30 cze 2014

,,One Tiny Lie/Jedno małe kłamstwo" - K.A. Tucker [przedpremierowo]


Tytuł: One Tiny Lie
Autor: K.A. Tucker
Wydawnictwo, rok wydania: Atria Books, 2013
Ilość stron: 279 (ebook)
                                 313 (wersja papierowa)


 Polskie wydanie


Tytuł: Jedno małe kłamstwo
 Wydawnictwo: Filia
Data wydania: [zapowiedź] 6 sierpnia 2014
Seria: Dziesięć płytkich oddechów, tom 2


~~***~~


Livie zawsze była tą bardziej zrównoważoną z sióstr Cleary. Poradziła sobie z tragiczną śmiercią rodziców. Jednak pod zewnętrzną powłoką twardej i silnej młodej kobiety, kryje się mała dziewczynka, uczepiona ostatnich słów ojca: „Spraw, bym był dumny”. Obiecała, że się postara…Przez ostatnie siedem lat każda decyzja, słowo i czyn przybliża ją do wytyczonego celu.

Livie trafia do Princeton z życiową misją: uczęszczać na zajęcia, zdać na medycynę i poznać dobrego, porządnego faceta, za którego pewnego dnia wyjdzie za mąż. Nie planuje jednak: galeretkowych shotów, sympatycznej współlokatorki-imprezowiczki, której nie potrafi odmówić i Ashtona – przystojnego kapitana uczelnianej osady wioślarskiej. Jego zdecydowanie NIE planuje. Ashton jest aroganckim dupkiem, który rozpala zwykle uśpiony temperament Livie, ponadto uosabia wszystkie cechy, których dziewczyna pragnie u faceta uniknąć. Co gorsza, jest przyjacielem i współlokatorem Connora, który, jak się akurat składa, idealnie spełnia wymagania Livie. Dlaczego więc dziewczyna cały czas wraca myślami do Ashtona? Czy obowiązkowa i przykładna dotąd Livie zostanie zmuszona, by zrezygnować z ostatniej obietnicy, jaką złożyła ojcu? A wraz z nią z jedynej drogi życiowej, którą zna?
opis: wyd. Filia

O twórczości K.A. Tucker pisałam już wcześniej, recenzując Dziesięć płytkich oddechów (TUTAJ możecie znaleźć recenzję), dziś z kolei przyszedł czas na Jedno małe kłamstwo. Jakie to kłamstwo? Ten tom jest tragicznie zły. Naprawdę jestem zawiedziona i nie wierzę, że ta autorka stworzyła coś takiego. Lektura nie wzbudziła we mnie żadnych emocji i wynudziłam się niemiłosiernie. 

Dobrze, kłamstwo zostało wypowiedziane, teraz czas na prawdę i tylko prawdę.

Jedno małe kłamstwo jest godnym następcą Dziesięciu płytkich oddechów. Historia Livie, choć jest zupełnie inna od historii Kacey – to również nie pozwala odłożyć książki na dłużej i nie pozostawia obojętnym. Jest ona spokojniejsza i bardziej ułożona, co dobrze odzwierciedla zachowanie Livie, choć ma w sobie odpryski ognistej i burzliwej opowieści o jej starszej siostrze. Bywają momenty, które mogą doprowadzić do łez co wrażliwsze dusze, zalewając je emocjami. Nie brakuje też humoru, który osładza gorycz odsłanianych tajemnic.

Za sprawą Ashtona i Connora pojawia się tu trójkąt miłosny, który skutecznie odstraszał mnie od Jednego małego kłamstwa przez dłuższy czas. Po tym, co zaserwowała mi Bezmyślna, na dźwięk słowa ,,trójkąt” w kontekście powieści, robiłam się zielona na twarzy. Tamta relacja on – ona – on była wybitnie ciężkostrawna. Dlaczego więc sięgnęłam po Jedno małe kłamstwo? W tym wypadku, na szczęście zwyciężyła ciekawość. Na początku nie było łatwo, szczególnie, gdy zdałam sobie sprawę, że znów wzięto na warsztat wybór pomiędzy dobrym chłopcem z dobrego domu a złym flirciarzem z tatuażami. Pomyślałam wtedy ,,o nie, nie znowu, nie to, ile można?!”. Okazało się jednak, że K.A. Tucker naprawdę nieźle radzi sobie z wykorzystywaniem schematów na własną korzyść. Ta relacja mnie nie irytowała, a co więcej, pozwalała mi zrozumieć sytuację Liv. Wyświechtany motyw trójkąta miłosnego stał się punktem wyjścia do opowiedzenia interesującej historii o… odwadze. Na kartach powieści pojawia się kilka jej odmian. Nie wszystkie zdobyły moją sympatię i uznanie – pojawił się jedna czarna owca. Mam na myśli ,,płynną odwagę” czyli alkohol. Według mnie autorka mogłaby darować sobie przynajmniej kilka drinków i piw, którymi nasiąkła fabuła. Rozbijanie skorupy Livie za pomocą trunków nie jest najlepszym pomysłem. Na szczęście to potknięcie ratuje cała reszta.

Każdy z bohaterów symbolizuje część odwagi: Livie musi odważyć się na konfrontację z przeszłością oraz własnymi pragnieniami; Ashton musi odważyć się i wyciągnąć rękę po wolność; Connor musi znaleźć w sobie odwagę, by zmierzyć się z prawdą… Splecenie ich losów przykryło schemat, którego tak się obawiałam. Jednocześnie podkreśla on rozdarcie Livie, która miota się pomiędzy tym, co zaplanowała, mając w pamięci słowa zmarłego ojca a tym, kim mogłaby być, gdyby przestała kurczowo trzymać się planu. Jednocześnie doceniam starania autorki, która stworzyła ,,złemu facetowi” historię, która dość wiarygodnie tłumaczy jego zachowanie. To dużo, biorąc pod uwagę fakt, jak wielu złych chłopców jest tylko papierowym kopiami, które częściej nudzą niż rozpalają umysły czytelniczek. A skoro już przy rozpalaniu umysłów jesteśmy… Tak, w powieści pojawiają się sceny erotyczne. Nie są one rażące i wulgarne, nie pojawiają się też zbyt często – za to skutecznie podgrzewają atmosferę. 

Jedno małe kłamstwo jest po części przewidywalne – głównie za sprawą wątku Livie. Nietrudno zgadnąć, że dobra dziewczyna, która zawsze była perfekcyjna, nie zostanie taka do końca. Z drugiej strony mamy zaskoczenie w postaci Ashtona, więc możemy mówić o naprawdę dobrzej rekompensacie. Ponieważ jest to opowieść o młodszej siostrze Kacey, pewnie zastanawiacie się, czy i ona pojawi się na scenie. Zdradzę wam, że i owszem, spotkacie się ponownie z bohaterami Dziesięciu płytkich oddechów. Nie będą to spotkania częste i długie, ale powinny one zaspokoić waszą ciekawość odnośnie ich dalszych losów. Ja uważam, że miło było zobaczyć ich ponownie, szczególnie po zawirowaniach, jakie przyniósł pierwszy tom.

Jedno małe kłamstwo może przynieść poważne konsekwencje, a w przypadku Livie – zmieniło wszystko. Tragiczny wypadek, który roztrzaskał jej starszą siostrę, ją zamienił w niewzruszony ideał. Drogowskaz w postaci ostatnich słów ojca pomaga jej zaplanować całe życie, jednak… są rzeczy, które za sprawą losu złośliwie wymykają się wszelkim planom. Czy dążenie do perfekcji rzeczywiście pomaga zagłuszyć ból? Jak poradzić sobie, gdy okazuje się, że życie, które dla siebie zaplanowaliśmy wcale nie jest tym upragnionym? Na te pytania znajdziecie odpowiedź, sięgając po Jedno małe kłamstwo. Tak samo, jak Dziesięć płytkich oddechów, tak i ta historia owinie się wokół waszych myśli i nie pozwoli wam zasnąć, dopóki nie dotrzecie do zakończenia.

26 cze 2014

,,Finding Cinderella" - Colleen Hoover


Tytuł: Finding Cinderella
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo, rok wydania: Atria Book, 2013
Ilość stron: ebook - 105 
                                   wydanie papierowe - 176
Seria: Hopeless, tom 2.5



 ~~***~~


Dzisiaj będzie dość krótko, jako że Finding Cinderella jest odskocznią od czytania The Secret Place Tary French i jest to niedługa historia, która nie wymaga obszernej analizy.

 Przypadkowe spotkanie w ciemności doprowadza do tego, że osiemnastoletni Daniel i dziewczyna, która na niego wpadła, wyznają sobie miłość. Jednak ta miłość ma swoje warunki: zgadzają się, że będzie trwała tylko godzinę i nie będzie prawdziwa. 
Kiedy ich godzina mija, dziewczyna ucieka niczym Kopciuszek. Daniel próbuje przekonać samego siebie, że ich zbliżenie było idealne tylko dlatego, ponieważ udawali, że jest idealne. Chwile takie jak ta, z dziewczyną taką jak ona, nie zdarzają się poza bajkami.
Rok i jeden zły związek później, niewiara w miłość od pierwszego wejrzenia zostaje naruszona w dzień, w którym Daniel spotyka Six: dziewczynę z dziwnym imieniem i jeszcze dziwniejszą osobowością. Zdaje sobie sprawę z tego, że uczucia, które udawał w stosunku do Kopciuszka oraz uczucia, którymi darzy Six, niczym się nie różnią. Szczególnie, gdy te dwie miłości jego życia stają się jedną dziewczyną.
Niestety, odnalezienie Kopciuszka nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia... a wręcz mu zagraża.

Powiem tak... Colleen Hoover też popełnia błędy, a Finding Cinderella jest jednym z nich. Opowiadanie to jest poświęcone Six, która jest najlepszą przyjaciółką Sky i pojawia się jako bohaterka drugoplanowa w powieści Hopeless. W Finding Cinderella poznajemy historię jej związku z Danielem oraz tajemnicę kryjącą się za wyjazdem do Włoch. Ta opowieść może i byłaby słodka, romantyczna, ,,spod znaku" Hopeless i Pułapki uczuć - ale nie jest, dzięki myśli przewodniej, którą upatrzyła sobie Colleen Hoover.

Przedstawiona przez autorkę idea ,,nowoczesnego Kopciuszka" wcale nie przypadła mi do gustu i w ogóle nie uważam jej za romantyczną, a nawet wręcz przeciwnie - uważam ją za dość szkodliwą. Ale może to tylko ja - może jestem już stara i zgrzybiała, dlatego nie dostrzegam pozytywów w zbliżeniu W SZKOLNYM SCHOWKU zupełnie obcych sobie Księcia i Kopciuszka (którzy to mają lat osiemnaście i siedemnaście). Dodatkowo, w ramach ,,czucia się kochanym i udowadniania, co to znaczy miłość" Six i Daniel nie kończą na pocałunkach - oni od nich zaczynają. To nic, że nawet nie widzą swoich twarzy, bo jest ciemno, to nic, że to ich drugie spotkanie i jedyną rzeczą, którą znają, stanowią ich głosy. Dalej historia radzi sobie odrobinę lepiej, skupiając się na relacjach Six z facetami oraz Daniela z dziewczynami. Oczywiście przypadkowe związki mają na celu odnalezienie Księcia, tudzież Kopciuszka, który nie podał swojego imienia i wybiegł z ciemnego schowka. Co prawda znów pojawia się zjawisko natychmiastowej miłości, liczonej w dniach i tygodniach, ale na to spuszczę już zasłonę milczenia. To straszne, ale przyzwyczaiłam się już do natychmiastowej miłości, jeśli chodzi o New Adult. Jedyny plus? W tle pojawiają się Sky oraz Holder.

Jedyna refleksja, która przyszła mi do głowy po lekturze tego opowiadania, może zostać przedstawiona za pomocą tego cytatu:

,,Marla spogląda w dół na numer księcia i Kopciuszka w moim wykonaniu. (…)
– Wiesz, dla naszego pokolenia szklanym pantofelkiem jest prezerwatywa. Zakładasz ją, kiedy spotykasz nieznajomą. Tańczysz przez całą noc, a potem ją wyrzucasz. To znaczy prezerwatywę, nie nieznajomą." z: Fight Club.

20 cze 2014

,,The One" - Kiera Cass


Tytuł: The One
Autor: Kiera Cass
Wydawnictwo, rok wydania: HarperTeen, 2014
Ilość stron: 323

Polskie wydanie
/- serię wydaje Wydawnictwo Jaguar. Daty wydania/zapowiedzi na razie brak -/



~~***~~ 
 

Selekcja na zawsze zmieniła losy trzydziestu pięciu dziewcząt. Teraz nadszedł czas, by wybrać przyszłą królową.

America nie marzyła o tym, że korona kiedykolwiek znajdzie się na wyciągnięcie jej ręki – ani o tym, że pewnego dnia o rękę może poprosić ją sam książę Maxon. Zbliżający się koniec konkursu oraz coraz brutalniejsze działania buntowników uświadamiają Americe, jak wiele może stracić – i jak trudną walkę będzie musiała stoczyć o wymarzoną przyszłość.


Tak, po raz kolejny odwiedziłam pałac księcia Maxona. Nie pytajcie, dlaczego to zrobiłam, skoro narzekałam na poprzednie części. Uznajmy, że dotknął mnie syndrom czytelniczego masochizmu, tak samo jak wtedy, gdy sięgnęłam po Szeptem, a potem po Crescendo i Ciszę. Oraz kilka innych serii. Myślę jednak, że teraz wyleczy mnie z tego The One, które jest… paskudnie słabe.

Przyznam, że nie rozumiem zbiorowej histerii dotyczącej księcia Maxona, który ma w sobie więcej z księżniczki Disneya niż z władcy, na barkach którego spoczywają losy kraju. Przez zdecydowaną część powieści Maxon strasznie mnie irytował. Był takim… miękkim jajem, które tylko toczy się pałacowymi korytarzami i nie robi nic pożytecznego dla Korony. Wiem, jak niepoważnie to brzmi, ale trudno znaleźć choć ślady powagi, jeśli mówi się o księciu. Myślałam, że ten charakterek, który pokazał w Elicie, teraz da prawdziwy popis. To już America ma w sobie więcej ikry. W finałowym tomie choć częściowo otrząsnęła się i przestała tak często zalewać łzami. Wydoroślała, a to się chwali. Swoimi decyzjami i zachowaniem przyćmiła księcia. Aspen, konsekwentnie od czasów Rywalek, przemyka na kartach powieści, ma jedno ,,mocne wejście” i to by było na tyle. Biorąc pod uwagę poprowadzenie wątku trójkąta Aspen - America – Maxon, zgaduję, że Kiera Cass dość późno zdała sobie sprawę z tego, że The One ma być finałem i główna bohaterka musi w końcu podjąć decyzję. Próbując ratować swoją skórę, autorka wprowadziła kolejny wątek romantyczny, który było można zauważyć już w Elicie (jeśli się bardzo mocno wczytało pomiędzy wierszami). Jakże cudownie jest on nierozwinięty! A jeśli opisano go dokładniej w jednym z krótkich opowiadań – to nie jest dla mnie argument. One mają stanowić dodatek do głównej historii a nie wpływać na nią pomiędzy tomami.

Rozumiem, że cała trylogia opiera się na niby baśniowej konstrukcji, tyle że to nie usprawiedliwia prostoty całej historii – każdy wątek, poza tym romansowym, jest tylko naszkicowany. Nieskomplikowana opowieść o potencjalnej księżniczce i księciu ciągnąca się przez prawie dziewięćset stron (jeśli zebrać wszystkie tomy) po prostu nudzi. Podczas lektury The One nie mogłam się pozbyć wrażenia, że dostałam do ręki zaledwie pierwszą wersję powieści, zalążki pomysłów na sceny, które autorka spisała. Co w sumie oznacza również brak jakichkolwiek detali. Każdy, ale to absolutnie każdy element powieści powinien być od nowa przemyślany i rozbudowany. Wątek rebeliantów przyszyto do fabuły na siłę i jest tak żałośnie poprowadzony, że aż nie chce mi się z niego śmiać. Kiera Cass próbowała wprowadzić dworskie intrygi, może trochę polityki, ale zamiast ubarwić tym historię, sprawiła tylko, że stała się ona jeszcze bardziej płytka. Pomnażanie nijakich elementów nie nadało książce głębi, a jeśli dołożymy do tego pośpiech z cyklu ,,niech się już stanie to, i to, i tamto, i jeszcze to! Najlepiej niech się to dzieje wszystko na raz! Tadam! Koniec!”… Tak, mamy kolejny zaszczytny order dla zepsutego zakończenia powieści młodzieżowej! Pani Cass może usiąść obok pani Cassandry Clare. Jakaś moda zapanowała wśród pisarzy spod znaku Young Adult i New Adult, czy co?

The One utrzymuje takim sam średni poziom jak dwa pozostałe tomy. Umiarkowanie zaskakuje tylko jedno – fakt, że autorka zdecydowała się zabić kilku bohaterów. Reszta historii jest prosta i przewidywalna, prowadząc do wielkiego finału, który można odgadnąć, chociażby patrząc na okładkę. Jeśli podobały wam się dwa poprzednie tomy, to ten też powinien przypaść wam do gustu. Niezdecydowanym raczej bym odradzała, choć patrząc po ilości zachwyconych czytelników – decyzję tak naprawdę musicie podjąć sami.

17 cze 2014

,,Niedziela, która zdarzyła się w środę" - Mariusz Szczygieł


Tytuł: Niedziela, która zdarzyła się w środę
Autor: Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo, rok wydania: Czarne, 2011
Ilość stron: 256
Cena: 47,60 zł - wersja papierowa
29,90 zł - ebook



~~***~~


1994: Niedziela, która zdarzyła się w środę
1993: Polska w ogłoszeniach
1994: Poczet pokrzywdzonych w III RP
1995: Miliard w rozumie, czyli jak ciotka oparła się o Łomżę 

Niedziela, która zdarzyła się w środę jest swoistym alfabetem Polski lat 90. Od Amwaya zaczynając… na zabójstwach kończąc. Szesnaście reportaży skupia się na chyba każdej dziedzinie życia: pracy, seksualności, religii, rozrywce, mowie i języku, przestępstwach i prawie. Tematy spięte codziennością zwykłego człowieka tworzą wnikliwy obraz tamtych czasów, czasów niełatwych, bo pełnych zmian. ,,Nowa Polska po upadku komuny postawiła przed przeciętnymi nieprzeciętne zadanie. Dlatego proszę potraktować tę książkę jako relację z zawodów w utrzymywaniu się na powierzchni” – takimi słowami Mariusz Szczygieł podsumowuje swoją książkę. W czasie lektury kolejnych reportaży można zauważyć, jak trudne było utrzymywanie się na powierzchni, podczas gdy uderzały kolejne fale zmian. Jedni trzymali się starych przekonań, inni próbowali łapać kolejne fale licząc, że zaniosą one ku lepszemu życiu.

1995: Radio dla Ciebie
1993: Przez zęby
1994: Mord polski
1992: Wiem, na jakiej nucie

Reportaże te nie są ,,surowe”, jeśli mogę to tak ująć. W trakcie recenzowania powieści często wspomina się o tym, że bohaterowie są ,,papierowi” bądź ,,pełnokrwiści”, a czy taką kategorię można przełożyć na reportaż? Wydaje mi się, że tak. Mariusz Szczygieł potrafi nas, czytelników, zafascynować osobami, które spotkał, wie, jak słowami przekazać okoliczności, sylwetkę człowieka i jego przeżycia; jak uczynić z każdego bohatera jednostkę. Którekolwiek zagadnienie by nie poruszał, najpierw szuka w nim człowieka i słucha jego historii, a my słuchamy razem z nim. Jednocześnie serwuje nam mnóstwo ciekawostek, perełki z tamtych lat, o które byśmy nigdy nie zapytali w kontekście tego okresu, bo by nam to do głowy nie przyszło (jak chociażby reportaże o disco polo, seksualności czy morderstwach). 

1992: Klatka
1995: Usta są zawsze gorące
1993: Onanizm polski
1995: Niech będzie wola ludu

W wypowiedzi autora, w której przytacza on słowa swojego ojca, pojawia się zwrot ,,to pięknie być przeciętnym”. Trzeba przyznać, że kryje się w tym wiele prawdy. Zazwyczaj tępi się przeciętność, uwiera myśl, że jest się takim, jak inni, utożsamia się to ze słabością, nudą, bylejakością. Za to przeciętność w reportażach Mariusza Szczygła budzi ciekawość, wywołuje rozbawienie na przemian ze smutkiem, uderza barwnością, choć rozgrywa się w świecie, który kojarzymy z szarymi blokowiskami. Tak, zwyczajność tego życia ma w sobie piękno. Na nudę i bylejakość nie ma tu miejsca. Z drugiej strony nie brakuje gorzkiej refleksji, że mimo ciągłych zmian, wiele rzeczy pozostaje niezmienne. Nadal ludzie borykają się z bezrobociem, nadal ,,kombinowanie” jest dla wielu osób metodą na życie. Niby tyle się zmieniło, ale ciągle istnieją elementy codziennego życia, które jakby zignorowały pęd do zmian.

1996: Zabierz nas do diamentu
1995: Pokaż język
1996: Wielki temat
1999: Z kulą ziemską na piersiach

Niedziela, która zdarzyła się w środę jest świetnym zbiorem wciągających reportaży, który mogę polecić wszystkim, a w szczególności osobom zainteresowanym fascynującą podróżą do codzienności wrzuconej w wir zmian. Ja już planuję zapoznać się z kolejnymi książkami pana Szczygła, bo skoro debiut jest tak dobry, to dalej, wraz z nabywanym doświadczeniem, może być tylko lepiej.

13 cze 2014

,,Billie" - Anna Gavalda


Tytuł: Billie
Autor: Anna Gavalda
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 4 czerwca 2014
Ilość stron: 224
Cena: 34,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Literackie


,,Oni [Franck i Billie] żyją życiem pokątnym. Nie nazwałabym ich społecznymi wyrzutkami, po prostu dzieciństwo ich pokaleczyło (to bardziej eleganckie określenie zamiast powiedzieć, że mieli „gówniane życie”), po czym nie doszliby do siebie, gdyby się ponownie nie spotkali. Lubię takich bohaterów. Nie chodzi o to, że to ludzie, którzy cierpią, ale że pod płaszczem ukrywają pewien skarb. Bogactwo wewnętrzne, tak się to nazywa. Bycie outsiderem to żaden wstyd. Czasem to przynależność do niewidocznego świata ludzi niepozornych, łagodnych, wrażliwych i znacznie bardziej podatnych na zranienie niż to okazują. Przekaz tej książki jest prosty: jakie to szczęście, że tacy ludzie chodzą po tym świecie!" 
ANNA GAVALDA

Anna Gavalda zaskarbiła sobie moją sympatię książką Po prostu razem. Historia o niekonwencjonalnej przyjaźni i rodzinie z wyboru złożonej z ludzi poturbowanych przez życie była po prostu niesamowita. Gdy dowiedziałam się, że pisarka po raz kolejny sięgnęła po tematykę młodych borykających się z życiem, wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę. Tak spotkałam się z Billie. Powieść ta dedykowana jest outsiderom i to stanowi przedsmak tego, co można odnaleźć na jej kartach.

Billie i Franck. Franck i Billie. Ona już od najmłodszych lat musiała polegać na instynkcie przetrwania, sprycie i ciętym języku wiedząc, że jeśli sama o siebie nie zadba, to jej rodzina na pewno tego nie zrobi. On z kolei z jednej strony był dobrym uczniem, a z drugiej szkolnym pośmiewiskiem. Zbliżyły ich do siebie przygotowania do szkolnego przedstawienia i w taki sposób narodziła się najdziwaczniejsza przyjaźń na ziemi. Odrzuceni z różnych powodów przez środowisko, ruszyli przez życie innymi ścieżkami, ale łącząca ich więź nigdy nie wygasła. Ich losy krzyżowały się wielokrotnie, aż do momentu… W którym rozpoczyna się powieść.

Billie jest w dużej mierze monologiem głównej bohaterki, choć pojawiają się również przerywniki w postaci dialogów. Tytułowa postać snuje w gawędziarskim stylu swoją opowieść na temat życia i swojej przyjaźni z Franckiem, wspomina o szkole, rodzinie i związkach. Billie się nie kryguje, a w ślad za jej zadziorną naturą idzie język powieści. Pojawiają się wulgaryzmy, sporo jest mowy potocznej. W głosie dziewczyny pojawia się sporo goryczy, mimo że próbuje podejść do swojej przeszłości z choć odrobiną humoru. Czasem bohaterka zatapia się w biegu własnych myśli, przez co historia miejscami staje się chaotyczna.

Osoby zagubione, niekochane, opuszczone, ignorowane – to ludzie, którym Anna Gavalda najwyraźniej uwielbia się przyglądać. Zakłada, że stojący na uboczu outsiderzy widzą więcej, a widziany ich oczami obraz świata jest najpełniejszy. Poprzez nich pisarka próbuje uwrażliwić czytelników na los drugiego człowieka i uświadomić, że ocenianie czynów bez poznania stojącej za nimi historii jest łatwe, ale często prowadzi do wyciągnięcia błędnych wniosków. A przecież społeczeństwo lubi oceniać - dziewczyny w zbyt mocnym makijażu i tanich ciuchach; mężczyzn, którzy wyłamują się z życiowego schematu. W powieści jest taka scena, kiedy Billie widzi zachowanie surowego ojca względem dziecka, przez co w symboliczny sposób jeden z wątków zatacza koło. Ta sytuacja doskonale pokazuje wagę naszych czynów względem drugiej osoby.

Billie, tak samo jak jej bohaterka, jest outsiderką – to książka, która jest nietypowa i może nie przypaść każdemu do gustu. Ponieważ jest to raczej wspominanie i streszczanie wydarzeń, niektórzy czytelnicy mogą czuć niedosyt. Historię, którą inni autorzy rozpisaliby na tom co najmniej dwa razy grubszy od Billie, Anna Gavalda zdecydowała zamknąć się w pośpiesznej opowieści, splocie powracających wspomnień. Nie spodziewajcie się też, że akcja rozwinie się zgodnie z waszymi oczekiwaniami. Sama mam mieszane odczucia odnośnie zakończenia powieści, ale z drugiej strony patrząc – jest ona dowodem na to, że autorka konsekwentnie od początku do końca trzyma się nietypowości. Ja, powiem szczerze, nie wiem, jak ocenić tę książkę. Ona wymyka się systemowi ,,gwiazdek”, plusów czy ocenie ,,?/10”.

Billie chce wam ofiarować swoją historię, która ciągle trwa. Jeśli lubicie opowieści o outsiderach i o nie zawsze łatwym życiu, które toczy się wyboistym torem, myślę, że powinniście się do niej przysiąść i wysłuchać, co ma wam do powiedzenia.

10 cze 2014

,,Mr. Mercedes/Pan Mercedes" - Stephen King


Tytuł: Mr.Mercedes
Autor: Stephen King
Wydawnictwo, rok wydania: Scribner, 2014
Ilość stron: 437


 Polskie wydanie


Tytuł: Pan Mercedes
Wydawnictwo: Albatros
 Data wydania: 4 czerwca 2014
Ilość stron: 576
Cena: 45,90 zł - oprawa twarda
          39,90 zł - oprawa miękka


~~***~~


Nowy koszmar z ulicy Wiązów

Nowe literackie dzieła Stephena Kinga coraz częściej budzą we mnie mieszane uczucia. Nie są to książki złe, oferują przecież kilka godzin wciągającej i interesującej lektury, ale z drugiej strony nie zapadają one w pamięć. Pozostaje tylko to wrażenie, że ,,dobrze się czytało”, ale ani szczegóły fabuły, ani bohaterowie nie zakotwiczają się w umyśle czytelnika na dłużej. Odczułam to w dość lekkim stopniu przy Doktorze Sen, dało mi się nieco mocniej we znaki przy lekturze Joylandu i pasuje to idealnie do moich odczuć związanych z Panem Mercedesem.

W Panu Mercedesie King zdecydował się na ciekawe rozwiązanie: podzielił powieść pomiędzy policjanta i złoczyńcę, już na wstępie zdradzając ,,kto zabił”. Przewracając kolejne strony, obserwujemy rozgrywkę pomiędzy emerytowanym policjantem Billem Hodgesem i niezrównoważonym Bradym ,,Panem Mercedesem” Hartfieldem. Gra rozpoczęta od skradzionego samochodu i popełnienia masowego morderstwa przenosi się na zupełnie inny poziom; anonimowe listy, czujne spojrzenia, wirtualne czaty, zatarte ślady, cyberprzestępstwa  – wszystko to składa się na wyścig ,,z tym drugim”. Hodges, bazując na strzępkach informacji, musi poznać tożsamość Pana Mercedesa, zanim ten uderzy po raz kolejny. Czytelnicy, w przeciwieństwie do niego, już od początku obserwują poczynania Hartfielda. King zdecydował się tutaj na ryzykowny zabieg, ale świetnie sobie z nim poradził. Porzucając anonimowość mordercy, ofiarował czytelnikom nie tylko wgląd w codzienność i psychikę psychopaty, ale również pozwolił na bieżące obserwacje dotyczące stykania się i krzyżowania losów detektywa i przestępcy.

Autor zaskoczył mnie, gdy do rozgrywki w stylu ,,gliniarza na tropie” dołączył trzy nowe postacie. Nie są to osoby, które pierwsze przychodzą na myśl, gdy mówimy o sprzymierzeńcach w śledztwie. Wprowadzenie ich ubarwiło fabułę i dało Kingowi kolejną okazję do udowodnienia, że ma niebywały talent, jeśli chodzi o kreowanie sylwetek bohaterów. Potocznie mówiąc ,,wszystko może leżeć i kwiczeć”, ale nie portrety psychologiczne postaci.

,,W miejscu, w którym czujecie się bezpiecznie, grozi wam największe niebezpieczeństwo” – to mogłaby być dewiza książek Kinga. Nieobcy jest mu motyw idyllicznych miasteczek czy osiedli, które skrywają zgniliznę mieszkańców. W Panu Mercedesie pisarz po raz kolejny burzy nasz spokój, udowadniając, że zacisze własnego domu czy uśmiechnięta twarz sąsiada mogą skrywać najstraszniejsze potwory. 

Gdybym miała wskazać najmocniejszy punkt powieści, to bez wahania wskazałabym na wątek Pana Mercedesa. Brady Hartfield jest piekielnie interesującą postacią, a schodzenie do kolejnych kręgów jego mrocznej historii nie pozwala oderwać się od powieści. Choć z jednej strony jego myśli odpychają czytelnika, to z drugiej za wszelką cenę chce się poznać jego tajemnice, grzechy i grzeszki. A Brady ma niejednego asa w rękawie. Fascynujące było obserwowanie jego gierek ze samym sobą i napotykanymi ludźmi. Inteligentny zwyrodnialec stanowi mieszankę wybuchową; horror spotykany na rogu ulicy. Można by pomyśleć, że nieprzypadkowo mieszka pod adresem 49 Elm Street*... Reszta na jego tle nie tyle wypada blado i nijako, co nie ma aż takiej siły przebicia.

Nie zaliczę Pana Mercedesa w poczet ulubionych powieści, raczej do niego nie wrócę, bo nie sądzę, by była to książka warta ponownego przeczytania, ale wiem jedno: absolutnie nie żałuję spędzonego z nim czasu. Warto sięgnąć po ten tytuł chociażby dla Brady’ego Hartfielda i jego chorej psychiki, będącej siłą napędową powieści. 

I choć nie jest to horror, to jest on w stanie wzbudzić w czytelnikach obrzydzenie i zgrozę…

_____________________________
* Elm Street - ulica Wiązów; tam rozgrywa się akcja filmu Koszmar z ulicy Wiązów, w którym grupa nastolatków jest w snach prześladowana i mordowana przez demonicznego Freddy'ego Kruegera.

6 cze 2014

,,City of Heavenly Fire/Miasto Niebiańskiego Ognia" - Cassandra Clare

Tytuł: City of Heavenly Fire
 Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo, rok wydania: Walker Books Ltd, 2014
Ilość stron: 752

Polskie wydanie
Do tej pory serię wydaje wydawnictwo MAG. Daty premiery brak


 ~~***~~


Zaczniemy od końca, bowiem w szóstym tomie każdego interesuje jedno: finał finału. To do niego dążyli od kilku lat wierni czytelnicy, z drżącym sercem przewracając kartki i śledząc losy ulubionych bohaterów. Clare zdążyła udowodnić, że potrafi namieszać kiedy tylko chce, a dramaty i rozstania to dla niej chleb powszedni. Z tego też powodu nawet ja nie czułam się pewnie sięgając po Miasto Niebiańskiego Ognia.

Początek zaczął się obiecująco – trupy każdego gatunku padały praktycznie co zdanie, Nocni Łowcy byli w swoim żywiole; czuć, że koniec świata się zbliża. Napięcie sięga zenitu i… I znika, by powrócić kilka razy w drugiej części powieści. Po czym znów znika. I już nigdy nie wraca.

Zakończenie jest jednym z najbardziej mdłych i nijakich zakończeń, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. To, co zaserwowała nam Clare nadaje się do sagi Zmierzch, która swoją stylistyką od początku do końca była cukierkowo familijna i nastawiona na ,,długo i szczęśliwie”. Liczyłam na to, że autorka, która wcześniej uwielbiała rzucać swoim bohaterom kłody pod nogi i plątać ich losy, zdecyduje się również na coś, co sprawi, że czytelnikom zakręcą się łzy w oczach. I niechby nawet pozostała przy szczęśliwym zakończeniu, ale za to pożegnała swoich pierwszych bohaterów z pompą, a nie takim niemrawym ,,no to cześć”. W samym zakończeniu nie ma ani jednego, godnego zapamiętania wydarzenia. Pobiła tym samym to, co zrobiła Lauren Oliver w trylogii Delirium, udowodniła, że J.K. Rowling w Harrym Potterze i Suzanne Collins w Igrzyskach śmierci wcale nie spisały się tak źle, a Veronice Roth i Wiernej przypadkowo dodała prestiżu. Roth przez pośpiech może i zniszczyła powieść oraz tkwiący w niej potencjał, ale przynajmniej zdecydowała się na rozwiązanie, które choć trochę porusza i zapada w pamięć. Clare za to zdobywa niechlubne pierwsze miejsce w konkursie na najbardziej spartaczone zakończenie serii młodzieżowej.

Dary Anioła początkowo nastawione na walkę i intrygi (mniej lub bardziej udane, ale zawsze ,,jakieś”), z tomu na tom coraz mocniej gustowały w romansach, co osiągnęło swoje wyżyny w Mieście Niebiańskiego Ognia. Jest tak ckliwie i sentymentalnie, że aż bolą zęby. Clare, głównie ze względu na czytelników, konsekwentnie łączy wszystkich bohaterów w pary, wyznania miłości sypią się co kilka stron i każdy myśli o ślubnym kobiercu. Świat się kończy, to i hormony szaleją. Romans paranormalny pełną gębą.

Powieść składa się z dwóch części, z czego przebrnięcie przez pierwszą jest straszną mordęgą. Po mocnym początku, akcja zaczyna się wlec i rozmieniać na perspektywy poszczególnych bohaterów. A tych jest zatrzęsienie. Autorka w Mieście Niebiańskiego Ognia splotła ze sobą trzy serie – Diabelskie Maszyny, Dary Anioła i nadchodzące The Dark Artifices. To też wyjaśnia, dlaczego powieść jest taka gruba. Autorka oprócz wątków starych i starszych bohaterów dokłada zapoznanie z nowymi postaciami, robiąc tym samym reklamę TDA. Oczywiście każdy z każdym musi porozmawiać, pomnażając zupełnie nieważne dla fabuły pogawędki. Fakt, sama idea zetknięcia ze sobą bohaterów z różnych serii, szczególnie Tessy, Clary i Emmy, jest interesująca jako rodzaj puszczenia oczka do czytelnika, ale szkoda, że zostało to utopione w zalewie nijakich konwersacji. Nawet główny zły bohater, czyli Sebastian, musi sobie pogadać, a inni, zamiast go pojmać czy zrobić cokolwiek, co by go spowolniło i osłabiło, tylko stoją i grzecznie słuchają jego przemowy. Nie do końca też przekonuje mnie wciskanie ,,światłych” sentencji w usta bohaterów. Niektórzy z nich odzywają się tylko po to, by sypnąć jakąś mądrością, co sprawia, że rozmowy wypadają nienaturalnie.

Do tej pory tylko narzekam, ale muszę przyznać, że są elementy, które mi się podobały. Generalnie druga połowa powieści, wyjąwszy epilog, zasługuje na pochwałę. Dłużyzn jest nieco mniej, dynamiki za to więcej. Pojawiają się przebłyski ,,starej, dobrej Clare”, czy to w ciętym humorze, czy w zwrotach akcji. Lekkie pióro autorki sprawiło, że od pewnego momentu połykałam kolejne strony, nie mogąc się doczekać głównej konfrontacji i jednocześnie martwiąc się o losy moich ulubionych bohaterów. Trzeba Clare oddać to, że stworzyła ona kilka wydarzeń godnych finałowego tomu. Mogę wręcz powiedzieć, że Miasto Niebiańskiego Ognia bez części pierwszej i epilogu czytało mi się bardzo dobrze. Jednak… dość marne to pocieszenie, biorąc pod uwagę fakt, że połowa z 752 stronicowej powieści do niczego się nie nadaje.

Jestem rozczarowana, bo Clary, Jace, Alec, Magnus, Isabelle, Simon, Jocelyn, Luke, Maia i pozostali bohaterowie zasługują na lepsze pożegnanie. Ktoś tu chyba zapomniał, że Nocni Łowcy oraz ich sprzymierzeńcy nie odchodzą po cichu, niezauważeni. Teoretycznie poświęcili życie walce, a według tego tomu można dojść do wniosku, że ważniejsze są dla nich romanse. Rozdzierające serce poświęcenia? Chyba żartujecie. Walka z demonami i złem w postaci czystej pozwala zachować zdrowie, urodę, związek i życie. Oczywiście to działa tylko jeśli jesteś połową jakiejś pary, bo jeśli nie…

Miasto Niebiańskiego Ognia to najlepszy dowód na to, co się dzieje, gdy autor bardziej dba o samopoczucie fanów niż własne pomysły. Clare tak bardzo skupiła się na stworzeniu zakończenia, które w założeniu miało pasować fanom bez względu na to, której parze kibicowali, że zaniedbała prawie wszystko inne. Realizując poszczególne szczęśliwe zakończenia, finalnie stworzyła jedno wielkie… nic.

3 cze 2014

,,Motyl" - Lisa Genova


Tytuł: Motyl
Autor: Lisa Genova
Wydawnictwo, rok wydania: Filia, 2014
Ilość stron: 424
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Dla Alice Howland jej największa broń stała się więzieniem. Umysł, pamięć, zgromadzona przez lata wiedza – wszystko zaczyna znikać. Wydeptana przez lata mapa własnego domu staje się białą kartą. Imiona ukochanych dzieci rozpływają się w powietrzu. Choroba, która rozpoczęła się od szeptów, w kolejnych tygodniach zamienia się w krzyki rozpaczy. 

,,Neurony w głowie Alice zaczęły obumierać, lecz cały proces odbywał się zbyt cicho, by mogła go usłyszeć. Jej ciało nie było w stanie jej ostrzec, że umiera.”

Przecież Alice nie może być chora. Wie o tym jej mąż John, ich dzieci i jej współpracownicy. Przecież Alzheimer nie może dotknąć pięćdziesięcioletniej profesorki Harvardu, kobiety sukcesu, która dba o codzienną gimnastykę ciała i umysłu. Przecież jej niezwykła pamięć, która budzi zazdrość i podziw innych naukowców i studentów, nie może tak po prostu zniknąć. Nikt nie dopuszcza myśli, że coś takiego może się przydarzyć. A jednak mózg Alice powoli gaśnie, a ona wraz z nim.

Alzheimer to choroba, która… przeraża. Tak, przeraża, nie bójmy się użyć tego słowa – bo kto może spokojnie myśleć o tym, że pewnego dnia mógłby przestać poznawać ukochane osoby albo że sam przestałby być rozpoznawany? Sama taka myśl paraliżuje i boli, a o tym, co się dzieje, gdy obraca się ona w rzeczywistość, wiedzą dobrze osoby, których pradziadkowie, dziadkowie bądź rodzice chorują na Alzheimera. Jako zdrowe osoby na dobrą sprawę nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że zanikająca pamięć może odciąć nas od naszego ,,ja”, że potem czeka na nas tylko śmierć.

W Motylu autorka świetnie ukazała poszczególne etapy choroby, przez które przechodzi zarówno pacjent, jak i jego rodzina. Jest szok, wyparcie i w końcu nieśmiałe próby akceptacji. Pojawia się też konsternacja otoczenia, które na niezrozumiałą dla niego sytuację reaguje odrzuceniem. W obliczu choroby bliskiego, chęć wspierania nie zawsze jest czymś, co samo do nas przychodzi. Często pierwszy pojawia się niewytłumaczalny żal, gdy osoba, która do tej pory była podporą, nagle, na pierwszy rzut oka, staje się brzemieniem. Lisa Genova dobrze uchwyciła zmieniające się nastroje Alice oraz jej krewnych, zamykając pomiędzy okładkami powieści realną do bólu historię.

Dodatkowo Motyl obnaża bezradność wobec nieuleczalnej choroby. Pomimo całej wiedzy, zdobytych pieniędzy i wieloletniego doświadczenia – Howlandowie byli bezradni. Choroba zaatakowała po cichu i nie pozostawiła im wyboru. John i Alice wraz z lekarzami przerzucali się nazwami leków, sposobami leczenia, naukowymi teoriami; już na starcie posiadali wiedzę, która jest niedostępna dla przeciętnego człowieka. Jednak w obliczu Alzheimera równie dobrze mogliby być niewykształceni i biedni, bo status zamożnych naukowców światowej sławy nagle zaczął znaczyć tyle, co nic. Motyl po cichu przemyca na swych skrzydłach pewną prawdę: śmiertelne schorzenie czyni wszystkich równymi.

Nie uroniłam ani jednej łzy podczas lektury, ale byłam tego bliska. Smutek przysiadł ciężko na moim ramieniu i tkwi tam do tej pory, bo ja o Motylu nie przestałam myśleć. I pewnie nie zapomnę o nim zbyt szybko. Co pewien czas odkładałam książkę na półkę, tym samym dając sobie chwilę na rozmyślania, po czym wracałam do lektury.

O Motylu można powiedzieć wiele: że jest to piękna, poruszająca i mądra książka – ale to i tak za mało. Przede wszystkim jest ona szalenie wartościowa ze względu na tematykę, o której na co dzień nie mówi się głośno. Oswaja z zagadnieniem nieuleczalnej choroby, nie owija w bawełnę, a i tak daje nadzieję. Życie jako chory i życie z chorym przestaje choć w małym stopniu być abstrakcją właśnie dzięki fikcji. Każda cegiełka, która buduje świadomość na temat Alzheimera powinna być doceniana, a jeśli na dodatek jest ona świetnie napisaną powieścią – to tym bardziej zasługuje na oklaski. Lisa Genova zbudowała na merytorycznym podłożu interesującą i bardzo poruszającą historię, której osią stał się trudny temat choroby. Jeśli jeszcze nie czytaliście Motyla, to sięgnijcie po niego jak najszybciej. Zdecydowanie jest wart tych wysokich ocen i pozytywnych słów. Nie zawiedziecie się.

Dodam jeszcze, że obecnie trwają prace nad filmem Still Alice (jest to również tytuł anglojęzycznego wydania powieści), który jest ekranizacją książki. W tytułową postać Alice Howland wciela się Julianne Moore, rolę jej męża, doktora Johna Howlanda, gra Alec Baldwin, a role dzieci, czyli Lydii, Anny i Toma otrzymali kolejno: Kristen Stewart, Kate Bosworth i Hunter Parrish. Na razie nie podano daty premiery.