i tych prawdziwych. Twórczość Cath stanowi nieodłączny element powieści, nawiązując do wydarzeń w jej życiu oraz, przede wszystkim, do jej ukochanej serii o Simonie Snow. A Simon, o tym musicie wiedzieć, jest dla świata Cath tym, czym dla nas jest Harry Potter. Wydaje mi się, że to sporo wyjaśnia. W Fangirl pojawia się wiele spostrzeżeń na temat pisania w ogóle, jak i konkretnych przemyśleń dotyczących fanfiction, co jest aktualną tematyką, biorąc pod uwagę rosnącą popularność historii, które powstały na bazie fikcji fanowskiej.
Bohaterka obserwuje świat poprzez opowieści w swojej głowie. Dystans, powiedzmy sobie szczerze, jest jej potrzebny, głównie ze względu na trudną sytuację rodzinną. Rowell rozpoczyna powieść dość niewinnie – ot, nieśmiała fanka serii o czarodzieju musi wyjść ze swojej skorupy i wkroczyć do świata studentów. Jednak im bardziej poznajemy Cath, tym więcej głębi nabiera historia. Jak na powieść w domyśle kierowaną do nastolatków, Fangirl dobrze radzi sobie z trudnymi tematami – rozstanie, depresja (czy szerzej – problemy o podłożu psychicznym), samotne rodzicielstwo, szybkie dorastanie – i na dodatek sprawnie łączy je z elementami lżejszymi. Wiadomo, nie jest to powieść wybitna, zmieniająca światopogląd, ale ja bez chwili wahania zaliczę ją do grupy ulubionych historii. To wzorowa książka dla nastolatków i przez taki pryzmat ją oceniam.

 Fangirl skradła moje serce i przypomniała mi o tych dniach, gdy niecierpliwie czekałam na premierę kolejnego tomu o nastoletnim czarodzieju. Cath po cichu marzyła o tym, by trafić do magicznego świata; przekonajcie się sami, co się stało, gdy magia zrodzona z fikcji i wyobraźni trafiła do niej… Jeśli kiedykolwiek byliście fankami bądź fanami fikcyjnego świata, który pochłaniał was i ubarwiał nie zawsze łatwą rzeczywistość – ta książka jest dla was.

Wiecie, jaka była moja pierwsza myśl po skończeniu Fangirl i odłożeniu jej na półkę? By ponownie po nią sięgnąć i zacząć czytać od nowa.

I niech to będzie dla was najlepsza rekomendacja.


__________

http://reblogbookclub.tumblr.com/post/61881266443/foralllove-have-some-fan-art-for-fangirl-by
http://www.lauracatoe.com/2013/10/fangirl-fanart.html
http://anime-buddha.tumblr.com/post/60995648277/fangirl-the-movie-starring-zooey-deschanel-and
http://rainbowrowell.tumblr.com/post/86599905641/paln-k-fanception-by-me-palnk-on-da-fanart

14 lip 2014

,,Maybe someday" - Colleen Hoover

 
Tytuł: Maybe someday
Autor: Colleen Hoover  
Wydawnictwo, rok wydania: Atria Books, 2014  
Ilość stron: 367

Polskie wydanie
 
 
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: [zapowiedź] 13 maja 2015
Ilość stron: 440
Cena: 36,90 zł


~~***~~

Moje ostatnie spotkanie z panią Hoover niestety nie może zostać zaliczone do udanych. Finding Cinderella zawiodło mnie i to mocno. Mając jednak w pamięci wrażenie, jaki wywarła na mnie Pułapka uczuć oraz Hopeless, zdecydowałam się dać tej autorce kolejną szansę. Mój wybór padł na Maybe someday.

W wieku dwudziestu dwóch lat Sydney Blake prowadzi idealne życie: studiuje muzykę, ma pewną pracę, jest zakochana w swoim cudownych chłopaku, Hunterze i mieszka ze swoją przyjaciółką, Tori. Jednak wszystko się zmienia, gdy Sydney odkrywa, że Hunter zdradza ją z Tori i musi podjąć decyzję ,,co dalej?".

Sydney zostaje oczarowana przez swojego tajemniczego sąsiada, Ridge'a Lawsona. Dziewczyna nie może oderwać od niego wzroku ani przestać słuchać jego codziennej gry na gitarze. Czuje harmonię w jego muzyce. Jest też coś, czego Ridge nie umie zignorować w Sydney: wydaje mu się, że w końcu znalazł swoją muzę. Kiedy nadchodzi ich nieuniknione spotkanie, odkrywają, że potrzebują siebie nawzajem z kilku różnych powodów...
tłumaczenie: własne, opis: wyd.Atria

Teraz, będąc po lekturze Hopeless, Pułapki uczuć, Finding Cinderella oraz Maybe someday, doszłam do następującego wniosku: Colleen Hoover ma u mnie wielkiego plusa za to, że wśród eksploatowanych do bólu motywów New Adult, stara się stworzyć coś nowego i nie polega wyłącznie na recyklingu cudzych pomysłów. Tworzy własne historie, choć zdarza jej się tu i ówdzie dorzucić momenty, które chyba już gdzieś widzieliśmy… Cóż, to tak, jak z komediami romantycznymi – jest w nich kilka wyświechtanych scen, które jednak wszyscy kochamy.

W przypadku tej powieści niebagatelną rolę odgrywa muzyka (podobny zabieg wykorzystano w Pułapce uczuć, tyle że tam ważna była poezja). Najważniejsze wyznania tworzone są w formie piosenek i mówią o tym, o czym bohaterowie obawiają się powiedzieć wprost. Sam muzyczny wątek może i nie robiłby takiego wrażenia, no bo ilu chłopaków z gitarą przemieliło już New Adult (?), gdyby nie fakt, że główny bohater odbiera muzykę w sposób, o jakim większość z nas w ogóle nie myśli. Byłam autentycznie zaskoczona postacią Ridge’a oraz tym, że autorka podjęła się takiego tematu, który wymaga i wrażliwości, i, nie ma co ukrywać – wiedzy. Nie przypominam sobie, bym wcześniej spotkała takiego bohatera, a już na pewno nie ma takiego drugiego Ridge’a w całym New Adult. Naprawdę. Fascynujące było poznawanie jego spojrzenia na muzykę.

Jeśli jestem już przy postaciach, to nie mogę pominąć Sydney, która jest… prawdziwym wulkanem emocji. Jeśli się wścieka – to lepiej nie być przyczyną jej wściekłości, bo można stracić zęby. Jeśli jest smutna – to łzy leją się co kilka linijek. Ma dziewczyna temperament, co udowadnia już na pierwszych stronach powieści. Interesująca jest obserwacja tego wulkanu w towarzystwie Ridge’a, tego, jak się przy nim wycisza i jak łagodnieje pod wpływem muzyki. Choć bywała narwana, to muszę przyznać, że ją polubiłam. Mimo wszystko ma dość oleju w głowie i jest wrażliwa na cudzą krzywdę, choć zdarza się, że jej dobrze cechy zagłusza zbytnio cięty język. Ich relacja jest spokojna, wyważona. Więź stworzona z muzyki zaczyna wybrzmiewać uczuciami, które coraz głośniej słychać. Burzliwie robi się dopiero pod koniec.

To, co można zauważyć w Maybe someday to fakt, że Hoover z książki na książkę pisze coraz lepiej. Przez historię, którą opowiada, płynie się praktycznie bez wysiłku. Lekkie pióro autorki kreuje sylwetki bohaterów, buduje lokacje i skupia się na niuansach relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami. Drugi punkt to wyczuwalna dojrzałość – nie ma tutaj wrzeszczącego ,,dopiero cię zobaczyłam, a już cię kocham!” i związanego z tym nienaturalnego zachowania bohaterów; można powiedzieć, że w Maybe someday autorka poskromiła swojego pecha do początków powieści. Najwidoczniej postawienie na dorosłych zamiast na nastolatków, wyszło jej na zdrowie.

Maybe someday jest dobrze napisane i sprawnie poprowadzone, więc dlaczego się nie zachwycam? Cóż, brakowało mi tej ,,iskry”, która sprawiłaby, że byłabym równie rozemocjonowana co Sydney. Podczas gdy Pułapka uczuć igrała ze mną, Maybe someday owszem, wciągnęło mnie w swój świat, ale nie zrobiło nic ponad to. Wszystko tutaj jest poprawne, ale brakowało mi w tym emocji. Wiem, że Hoover potrafi łamać serca swoim czytelniczkom, dlatego takie ,,może być” w jej wykonaniu mi nie wystarcza. Z drugiej strony: dobrze by było, gdyby każdy podszedł do tej wady indywidualnie, bo może okazać się, że w miejscu, w którym ja nie poczułam więzi z bohaterami, ktoś inny będzie ocierał łzy wzruszenia. Dlatego nie podchodźcie do lektury z myślą ,,rany, będę obojętna na ich losy, nic nie poczuję, łezki nawet nie uronię”, bo takie nastawienie może zepsuć całą przyjemność czytania. Ja tylko cicho ostrzegam, że taka opcja istnieje, ale nie jest to reguła. Może po prostu wolę, gdy Hoover celuje do mnie z cięższego kalibru.

Maybe someday potwierdza to, co już wszyscy wiedzą: Colleen Hoover rozgościła się w New Adult na dobre i nie zamierza oddawać korony nikomu. Rzesza jej fanek rośnie z dnia na dzień i wcale mnie to nie dziwi, bo choć jej książki nie są idealne, to jednak mają najwięcej do zaoferowania, jeśli chodzi o tę kategorię powieści.

Historia Sydney i Ridge’a jest nierozerwalnie spleciona z muzyką; niektóre melodie będą brzmiały znajomo, inne z kolei delikatnie poruszą czułe struny w waszych sercach. Ta piosenka o niełatwej miłości zachwyci zarówno romantyczki, jak i osoby, które lubią twardo stąpać po ziemi. Colleen Hoover doskonale wie, jak tworzyć nietuzinkowe pary i poruszające historie.

11 lip 2014

Mara Dyer w Polsce [Mara Dyer. Tajemnica]




Dzień w sumie dobry,


Na dniach możecie spodziewać się recenzji Maybe Someday Colleen Hoover, tymczasem dziś uprzejmie donoszę, iż zostanie wydana w Polsce trylogia o Marze Dyer. Tom pierwszy zatytułowany jako Mara Dyer. Tajemnica pojawi się najprawdopodobniej 10 września! Na stronie Grupy Wydawnicznej Foksal zamieszczono opis, okładkę oraz ilość stron - 480. Dodatkowo warto nadmienić, że powieść pojawi się pod szyldem YA!.


Piszę o tym, ponieważ kiedyś recenzowałam dwie powieści o pannie Dyer: [TUTAJ] znajdziecie recenzję pierwszego tomu a [TUTAJ] drugiego. Zrobiły na mnie spore wrażenie, co nie zdarza się często, jeśli chodzi o paranormalne młodzieżówki i myślę, że warto je ponownie polecić w ramach nadchodzącej polskiej premiery.

Oto okładka, która (przynajmniej teraz) funkcjonuje jako oficjalna:

Large_MaraDyerTajemnica

Opis ze strony wydawnictwa:

Światowy bestseller czytany przez miliony  czytelniczek zakochanych w parze bohaterów.

Każdy kryje w sobie tajemnicę, wystarczy ją obudzić.


Kim jest Mara Dyer?
W tajemniczych okolicznościach giną dwie dziewczyny, przyjaciółki głównej bohaterki. Wygląda na to, że ich śmierć została przepowiedziana, ktoś wiedział co się wydarzy.

Powieść z paranormalnym twistem i przesłaniem: pozory mylą. Spodoba się nastolatkom płci żeńskiej, szczególnie, że główna bohaterka – wbrew przestrogom - zakochuje się w najbardziej nieodpowiednim i intrygującym chłopaku ze szkoły.

Michelle Hodkin – opowiada o sobie: w wieku szesnastu lat, straciłam prawa do własnej duszy, grając w pokera z piratami na południe od Natchez. Wkrótce potem dołączyłam do trupy i podróżowałam po świecie. Wszystko to działo się przed napisaniem pierwszej powieści The Unbecoming of Mara Dyer. Uprzedzam, że nie jestem wiarygodnym narratorem własnego życia.


_____
http://theunbecomingofnoahshaw.tumblr.com/
http://sklep.gwfoksal.pl/mara-dyer-tajemnica.html

9 lip 2014

,,Zaczaruj mnie" - Karolina Frankowska

Tytuł: Zaczaruj mnie
Autor: Karolina Frankowska
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Literackie, 2014
Ilość stron: 328
Cena: 38 zł - wersja papierowa
29,90 zł - ebook
Seria: z fasonem


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Literackie


Od czasów serialu Przyjaciele nie opowiedziano takiej historii o przyjaźni i miłości! Literacki debiut Karoliny Frankowskiej, która stworzyła serialową prawniczkę Agatę Przybysz uwielbianą przez miliony widzów. Teraz opowie nową, wciągającą historię – poznajcie Zosię, Bartka i Kaśkę.

Świeżo upieczona magister psychologii Zosia ma masę planów na przyszłość, ideałów, zapału  i… boleśnie zderza się z rzeczywistością. Zamiast wymarzonej pracy w zawodzie psychoterapeuty ląduje w biurze doradztwa zawodowego wątpliwej renomy, jej finanse to jedna wielka katastrofa, a dodatkowo nie wiedzie się jej w miłości. Aby sprowokować szczęście do małego uśmiechu, postanawia uciec się do starego, sprawdzonego sposobu - wystarczy zapisać swoje marzenie na karteczce i zakopać bez ujawniania treści.  Dobrze, że w chociaż tej sprawie może liczyć na pomoc Kaśki i Bartka - swoich przyjaciół ze studiów. Cała trójkę poznajemy w momencie, gdy tłumaczą się policjantom, co robią wieczorem w parku z butelką wina i …saperką. Wydaje się, że gorzej już być nie może … A tymczasem magiczna sztuczka najwyraźniej zaczyna działać! Zosia po kilku dniach dostaje propozycję pracy. Psycholog-konsultant na planie popularnego serialu, to brzmi świetnie!
opis: wyd. Literackie


Zaczaruj mnie to trzeci tom Serii z fasonem, której hasło przewodnie głosi, iż jest to ,,dobrze skrojona literatura kobieca". Tym razem, dzięki Karolinie Frankowskiej przenosimy się do Warszawy, by śledzić zakręcone losy ,,sekretnej trójki", którą poznajemy właśnie w trakcie... zakopywania sekretów w parku.

Szukający własnej drogi w życiu lekkoduch Bartek, flirciarska charakteryzatorka Kasia i pogrążona w rozterkach pani psycholog Zosia to grupa przyjaciół, pomiędzy którymi iskrzy a nawet dochodzi do spięć. Mieszanka tak różnych charakterów i temperamentów owocuje kłótniami i morzem nieporozumień, jednak w razie problemów, nikt tak jak oni nie jednoczy sił. Ich barwna, ale i niepozbawiona ciemnych plam przyjaźń dostarcza czytelnikowi sporo rozrywki. Im z kolei wrażeń dostarcza życie - nowa praca, nowa miłość i nowa przyjaźń chadzają pod rękę z wypadkiem, kompromitacją i rozczarowaniem. 

O ile Bartek i Kaśka są osobami, z którymi można się zaprzyjaźnić, o tyle Zośka… No właśnie. Nie wydaje mi się, że ktoś taki jak ona – porywczy, oceniający i wybuchowy jest dobrym materiałem na psychoterapeutę. Gdy bliscy przychodzą do niej ze swoimi problemami – w większości otrzymują ochrzan i trzaskanie drzwiami, okraszone zadartym nosem i niepochlebnymi myślami. Dziwi to tym bardziej, że Zosia potrafi włączyć swoje ,,ucho do ludzi” i na podstawie kilku, trudnych do uchwycenia szczegółów, prawidłowo ocenić ich stan. Empatyczna i racjonalna strona bohaterki podobała mi się o wiele bardziej. Ponadto zdaję sobie sprawę tego, że problemy obcych i bliskich budzą różne emocje, ale wydaje mi się, że Zofia, jak nikt inny na świecie, powinna rozumieć, że w zamian za zaufanie i zwierzenie się z problemów należy ofiarować wsparcie i spokój, nie kolejny kubeł lodowatej wody. Zośka, leżącego się nie kopie i powinnaś o tym wiedzieć.

Nie ma co ukrywać, że powieść jest raczej przewidywalna i wszystkie wątki toczą się w stronę nieubłaganego szczęśliwego zakończenia. Z jednej strony można to potraktować jak minus, ale z drugiej… jako plus. Otóż doły i dołki, w której wpadają bohaterowie, są nam dobrze znane z życia – problemy z pracą, rodziną, związkami, a Zaczaruj mnie wraz z solidną dawką optymizmu udowadnia, że z każdej trudnej sytuacji można się wygrzebać. W końcu nic nie podnosi na duchu lepiej, niż szczęśliwe zakończenie. W zależności od tego, czy szukacie w powieści nieszablonowości czy podniesienia na duchu, będzie to dla was wada albo zaleta. 

Czytanie każdego kolejnego rozdziału Zaczaruj mnie przypomina oglądanie kolejnych odcinków serialu obyczajowego. Cały czas coś się dzieje, każdy bohater przeżywa kolejne zawirowania, a ich wątki wymieniają się i splatają. Choć mamy główną trójkę postaci, to na dobrą sprawę w niczym nie ustępują im bohaterowie drugoplanowi, którzy wyraźnie zaznaczają swoją obecność na scenie - mama i brat głównej bohaterki, przystojny i popularny aktor, samotny staruszek, sympatyczna pani doktor, upierdliwy szef, uliczny handlarz, osiedlowy dres i na dokładkę... wyjątkowo jazgotliwy pies. Taka dość ,,serialowa” budowa powieści nie dziwi, bowiem autorka, Karolina Frankowska jest scenarzystką i pracowała m.in. nad Kryminalnymi, Nową, Komisarzem Aleksem, Prawem Agaty i nadchodzącymi Strażakami.

Zaczaruj mnie to powieść z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, która dobrze nadaje się na plażę bądź jako osłoda nudnego popołudnia. Wydaje mi się, że powinna ona przypaść do gustu fanom seriali, którzy uwielbiają śledzić miłosne wzloty i upadki bohaterów, osadzone w znanej, polskiej scenerii. To książka, która, tak samo jak pochodzące z tej samej serii Jajko z niespodzianką, łączy w sobie elementy i wątki znane zarówno z wielu polskich seriali, jak i samego życia. Jeśli szukacie niewymagającej powieści, która pozwoli wam się zrelaksować, to myślę, że powinniście dać się jej zaczarować.
__________
zdjęcie: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/strona/58/Od-ksiazki-do-serialu/

7 lip 2014

,,Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero" - Magdalena Rittenhouse


Tytuł: Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero
Autor: Magdalena Rittenhouse
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Czarne, 2013
Ilość stron: 400
Cena: 49,90 zł - wersja papierowa
29,90 zł - ebook
Seria: Amerykańska


~~***~~


Czy holenderscy osadnicy naprawdę kupili Manhattan od Indian za garść paciorków? Czemu budową Brooklińskiego Mostu kierowała kobieta bez inżynieryjnego wykształcenia? Co późną nocą robiła grupa bankierów uwięzionych w bibliotece pełnej drogocennych rękopisów? Magdalena Rittenhouse odpowiada na te pytania błyskotliwie i z pasją łącząc reporterską rzetelność z dociekliwością miłośnika historii i miejskiego przewodnika. Pisze o współczesnych reklamach przy Times Square i o legendarnym założycielu „New Yorkera”, po trosze hipisie, a po trosze chasydzie; opowiada o wielkich transakcjach finansowych i najdroższych sukienkach, których prototypy powstają w kuchenkach mikrofalowych. Spacerując po mieście, przemieszcza się w przestrzeni i czasie i układa ze swych opowieści wielobarwny kolaż. Efektem jest książka, która zaprasza do wędrówki po tym fascynującym, mitycznym i wciąż nieznanym mieście.
 opis: wyd. Czarne


Miasto-legenda, które niezmiennie fascynuje kolejne osoby, kolejne pokolenia. Nowy Jork. Czy można w jakikolwiek sposób wytłumaczyć jego fenomen? Okazuje się, że tak. Magdalena Rittenhouse w swojej książce Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero zabiera czytelników na wyprawę w czasie i przestrzeni.

Na początku nie mogę nie wspomnieć o oprawie graficznej. Twarda okładka utrzymana jest w charakterystycznym stylu Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarnego. Wewnątrz książki każdy z dużych rozdziałów wita nas dwoma bądź trzema czarno-białymi fotografiami i cytatami z literatury dotyczącymi Nowego Jorku. Na okładkowej wklejce z kolei zamieszczono mapę, na której zaznaczone są obiekty, o których mowa w książce. Dla zainteresowanych dodam, że zdjęcie zamieszczone na okładce, w całej krasie prezentuje się tak:


O oprawie cieszącej oczy już się wypowiedziałam. A jak jest z treścią? Cóż... Jest fantastyczna. Magdalena Rittenhouse wyjaśniła mi fenomen tego miasta. Po prostu. Nie ma już mglistego ,,bo tak", jest poparte doświadczeniem ,,dlatego". I mimo tych wyjaśnień, mimo podróży od źródeł do najwyższych wieżowców - magia nadal pozostała. Mimo opowieści o ryzyku i niebezpieczeństwie, o tych, którym się nie udało - magia nadal pozostała. A nawet jakby się wzmocniła, bo z książki wyłania się obraz mieszkańców i ich Miasta, które potrafi podnieść się po każdym ciosie.

Śledzenie historii Nowego Jorku pomaga zrozumieć, dlaczego dla wielu osób akurat to miasto jest oazą marzeń i uosobieniem amerykańskiego snu. Otóż na część nowojorskiej magii składa się dewiza ,,od pucybuta do milionera” – bo chyba nigdzie indziej, jak tylko w Mieście, drobny handlarz miał szansę na odmianę swojego losu, a artysta na zdobycie oszałamiającej sławy. Czasem wystarczyło do tego szczęście, ale najczęściej wymagało to czasu i wysiłku. Nie można też zapomnieć o mrocznej stronie tego snu – nie każdemu udawało się wspiąć na szczyt. Sylwetki bohaterów wpisane w pnące się ku niebu miasto uświadamiają najważniejszą rzecz: Nowy Jork to przede wszystkim ludzie. Mnóstwo, mnóstwo ludzi, z których każdy na swój sposób pragnie bogactwa – dla jednych to pieniądze, dla innych wiedza, dla kogoś księgozbiór, ktoś woli wspólnotę, inny zabytki bądź różnorodność. Tutaj koło się zamyka, bo z takich ludzi i ich pragnień nie mogło powstać nic innego, jak tylko tętniące życie miasto, do którego tęsknią nawet ci, którzy nigdy w nim nie byli.

Nowy Jork nazywany jest tyglem narodów, a Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero Magdaleny Rittenhouse to tygiel informacji, kopalnia wiedzy na tematy wszelakie z Miastem związane. Ogromowi pracy, jaki włożyła w książkę autorka, nie da się zaprzeczyć. Niedowiarkom niech wystarczy chociażby fakt, że sama bibliografia ma dziesięć stron. Pogrupowane rozdziałami książki, strony internetowe, artykuły, filmy w języku polskim, jak i angielskim zdradzają czas poświęcony na przygotowania i napisanie tego swoistego kompendium. A przecież nie można też zapomnieć o ludziach, z którymi pani Rittenhouse rozmawiała. Gołym okiem widać, że mamy do czynienia z rzetelną pracą, która opiera się na konkretnych źródłach i faktach.

Uwielbiam takie książki, poszerzające horyzonty i ,,wysyłające w świat”, które wręcz zmuszają do tego, by je odłożyć w trakcie czytania i szukać dodatkowych informacji na własną rękę. Lektura Nowego Jorku nie zezwala na powolne notatki i późniejsze poszukiwania, ona narzuca czytelnikowi tempo nowojorskiego przechodnia – szybko, szybko. Szybko sprawdzaj, szybko wracaj. Stwierdzenie, że ta książka wciąga, to niedopowiedzenie. Odkładałam ją, by dać umysłowi odpocząć od korowodu nazwisk, dat i miejsc, po czym kilka chwil później znów łapczywie pochłaniałam kolejne strony. Ona infekuje potrzebą tego, by wiedzieć już. Każdą anegdotę, każdą ciekawostkę. Trzeba przyznać, że autorka posiada niebywały talent, skoro przy tak gigantycznej ilości wiadomości nie dość, że nie zniechęca to jeszcze rozbudza ciekawość.

Nowy Jork to książka, która wymaga od czytelnika uwagi, skupienia i współpracy. Nawiązuje z nim dialog i bezczynności nie lubi. Daje coś od siebie i w zamian żąda tego samego. To nie jest lekka lekturka, którą można ze znudzeniem przekartkować, ale za to jest w stu procentach warta zaangażowania poświęconego na jej przeczytanie.

Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero to rewelacyjna pozycja dla tych, którzy już uwielbiają Miasto, bądź chcą się w nim zakochać. Dla tych, którzy już chodzili tymi ulicami i dla tych, którzy dopiero o tym marzą. Dla tych, którzy mają ochotę na interesujący dialog z równie interesującym Miastem, jego historią i mieszkańcami. Słowem: dla wszystkich, którzy cenią sobie dobrą i rzetelną literaturę. Polecam z całego serca.
_______
zdjęcie pochodzi z: http://vintagemanhattanskyline.tumblr.com/page/8

2 lip 2014

,,Losing It/Coś do stracenia" - Cora Carmack

Tytuł: Losing It
Autor: Cora Carmack
Wydawnictwo, rok wydania: Ebury, 2013
Ilość stron: 280


 Polskie wydanie

 Tytuł: Coś do stracenia
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 18 czerwca 2014
 Ilość stron: 304
Cena: 32,90 zł
Seria: Coś do stracenia, tom 1



~~***~~


Bestseller "New York Timesa" i "USA Today" 
Bliss Edwards jest miła, sympatyczna i poukładana. Studiuje na ostatnim roku aktorstwa w college'u. Ma fantastycznych przyjaciół i... wciąż jest dziewicą. Wkurzona tym, że jako jedyna z licznego grona znajomych nigdy nie uprawiała seksu, Bliss postanawia rozwiązać problem. Koniecznie ZANIM odbierze dyplom i zostanie pierwszą kobietą, która opuściła mury uczelni nietknięta. Plan jest prosty - iść do pubu, poderwać przystojnego nieznajomego, oddać mu się, a potem nigdy więcej go nie spotkać. 3 razy zet. Znaleźć, zaliczyć, zapomnieć. Nic jednak nie idzie tak, jak powinno. Bliss panikuje i zostawia nowopoznanego, szalenie przystojnego i zupełnie nagiego faceta we własnym łóżku. I to pod pretekstem, któremu nie dałby wiary nawet ogórek po lobotomii. Jakby tego było mało, następnego dnia okazuje się, że jedne z zajęć w jej grupie poprowadzi nowy wykładowca. Mężczyzna, którego porzuciła w środku nocy i którego miała nadzieję nigdy więcej nie spotkać.
opis: wyd. Jaguar


Romans uczennicy z nauczycielem nie jest zbytnio oryginalnym tematem powieści i szczególnie w ostatnim czasie zyskuje na popularności. Sięgnęła po niego chociażby Colleen Hoover w Pułapce uczuć,Unteachable, Sara Shepard w serii Pretty Little Liars.


Jeśli liczycie na sekretny i burzliwy romans, który sprawi, że będziecie niecierpliwie przewracać kolejne strony, by dowiedzieć się, jak potoczy się historia Bliss i Garricka... to srogo się rozczarujecie. Coś do stracenia jest przewidywalne od początku do zakończenia. To samo w sobie nie byłoby taką wielką wadą, bo przecież istnieją przewidywalne książki, które wciągają. Niestety, do tej powieści nie miało mnie co wciągnąć, powiem więcej - wynudziłam się śmiertelnie podczas lektury. Nie zainteresował mnie główny wątek romansowy, a już na pewno nie zrobiły tego ledwie zarysowane wątki poboczne. Romans nie jest ani płomienny, ani w ogóle nie działa na wyobraźnię. Jeszcze w trakcie czytania mogłam bezczelnie wskazać paluchem, gdzie nasze gołąbki się pokłócą, gdzie się pogodzą i kiedy do akcji wkroczy potajemnie zakochany przyjaciel. Zwroty akcji? Calutkie, okrągłe... zero. Wątek szkoły aktorskiej istnieje tylko po to, by połączyć Bliss i Garricka. Bohaterowie nie wzbudzają żadnych uczuć – czy to pozytywnych, czy negatywnych, pewnie dlatego, że są wyłącznie imionami na kartkach. Bliss egzystuje wyłącznie dzięki swoim wpadkom i szkole aktorskiej, bez tego rozpłynęłaby się w powietrzu. Garrick ma za to przebogatą paletę zainteresowań: jest nauczycielem, Brytyjczykiem i czyta książki. Zasadniczo to by było na tyle, bo reszta jest jeszcze mniej barwna. Nie mają żadnej historii, żadnej przeszłości, żadnych rodzin – na dobrą sprawę nie mają życia.

A mogło być tak interesująco! W końcu sam opis ma posmak kontrowersji. Myślałam, że historia Bliss albo mnie rozbawi, albo wywoła ceglaste rumieńce na moich policzkach, albo zrobi jedno i drugie. Zgrzyt, zgrzyt, nie zrobiła ani jednego, ani drugiego. Czy jest jednak coś, co mogę zaliczyć na plus? W końcu jakieś New Adult bez wielkiego dramatu w tle. Choć może w przypadku Czegoś do stracenia dramat byłby pożądany, bo nadałby pikanterii… Autorka spróbowała ratować mdłą historię i ubarwić ją humorem. Niestety, ale należy on raczej do kategorii ,,niemrawego uśmiechu” zamiast ,,nieposkromionego chichotu”. Na niektóre wpadki Bliss patrzy się z politowaniem, inne z kolei są w stanie delikatnie rozbawić czytelnika.

Przeczytanie tej powieści zabrało mi pół dnia i wymagało dużej ilości samozaparcia. Gdyby nie mój ośli upór, to pewnie porzuciłabym ją w połowie i podczytywała w małych ilościach przez kolejny miesiąc. I nawet nie chcę wspominać o atakach ziewania, które zjawiały się wraz z każdym nowym rozdziałem. Chyba najtrafniejsze będzie stwierdzenie, że Coś do stracenia to zdecydowanie gorsza wersja Pułapki uczuć. Też posiada romans uczennicy z nauczycielem, ale poza tym brakuje jej uroku, interesujących bohaterów i nie wzbudza żadnych emocji. 

Liczyłam na odważną historię, która podjęłaby temat ,,pierwszego razu” z humorem, ale i refleksją na temat relacji międzyludzkich. To naprawdę nie są zbyt wysokie wymagania dla powieści z założenia ,,lekkiej, łatwej i przyjemnej”. To minimum, jakiego się spodziewałam po Czymś do stracenia. Niestety, ten tytuł nie przeskoczył poprzeczki, która oddziela interesujące tytuły New Adult od tych miałkich i nijakich.