25 lis 2014

,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy" - Alexandra Fuller


Tytuł: Dziś wieczorem nie schodźmy na psy
Autor: Alexandra Fuller
Wydawnictwo, rok wydania: Wydawnictwo Czarne, 2013
Ilość stron: 352
Cena: 39,90 zł


~~***~~


,,Wtedy podjęłam decyzję, by opisać swoje życie takie, jakie było: pełne pasji, cudowne, trudne, męczące, chaotyczne, piękne. Dziś wieczorem nie schodźmy na psy to opowieść, która narodziła się z tej decyzji. To nie jest powieść polityczna ani historia Imperium Brytyjskiego. To opowieść o tym, jak pewna Afrykanka pogodziła się ze skomplikowaną historią swojej rodziny, to historia miłości do tego kontynentu.” 
,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” A. Fuller, str. 347

O jakże trudna to miłość – ale za to jaka szczera. Pisarka kocha Afrykę gorliwie, kocha ,,pomimo” i tutaj zgadzam się z rekomendacją ,,Newsweeka” zamieszczoną na okładce: to naprawdę jest piękna opowieść… choć często prowadzi wyboistymi drogami. Początkowo nie umiałam tego wspomnianego piękna dostrzec, wyjąwszy opisy afrykańskich krajobrazów. Przecież Fuller pisze o piekielnych niewygodach, niebezpieczeństwie, które oczekiwało tuż za drzwiami i często przynosiło cierpienie i śmierć, rasizmie, morzu alkoholu, chorobach, więc niby gdzie jest w tym miejsce na piękno?

To piękno nieoczywiste, surowe, nieokiełznane jak sama Afryka. Pachnące słońcem i spieczoną ziemią. Odszukanie go nie jest łatwe, ani na początku, ani w trakcie lektury. Można je odnaleźć chyba dopiero we własnych przemyśleniach, gdy ,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” już od dawna leży na półce.

„Dziś wieczorem nie schodźmy na psy to porywająca opowieść o dzieciństwie spędzonym w Afryce – zniewalająco pięknym, ale i pełnym grozy, beztroskim, choć czasem bolesnym i trudnym. Alexandra Fuller przenikliwie opisuje tamte niespokojne lata i pękającą „bańkę anglocentryzmu”. Z czułością i humorem opowiada losy swojej rodziny, która mimo niechęci do miejscowej ludności, ciężkich warunków życia i niesprzyjającej fortuny nie wyobrażała sobie życia poza Afryką. Choć jest to wspomnienie niespokojnego życia w miejscu często niegościnnym, Fuller potrafi znaleźć śmiech tam, gdzie nie ma z czego się cieszyć.

Książka jest laureatką Winifred Holtby Memorial Prize 2002, była także nominowana do nagrody za debiut przyznawanej przez dziennik „The Guardian”, w 2002 roku uznana została za jedną z najważniejszych książek roku według dziennika „The New York Times”, a w 2003 zdobyła tytuł Książki Roku w kategorii „Literatura faktu” przyznawany przez Amerykańskie Stowarzyszenie Księgarzy w ramach programu Book Sense.” 
opis: wyd. Czarne

Pojawiały się chwile, gdy zaczynałam wierzyć, że miłość Fullerów do Afryki nosi znamiona uzależnienia. Kontynent odebrał im tak wiele, jednocześnie przywiązując ich do siebie – tak naprawdę na wieczność. Ze wspólnych, niełatwych przeżyć powstały silne więzi i budząca podziw wola przetrwania; w końcu matka, ojciec i siostry byli jedyną przystanią dla siebie nawzajem. Alexandra z uwagą i pieczołowitością spisała losy swojej rodziny, którą Wielka Historia rzucała z kraju do kraju - Rodezji (obecnie Zimbabwe), Malawi i Zambii. Fantastyczny zmysł obserwacji pozwolił jej na uchwycenie zmian, tych małych, dotyczących jej krewnych, oraz tych dużych, związanych z innymi ludźmi. Jako osoba dorosła prześledziła ścieżkę swojego dorastania, patrząc jednocześnie oczami dziecka oraz kobiety, którą później się stało. Zachwyt Afryką może nie jest od razu dostrzegalny, ale wraz z upływem opowieści czytelnik przekonuje się, jak mocno tamtejsza rzeczywistość i przyroda wżarły się w skórę Alexandry.

Jeśli ktoś pisze o tej książce, że w pewnym sensie jest ona stosem wspomnień należących do zadufanych w sobie rasistów – to ma trochę racji i jednocześnie popełnia niespecjalnie odkrywczą uwagę. Dlaczego? Sama Alexandra zdaje sobie sprawę z mentalności jej rodziny i nie udaje, że ,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” jest czymś innym, na przykład uroczą afrykańską pocztówką. Autorka nie tuszuje faktu, że rasizm nie był im obcy, nie wybiela swojej matki i jej niekonwencjonalnego zachowania. Bezgraniczna miłość miesza się z zażenowaniem i smutkiem, stara się ją zrozumieć, ale dla niej jest to tak samo trudne, jak dla czytelnika próba zrozumienia miłości Fullerów do Afryki. Jednak z drugiej strony to nie jest tak, że z każdej strony wycieka rasizm i zarozumiałość. Bardzo skrzywdziłabym tę książkę, gdybym tak napisała, bowiem ,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” jest o wiele bardziej złożone i skomplikowane. To historia rodziny, która zmaga się z własnymi demonami, bezlitosną naturą i jednocześnie próbuje się odnaleźć w społeczności stojącej na progu dziejowych zmian. To historia białych kolonizatorów, farmerów, którzy spadli z pozycji panów, stając się pariasami. To historia dawnego życia, które roztrzaskano w proch, co jednocześnie stało się spełnieniem i koszmarem. Poszczególne płaszczyzny ściśle przenikają się i na ich styku od czasu do czasu pojawia się rasizm. Postronnego obserwatora może razić ta początkowo zapiekła nienawiść, lista zasad, która odróżniała ,,białych” od ,,czarnych”, lepszych od gorszych. Taka była ówczesna mentalność kolonizatorów i system, w którym żyli. Można się na to zżymać i przyznawać tej autobiografii jedynki, albo potraktować ją jako świadectwa pojedynczych świadków, którym przyszło żyć w raczkujących, postkolonialnych czasach. Fuller daleko do powściągliwej poprawności, ale musiała ją porzucić, skoro zdecydowała się na szczerość. Zawiera w swojej opowieści obserwacje na temat społeczeństwa, którego życie wywróciło się do góry nogami. Wolność przyszła do nich wraz z krwią i chaosem. W jednych obudziło się dobro i człowieczeństwo, w innych małostkowość i chciwość. Poorana bliznami Afryka zaczęła się zmieniać, a wraz z nią – Fullerowie. Metamorfoza była tak naprawdę nieunikniona. 

,,Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” to codzienność, której nigdy nie poznamy – tak samo piękna, jak i okrutna. Surowa, żywiołowa, egzotyczna – nie tylko ze względu na kontynent. Pasjonująca i odważna w swej szczerości historia rodziny Fullerów z rozpadem kolonii w tle. Świadectwo nierozerwalnej więzi białego człowieka i Afryki, której nie zdołało zniszczyć cierpienie ani własne uprzedzenia. Lektura może nie najłatwiejsza, ale za to pochłaniająca czytelnika, okraszona fotografiami z prywatnego archiwum autorki. Na mnie czekają już ,,Rozmowy pod drzewem zapomnienia”, kolejny tom o życiu rodziny Fullerów, tym razem poświęcony rodzicom Alexandry. Mam głęboką nadzieję, że będzie to wyborne uzupełnienie do niełatwej i obfitującej w dramatyczne wydarzenia sagi o Fullerach.

5 komentarzy:

  1. Jestem mega zainteresowana tą książką! Koniecznie muszę przeczytać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy tytuł - ciekawe wnętrze! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam takie niepozorne książki, o których nikt nie wspomina za dużo a które mają w sobie coś naprawdę wartościowego :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zachęciłaś mnie do przeczytania w 100%. Muszę rozejrzeć się :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie przypuszczałam, że ta niepozornie wyglądająca książka może kryć w sobie aż tak interesujące wnętrze. Będę zatem mieć ją na uwadze.

    OdpowiedzUsuń