4 kwi 2014

Szerzymy czytelnictwo! Wśród czytających... - czyli o kampaniach i tych strasznych badaniach.


 
Uwielbiam czytać. Dzień bez książki jest dla mnie dniem straconym. Nieważne, czy przeczytam stron dziesięć, czy sto, ważne, że choć na chwilę zetknę się z literaturą. Od kilku lat na blogu i portalach książkowych dzielę się swoimi wrażeniami odnośnie danego tytułu. Takich osób jak ja jest wiele, wystarczy zerknąć, ile istnieje blogów recenzenckich. Do tego grona należy dodać osoby, które czytają, ale nie recenzują. W taki sposób powstanie spora grupa.

Jednak niektórzy uważają, że to ciągle zbyt mało. Panuje ogólna panika – książkowi mędrcy głoszą, że poziom czytelnictwa spada, że dzieci nie czytają, że dorośli nie czytają, nawet koty przestały obgryzać brzegi okładek. Lekiem na całe zło mają być kolejne kampanie promujące czytelnictwo, które mnożą się i mnożą.

Świat czytelniczy chce wyjść ,,do ludu”, choć sam zmaga się z wieloma problemami. Tak na dobrą sprawę, to trwa wieczna wojna – papieru z elektroniką, czytelników z czytelnikami, krytyków z blogerami, autorów z krytykami, autorów z blogerami… Żyć nie umierać, codziennie coś się dzieje.

Dzisiejszy tekst nie ma na celu obrażenia kogokolwiek. Jest za to ździebko wyolbrzymiony (cóż za gra słów…) i przejaskrawiony. Radzę spojrzeć na niego przez palce. Choć sporo prawdy się w nim znalazło. Żeby nie było nieporozumień: wszelakie kampanie, szczególnie te pomysłowe, popieram z całego serca, ale nie mogę nie zauważyć, że niektóre z nich trafiają tylko… do czytających. I nieważne, jak bardzo przewrotne i dowcipne one są, to nie spełniają swojej roli.

Przede wszystkim nie szukajcie tutaj kolejnych argumentów ,,za” czytaniem. To znajdziecie we wspomnianych wyżej kampaniach. Ja postanowiłam stanąć po drugiej stronie barykady, co jest dość nietypowe dla mola książkowego. Próbuję spojrzeć na to całe zamieszanie oczami osoby, która za książkami nie przepada i... męczy ją to nagabywanie.

Eksperyment ,,inny punkt widzenia” czas zacząć.

,,Jak to - ty nie czytasz?!”
   
I wtedy też rodzą się ciężkie przypadki depresji, awantury, płacze i zgrzytanie zębów. Generalnie pytający nadyma się niczym rozdymka tygrysia i wypruwa sobie żyły, próbując wyjaśnić nieczytającemu, jak wielką i niewybaczalną zbrodnię popełnia. Jednocześnie czytający zastanawia się, jak nieczytający funkcjonuje – ma mózg, ma serce? Może spać w nocy? Potrafi się wysłowić?

Bo powiedzcie mi – jak tak można? Jak można nie czytać?

Ano można. 

,,Tylko czytanie nas ocali!”

Krew mnie zalała, gdy w jednej z wypowiedzi przeczytałam, że: ,,Czytanie nie kojarzy się z zabawą, przyjemnością, nie przynosi spodziewanej satysfakcji, a więc bywa bardzo szybko eliminowane z życia. Jego miejsce zajmują łatwiejsze, mniej absorbujące - zabawy na podwórku, sport, wycieczki, spotkania z rówieśnikami, telewizja i coraz częściej komputer.”*

Cała wypowiedź wydaje się bardziej wartościowa, ale mnie zainteresowała ta konkretna myśl. Sportsmenką nie jestem, ale w głowie mi się nie mieści, że dla kogoś sport jest łatwiejszy i mniej absorbujący niż czytanie. Wprost uwielbiam, gdy jedno hobby jest gloryfikowane kosztem innego – bo czytanie to takie oh, ah, ę, ą, a sport... To dla prostaków jest. Tak samo jak nawiązywanie kontaktów międzyludzkich – przecież najpierw książka, a potem człowiek. Przynajmniej tak sądzą niektórzy.

Prawda jest też taka, że nie potrafimy reklamować czytania. Wszelkie reklamy bazują na mieszance ośmieszania i poczuciu czytelniczej wyższości. Z nich można wręcz wywnioskować, że jeśli nie czytasz, to znaczy, że nic nie robisz. Każde hobby jest gorsze, ty jesteś gorszy, jeśli dasz się przyłapać bez książki w ręce. Serio chcemy wychodzić z założenia, że ,,czytanie albo nic”? Jak na osoby czytające, czyli z założenia światłe i obeznane ze światem, takie myślenie jest dość wąskie. Książki niestety nie uleczą z zaawansowanego chamstwa...

Nietrudno zauważyć, że robienie z czytania ,,cool” na siłę, osiąga zupełnie odwrotny efekt. Zamiast mody pojawia się zadarty nos. Ludzie już na starcie się zniechęcają, bo w pewien sposób czują się gorsi ze swoim hobby (czy też jego brakiem). Nie ma się co dziwić, skoro większość kampanii bazuje właśnie na tym przeklętym ,,nie czytasz, coś jest z tobą nie tak!”. Zero empatii, zero jakiegokolwiek zastanowienia. Nie da się zachęcić kogokolwiek do czytania, jeśli wcześniej nie uszanuje się jego zainteresowań. Nie wiem, kto wpadł na genialny pomysł, że ośmieszanie człowieka zachęci go do robienia czegokolwiek. Wyśmiewanie niebezpiecznie graniczy z brakiem szacunku, a ludzie nie są masochistami (przynajmniej większość) by brać udział w czymś, co im wcześniej ubliżyło. Wyobraźcie sobie taką sytuację: poznajecie kogoś i taki toczy się dialog…

- Czytasz?

- Nie… Nie bardzo.

- To jesteś debilem. Masz tu książkę, przeczytaj.

- Oh, dziękuję za uświadomienie mi mego debilizmu. Od dziś jestem molem książkowym. Ty i ja - przyjaciele na zawsze?

*kurtyna opada*


Nie wyobrażacie sobie takiej sytuacji? Ja też nie. Prędzej zamiast przyjaźni oferowano by nam limo pod okiem i zakaz zbliżania się. A właśnie tak subtelne są niektóre kampanie. Pomyślcie i powiedzcie, ile SKUTECZNYCH kampanii odnośnie czytelnictwa pamiętacie? Ile z nich przekonało nieczytających do czytania i było czymś więcej niż tylko ciekawostką w świecie czytających? Ile z tych kampanii wyszło poza grono książkoholików i faktycznie trafiło tam, gdzie trafić miało? Na widok takich plakatów osoby czytające uśmiechną się pod nosem, a nieczytający - albo kompletnie nie zwrócą na nie uwagi, albo skomentują cierpko. Nieważne, jak fantastyczna będzie ta akcja i tak miażdżąca przewaga ,,lajków" na Facebooku będzie pochodziła od fanów czytania.

Uczenie dzieci o wartości czytania to nieco inna sprawa – wspólne czytanie, wręczanie kolorowych książeczek w szkole może zaszczepić miłość do literatury. Może, ale nie musi, choć ze wszystkich metod, ta ma największe szanse powodzenia. Wiadomo, czym skorupka za młodu… i tak dalej. Przy czytaniu i dzieciach pojawia się oczywiście temat lektur. Połowa czytelników na kanon psioczy, a druga połowa go broni. I tak już chyba zostanie, bez względu na to, jakie tytuły się pojawią, a jakie znikną. Wiadomo, że każda epoka musi być omówiona i mieć swojego przedstawiciela w postaci książki - bo to obowiązek, który jest nie do ruszenia. Na nowe książki nie ma najzwyczajniej w świecie ani miejsca, ani czasu. To wie każdy, kto kiedykolwiek był w szkole. By zdążyć z omówieniem lektur do egzaminu szóstoklasisty/gimnazjalisty/maturalnego, książki czyta się i omawia błyskawicznie, jak na taśmie, jedna za drugą, a ci, którzy nie są w stanie wytrzymać takiego tempa, zostają stratowani. Jeśli do tego dołożymy często potężne gabaryty i przestarzały język... Nie tak trudno dziwić się tym, którzy mówią, że to szkoła zniechęciła ich do czytania. Ja też chwilami miałam dosyć książek, choć było sporo lektur, które mi się naprawdę podobały.

,,Książek tak dużo = ambitnie tak bardzo”

A może by tak bić na alarm, że coraz mniej osób docenia sztukę i potrafi ją rozumieć? Dlaczego nikt nie wpada w panikę, że coraz mniej osób ma zdolności manualne i narysowanie prostej kreski zaczyna być problemem? Lekcje plastyki są traktowane byle jak, byle było, przeciętny Kowalski zna się na malarstwie jak kura na pieprzu. Ja, szczerze mówiąc, nie przypominam sobie żadnej większej kampanii dotyczącej popularyzowania malowania, rysowania czy sztuki w ogóle. A teatr? Ile osób chodzi do teatru po zakończeniu obowiązkowej edukacji? A ile osób NIE chodzi? Jakoś z tego powodu nie zauważyłam ogólnonarodowej rozpaczy. Tak samo jest ze zwiedzaniem muzeów i galerii.

Czytanie, tak jak i malarstwo czy sport, wymaga czasu oraz pieniędzy. Jeśli ktoś odkłada każdy grosz na wysokiej jakości sprzęt do ćwiczeń czy przyrządy do rysowania, to logiczne, że nie kupuje książek na kilogramy bądź czyta mniej. Osoby rozkochane w muzyce wydają pieniądze albo na instrumenty, albo na bilety koncertowe i dojazd. Miłośnicy fotografii inwestują w kursy i sprzęt. Pomyślcie o dowolnym hobby i o tym, ile czasu oraz pieniędzy ono pochłania. A do tego trzeba dorzucić jeszcze obowiązki.

Gdyby niektórzy przestali zadzierać nosa i wyjrzeli zza swej czytelniczej wspaniałości, to dostrzegliby, że istnieją inne hobby oprócz czytania. Sport, podróże, muzyka, gotowanie, malarstwo, fotografia, taniec, rzeźba, grafika komputerowa, projektowanie i szycie, praca nad własnymi filmami, modelarstwo, wolontariat… Można tak w nieskończoność. Tłumaczenie, że czytanie stoi wyżej od tego czy tamtego, tak naprawdę do niczego nie prowadzi. ,,Ale jak ty możesz nie widzieć różnicy?!” – owszem, widzę różnicę, bo każde zajęcie jest inne, czy to słuchanie muzyki klasycznej, uprawianie sportu czy czytanie. Umniejszanie i wywyższanie niczego nie zmieni. Co z tego, jeśli ja czy ktokolwiek inny powie, że czytanie to jedyna słuszna droga rozwoju? Usłyszycie w odpowiedzi ,,No i co z tego?", ,,Co mnie to obchodzi?". Jeśli ktoś książki tykał tylko kijem, to żadne zmuszanie i okładanie tymże kijem jego nastawienia nie zmieni. Niewiele osób ma taką charyzmę, siłę przebicia i, co najważniejsze - autorytet, by ich słowa o wartości czytania trafiły do każdego i by zatwardziali nieczytający uderzyli się w pierś, po czym rzucili do księgarni czy biblioteki.
 
Z drugiej strony, jak już tak przy kampaniach jesteśmy, to czemu by nie zachęcać do czytania jednocześnie doceniając inne hobby? Dlaczego by nie udowodnić, że w twoim życiu jest miejsce na literaturę – nieważne co robisz. Malarka tworząca obrazy poprzez malowanie słów na płótnie i nadawanie im kształtu – czemu nie? Plakaty z ciekawymi grafikami i fragmentami poezji bądź prozy wiszące na przystankach autobusowych – czemu nie? Fotografie z wykorzystaniem książek bądź stylizowane na okładki powieści – czemu nie? Czytanie zbyt rzadko jest prezentowane jako dodatek do życia, a zbyt często jako Jedyne I Słuszne Zajęcie Ponad Wszystkimi.

Wszystko jest lepsze od wytykania, że jesteś głupi, bo nie czytasz.

,,Do czytania trzeba zachęcać!”

Tak, a także oznaczać specjalne ścieżki do księgarń i bibliotek, na przykład obok ścieżek rowerowych. Wyobrażacie sobie coś takiego? Chodnik szary, dla tych przyziemnych, co nie czytają, chodnik czerwony dla rowerzystów i żółty dla czytających.

Ludzie nie są debilami, wiedzą o istnieniu bibliotek i o tym, co stoi na półce w księgarni. Nikt ich od wejścia nie odpycha i nie robi testu na IQ przed zakupem książki. Prawda jest taka, że choćbyśmy darli szaty, to nie namówimy nikogo do czytania, jeśli nie będzie w nim chęci by sięgnąć po książkę. Nawet jeśli siłą wepchniemy mu w ręce tom, to może co najwyżej rzucić go na dno szuflady.

Pomijając fakt, że nie każdego stać na zakup dużej ilości książek, to czy ktokolwiek bada czytelnictwo ,,z drugiej ręki”? – poza kupowaniem nowych książek istnieją także wymiany książkowe, kupowanie używanych egzemplarzy, pożyczanie, kupowanie ,,za punkty” na niektórych portalach, wygrywanie konkursów, czytanie egzemplarzy recenzenckich… I czy jakiekolwiek badania docierają do absolutnie wszystkich czytających?

,,Czytam = jestem od ciebie lepszy?"

Wiadomo, że czytanie wzbogaca słownictwo, rozwija wyobraźnię i kreatywność, może służyć jako terapia, i robi milion innych, pożytecznych rzeczy. O tym czytający wiedzą, a nieczytający może się kiedyś przekonają na własnej skórze. Czy jednak jakakolwiek kampania jest w stanie zachęcić do czytania? Czy chwytliwe hasła są w stanie cokolwiek zmienić? Jak do kogoś trafić, zamiast się od niego odbić?

I dlaczego ja, osoba która naprawdę lubi czytać, zarówno książki ambitne, jak i te czysto rozrywkowe, nie zdecydowałam się na wpis, który byłby kolejnym peanem? Dlatego, że wydaje mi się, że nie można mówić o jakimkolwiek skutecznym przekonywaniu do czytania, jeśli nie umiemy wczuć się w sytuacje osoby nieczytającej. Wyśmiewanie się na przemian z wciskaniem książek drzwiami i oknami, według mnie nie jest dobrą metodą. Wystarczy wyobrazić sobie, że ktoś terroryzuje was, bo nie znacie się na muzyce, albo nie macie fioła na punkcie sportu. To prędzej zniechęci niż wzbudzi ciekawość.

Tak na marginesie: przeglądając styczniową listę bestsellerów GfK Polonia (szkoda, że nie podano ilość sprzedanych egzemplarzy - w każdym razie ja tego nie znalazłam, jeśli ktoś wie, gdzie je można znaleźć, będę wdzięczna za informację), zaczęłam zastanawiać się, czy faktycznie jest tak, że Polacy nie czytają, czy może dla kogoś problemem jest to, CO czytają. Narzekaniom nie ma końca - jeśli ktoś nie czyta, to rozpacz; jeśli ktoś czyta mało ambitne książki, to wrzask; a jeśli_____ to______. Ciągle jest źle i niedobrze, a jeśli ktoś osiągnie pewien pułap, to od razu chcemy, żeby szedł wyżej - bo czyta za mało, za cienkie książki, niezbyt ambitne, bo nie lubi ebooków...

Uwielbiam czytać i chciałabym, by każdy czerpał z czytania taką samą przyjemność, jak ja. Jednocześnie zastanawiam się, czy jest jakikolwiek skuteczny sposób na propagowanie czytelnictwa. Jak zaszczepić w kimś potrzebę czytania? Czy to jest w ogóle możliwe? Jak przestawić ten pstryczek w mózgu dorosłego człowieka - można na niego wpłynąć czy musi sam poczuć potrzebę?

20 komentarzy:

  1. Jak ja próbuję zachęcić do czytania....to moja sis ucieka ode mnie!! :d

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, może nie jest stworzona do czytania, a może dopiero nadchodzi jej czas jako mola książkowego ;))

      Usuń
  2. Fajny wpis :) Bardzo nie lubię wartościowania zainteresowań - sama lubię czytać, ale nie uważam, że jest to lepsze hobby od innych. Nie rozumiem też tej presji, że więcej ludzi powinno czytać - bo co? Może ktoś woli inaczej spędzać czas i nie zależy mu na bogatym słownictwie? ;) I wydaje mi się, że odkąd powstały książki, ZAWSZE mały odsetek ludzi je czytał - bo kogo było stać na ręcznie przepisywane przez mnichów księgi, kto miał czas czytać, leżąc na szezlongu, francuskie powieści itd.? Dzisiaj te same czynniki mają wpływ na czytanie: pieniądze i czas, i chyba jeszcze bardziej niż dawniej - chęć.
    Zgadzam się, że warto dzieciom pokazywać, że istnieją książki i może to być fajne hobby. Ale i tak uważam, że to sztuka, prace plastyczne, malarstwo potrzebują większej pomocy i promocji - już teraz widuje się dzieci, które nie umieją korzystać z nożyczek (wiele ćwiczeń "manualnych" w podręcznikach polega na wyciskaniu wzorów, nie na wycinaniu!). Z malowaniem jest jeszcze gorzej - zwłaszcza gdy rodzice kupują tanie farbki (niektórych nie stać, niektórzy nie rozumieją, że to ma znaczenie), którymi nawet Picasso by nic nie namalował, bo np. nie łączą się kolory!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie i choć sama talentu plastycznego nie mam za grosz, może właśnie dlatego umiem docenić wartość sztuki. Chciałabym umieć więcej w tym temacie, ale po lekcjach plastyki ze szkoły... Rzetelne podstawy rysunku to mrzonka. Tak samo jest z malarstwem i fotografią. Wszystko jest traktowane po macoszemu. Wystarczy zapytać przeciętną osobę o kierunek w malarstwie i jego przedstawicieli albo o słynnych fotografów i fotografików i... ,,ups, to tacy są?".
      Dobija mnie, gdy osoby trąbiące o wszechstronnym rozwoju gwiżdżą sobie na każde zajęcie, które nie jest czytaniem. Czytanie rozwija, ale w każdym kierunku. Naciskanie na jeden element, przy zaniedbywaniu innych to powolne kulturalne samobójstwo.

      Usuń
  3. Baaardzo mi się twój tekst spodobał. Pamiętam jak rozmawiałam w "Oko w oko" z Alison2 i ona poruszyła ten temat. Uważam, że czytać warto i że osoby nieczytające dużo tracą, a także że dobrze jest szukać dróg, którymi można ich zachęcić do sięgnięcia po książkę. Zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci. Co nie znaczy, że książka ma się stać sensem życia dla wszystkich ludzi. Tak nigdy nie będzie i nawet być nie powinno. A już stawianie siebie na piedestale, jako osoby mającej jedyne słuszne hobby, to już w ogóle dramat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram - naprawdę warto czytać, ale niektórzy podchodzą do tego tematu z niezdrowymi emocjami i nie mogą zrozumieć, że dla każdej osoby wartość czytania może być inna.

      Usuń
  4. Napisałaś naprawdę interesujący post, rewelacyjny, przeczytałam z ogromną przyjemnością. :D
    Teraz kocham czytać i nie mogłabym bez tego żyć, ale kiedyś nienawidziłam książek i wszystkiego co z nimi było związane, moim stałym stwierdzeniem było "Ludzie czytający książki to idioci" itd. Więc doskonale wiem jak to jest "po tej drugiej stronie". :P Nikt mnie do czytania nie zachęcał, nikt mi książek na siłę nie wciskał, lektur nie czytałam i jakoś sobie powolutku żyłam, zmieniło się to pewnego dnia, to właściwie było bardzo bardzo bardzo dziwne. Bo byłam z rodzicami na zakupach i przy okazji pomyślałam, że odwiedzę sobie bibliotekę (do tej pory zastanawiam się co mi wtedy odbiło). :D Wypożyczyłam "Zaćmienie". Ha! Tak, zaczęłam "Zmierzch" od trzeciej części i nie masz pojęcia jaka byłam wtedy nią zachwycona. Teraz mi wstyd, bo tak serio to nie ma w niej nic wartego uwagi. Gdy czytałam (a czytałam cały dzień i następny następny następny) oczy mojej mamy były jak pięć złotych. :o Nie mogła uwierzyć. A ja sobie tylko powtarzałam, że zaraz to "szaleństwo" się skończy i jakoś nadal trwa, hm...
    Dużo z moich koleżanek zachęciłam do czytania, oczywiście nie pożerają książek w takich ilościach jak ja, ale gdy trafię na jakieś cudo, które wyjątkowo mi się spodoba to i one sięgają, bo im z przyjemnością pożyczam własny egzemplarz. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, ja tam darzę ,,Zmierzch" i pozostałe tomy sentymentem ;) Pamiętam, jak niecierpliwie wyczekiwałam na kolejne tomy i choć faktycznie nie jest to literatura najwyższych lotów, to wciąga i może zainteresować czytaniem do tej pory nieprzekonanych (jak widać na twoim przykładzie :) ). Nigdy nie wiadomo, czy nawet największa szmira nie zainspiruje kogoś do sięgania po coraz ambitniejsze tytuły. U niektórych osób pojawia się taka niewytłumaczalna potrzeba, żeby sięgnąć po książkę, a inni z kolei nie mają takiej chęci przez całe życie.

      Usuń
  5. Interesujący punkt widzenia.
    Zwykle posty dotyczyły jedynie - dlaczego warto czytać?

    Ja z książką się nie urodziłam. Nie byłam molem książkowym od urodzenia. Jako wzorowa uczennica czytałam lektury, lecz nic poza tym. Była jedna dobra duszyczka, która zawsze starała się mi tę książkę odsłonić, lecz z różnymi skutkami...
    I nagle BUM! Sama nie wiem, kiedy to się stało. Zaczęłam czytać - nałogowo. Nawet nie wiem, od jakiej książki zaczęłam tak gromadzić swoją biblioteczkę. Bo tak - to było i jest moje marzenie - pełna biblioteka, niczym z filmu.
    Sama zachęcam do czytania - chętnie pożyczam książki, które mi się spodobały. Otaczam się ludźmi, którzy szanują literaturę, więc nie jest źle :)
    W tym małym gronie szerzę to piękno słowa pisanego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za kolejny głos ,,w sprawie" :)
      Jesteś już kolejną osobą, która przyznaje, że zaczęła czytać... Po prostu. Fascynujące jest taka natura hobby. Nagle pojawia się taka nieprzymuszona potrzeba. Podejrzewam, że gdyby ktoś odkrył, co stoi za takim ,,chceniem" bądź awersją to każda kampania byłaby w 100% skuteczna :)
      Też zauważyłam, że jednym z całkiem skutecznych sposobów na zarażanie zainteresowaniem do książek, jest właśnie poprzez małe grono, w którym ktoś czyta i poleca ten czy inny tytułu.

      Usuń
  6. Świetny tekst, zgadzam się z wieloma rzeczami, na które zwróciłaś uwagę. Bardzo lubię czytać, ale mam też inne zainteresowania, dlatego nie oburzam się, że ktoś akurat woli zrobić coś innego niż czytać. I ja czasami mam ochotę pograć w grę albo obejrzeć serial i jakoś sięganie po powieść nie wydaje mi się w danym momencie atrakcyjne. Miłość do czytania zaszczepiła we mnie mama w dzieciństwie i sądzę, że gdyby tego nie robiła to jednak wyrosłabym na osobę, która od książek stroni, bo lektury szkolne interesujące nie są, przynajmniej jak byłam w podstawówce to nie były :P Kampanie społeczne uważam za nieskuteczne, moim zdaniem najlepiej przekonać kogoś do literatury podsuwając mu ciekawe książki i tyle. No i zadziwia mnie niesamowicie pogląd, że czytanie czegokolwiek jest rozwijające. Nieprawda, sama czytam głównie dla rozrywki i nie uważam, żeby przeczytanie byle czego było lepsze od zagrania w grę podejmującą ważny temat czy obejrzenie filmu ze świetnie zarysowanymi postaciami.

    Wrócę jeszcze do kwestii lektur. W liceum była w klasie z rozszerzonym polskim i nie miałam czasu na czytanie niczego poza lekturami, jedna lektura goniła drugą. Nie narzekałam jakoś bardzo, bo sama taki profil wybrałam, ale teraz z perspektywy czasu widzę, że w programie powinno znaleźć się też miejsce na naukę ortografii i interpunkcji. W LO w ogóle się na to nie zwraca uwagi, a szkoda, bo później dorośli, wykształceni ludzie cofają się do tyłu, opowiadają o faktach autentycznych i nie odróżniają frustracji od flustracji. A z interpunkcją sama mam problem i moim zdaniem powinno się chociaż o tym przypominać w liceum, a nie tylko lektury i lektury. No to pomarudziłam sobie trochę, na dodatek nie do końca na temat :P

    Zachęcać do czytania powinno się tak, jak do każdego innego zajęcia. Rodzice powinni podsuwać dzieciom lektury dostosowane do ich wieku i zainteresowań, znajomi powinni polecać nieczytającym dorosłym książki, które mogą ich zainteresować i już. A czasami ktoś sam z własnej potrzeby złapie bakcyla i też fajnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ,,Fakty autentyczne" rządzą - sama pamiętam swoje zdziwienie, gdy odkryłam w liceum, że skończyły się dyktanda i cała ta techniczna strona języka; zupełnie jakby nieważne było, że wcześniej niektóre osoby ledwo zaliczały te dyktanda. A potem poloniści załamują ręce nad wypracowaniami, które muszą pokreślić całe na czerwono, bo jest tyle błędów.

      Rzeczywiście, jak na razie nie wymyślono lepszego sposobu od ,,osobistych polecanek", bo kampanie to rzucanie grochem o ścianę.

      Usuń
  7. Otóż to, ostatnie zajęcia z gramatyki języka polskiego miałam jakoś w drugiej klasie gimnazjum :P

    Zapytam jeszcze o wygraną, dotarła już do Ciebie przesyłka?

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo interesujący tekst :) ja uwielbiam czytać, a moi znajomi nie. Nie wiem czy można kogoś zachęcić do czytania na siłę - ja przekonałam siostrę i koleżankę do pisanych historii - jednak nie czytają takiej ilości książek jak ja - ale to już plus. Mojej przyjaciółki niestety za żadne skarby nie mogę przekonać do książek - cóż każdy lubi coś innego :) Dzieci ani mąż też omijają moje regały dużym łukiem :P
    Ja książki - kupuje na aukcjach, wymieniam i pożyczam, wypożyczam - wszystkie sposoby dozwolone :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie - wszystkie sposoby dozwolone :)
      Ja zauważyłam, że często wśród moich znajomych nagle pojawia się taka czytelnicza ,,iskierka", by sięgnąć po książkę - ot, chęć spróbowania czegoś nowego. Każdego dnia może się w kimś obudzić przyczajony czytelnik, ukryty mól książkowy ;)

      Usuń
  9. Świetny post :) Sama swoją przygode z literaturą zaczęłam jakieś 2-3 lata temu. Wśród moich znajomych jest całkiem sporo czytelników i zanim zaczęłam czytać dziwiłam się "jak oni mogą lubieć czytać książki?!" Wydawało mi się to jakąś abstrakcją. W końcu sama sięgnęłam po książkę, jedną, drugą i tak dalej aż się w tym zakochałam i dzisiaj nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania chociażby jednego rozdziału. Nie uważam, zeby to było hobby jakiejś wyższej rangi niż inne. Hobby jak hobby. Każdy ma swoje zainteresowania i po co komuś wciskać swoje na siłe, jak to i tak nic nie da? W dzisiejszych czasach rzeczywiście, ludzie nie mają czasu na czytanie i preferują filmy. Niektórzy po prostu nie zetknęli się z tak dobrą książką, dzięki której zakochaliby się w czytaniu i też trudno się dziwić. Takie jest moje zdanie na ten temat ;) A jeżeli chodzi o te akcje to wątpie by takimi hasłami w jakiś sposób zachęciliby polaków do czytania.
    http://myawesomebooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, czasem wystarczy ta jedna odpowiednia książka, która obudzi drzemiące pokłady miłości do książek ;)

      Usuń
  10. Świetnie napisane! Dobrze, że ktoś zwrócił na to uwagę, bo choć mi się niektóre kampanie podobają, to faktycznie niewielu nieczytających nawet o nich wie, a co dopiero mówić o rozpoczynaniu czytania. I chociaż mnie raczej bawi takie obrastanie w piórka czytających, to rzeczywiście dla niektórych może bywać nieprzyjemne i nachalne.
    Ja nie zmuszam do czytania. Ja zachęcam. Mówię, że coś czytałam, opowiadam trochę o swoich książkach, czasem zabieram ze sobą kogoś do biblioteki, czytam przy nich, rozmawiam o ich książkach, polecam im coś, motywuję. I to przynosi efekty. Małe, ale zawsze. Żadna z tych osób wielkim molem się nie stała, ale coś przeczytały, zobaczyły, że książki nie muszą być nudne i że mogą stanowić wspaniałą rozrywkę! A lepiej czytać niewiele, niż wcale.
    Nie wszyscy czytają same ambitne tomiszcza, klasykę, nie wiadomo co, ale czy naprawdę o to chodzi? Czy czytanie dla przyjemności to jakaś zbrodnia? Może ktoś chce się po prostu odprężyć? Nie lubię też mówienia, że pewne książki są dla niewymagających. Czy nie lepiej brzmi określenie, że to lektura jest mniej wymagająca, a nie osoba, która po nią sięga? Nie wiem, może to takie moje przewrażliwienie, ale zawsze mnie to raziło.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Też zauważyłam, że są osoby wiecznie czytelniczo niezadowolone - jak ktoś nie czyta, to źle. Jak czyta mało, nieważne co - to chcą, żeby czytał więcej. Jak czyta popularną literaturę, czyli ,,nie ambitną" - to się krzywią, że nie sięga po książki z wyższej półki.
    Słowem: są tacy, dla których będzie wiecznie źle. Zamiast narzekać, powinni doceniać każdą próbę czytelniczą ;)

    OdpowiedzUsuń