19 sty 2013

,,The Casual Vacancy" / ,,Trafny wybór" - J. K. Rowling

The Casual Vacancy 
Tytuł: The Casual Vacancy
Autor: J. K. Rowling
Wydawnictwo, rok wydania: Little, Brown; 2012
Ilość stron: 512


Polskie wydanie:
Tytuł: Trafny wybór
Wydawnictwo, rok wydania:  Znak, 2012
Ilość stron: 512
Cena: 39, 99/ 49, 99


$_$_$


Wiem, że nie wszyscy zaczytywali się książkami o Harrym Potterze, ale chyba każdy wie, kim jest Joanne Kathleen Rowling. Jej ogólnoświatowy, spektakularny sukces nie przeszedł niezauważony, razem z jej sławą i fortuną. Nikogo więc nie zdziwił fakt, że na wieść o nowej powieści spod jej pióra, świat czytelniczy zaczął wręcz buzować z ciekawości. Bo to dla dorosłych, bo to TA Rowling, bo co ona mogła jeszcze stworzyć, bo przecież jest bogata, to po co jej dalej pisać (tak, takie głosy też się pojawiały). Przyznam, że i ja jako osoba, która prawie się wychowała na serii o młodym czarodzieju, czekałam niecierpliwie na premierę ,,The Casual Vacancy”. Gdy tylko w księgarni ujrzałam czerwono-żółty tom z charakterystycznym krzyżykiem, nie pozostało mi nic innego, jak tylko go zakupić i przenieść się do świata wykreowanego przez pisarkę.

Co tam zastałam? Śmierć, zabójczą ilość plotek, samookaleczanie, narkotyki, przemoc, seks, romanse, znów plotki, ludzką głupotę, slang i przekleństwa, od których puchną uszy, sekrety, które mogą zniszczyć niejedno życie, a wszystko to w przesłodkiej scenerii małego, uroczego miasteczka Pagford.

Muszę przyznać, że nie tego się po J. K. Rowling spodziewałam. Fakt, zarzekałam się, że podejdę do tej powieści, jak do debiutu, wyrzucając z głowy poprzednie osiągnięcia, ale i tak wyrwanie z magicznego świata i zderzenie z betonowym chodnikiem Pagford było dość… wstrząsającym przeżyciem.

Przyznam szczerze, że początkowo lektura książki szła mi jak po grudzie. Nie mogłam się wciągnąć, a mnogość nazwisk wcale mi tego nie ułatwiała. Rozpoczęcie powieści, poza śmiercią Barry’ego Fairbrothera nie zapowiadało się szczególnie ekscytująco. Całe szczęście, że nie mam w zwyczaju porzucania dopiero co rozpoczętych powieści, bo po pewnym czasie akcja nabrała tempa, a ja zaczęłam pożerać kolejne strony, chcąc się dowiedzieć, co stanie się z bohaterami.

Bohaterów, co trzeba przyznać, na kartach książki jest co niemiara. Poznajemy chociażby wdowę po zmarłym, Mary Fairbrother i czwórkę jej dzieci; następna jest rodzina Price - Simon, jego żona Ruth oraz synowie Andrew i Paul. Mollisonowie składają się z Samanthy, Milesa, ich córek Lexi i Libby oraz seniorów Howarda i Shirley. Nie można zapomnieć o państwu Wall, Colinie i Tessie oraz ich synu Stuarcie. Rodzina Jawanda ma pięciu członków: Parminder i Vikrama, Jaswanta, Sukhvinder i Rajpala. Pośród nich próbuje odnaleźć się Krystal Weedon, córka narkomanki imieniem Terri, która praktycznie sama wychowuje swojego młodszego, niespełna czteroletniego brata Robbiego. Niech was jednak nie zwiedzie ta lista – to i tak nie są wszyscy bohaterowie.

Przez większą część książki akcja toczy się dość nieśpiesznie, autorka daje nam czas na zapoznanie się z postaciami, relacjami pomiędzy nimi oraz problemami, z jakimi się borykają. Przeskakujemy z domu do domu, z osoby na osobę, zyskując tym samym coraz wyraźniejszy obraz Pagford. Przy okazji poznajemy język, jakim się posługują. Rozszyfrowanie slangu mieszkańców Fields czasem przyprawiało mnie o ból głowy, ale mimo to uważam to za rewelacyjny zabieg, który pomaga uchwycić różnicę pomiędzy poszczególnymi bohaterami.

Jeśli chodzi o wspomnianą w opisie powieści wojnę wszystkich ze wszystkimi, to najjaskrawiej według mnie przedstawia się konflikt na linii dorośli – nastolatki. W obliczu wszystkich problemów oraz sekretów wychodzących na jaw, walka ,,o stołek” w Radzie jest zepchnięta na n-ty plan. Pisarka nie oszczędza swoich bohaterów, obnażając ich wady i sekrety. Szydzi przy tym z głupoty i krótkowzroczności niektórych. Tak oto tyran i despota terroryzuje własną rodzinę, jednocześnie drżąc przed tym ,,co powiedzą ludzie?!”. Osoby nie mające pojęcia o pracy z uzależnionymi chcą zamknąć klinikę odwykową ,,bo im się nie opłaca”, nie bacząc na leczących się w niej ludzi. I ci nieszczęśni rodzice, który biadolą, że nie znali swoich dzieci, choć wcześniej komunikowali się z nimi wyłącznie za pomocą wrzasku. Dzieciaki, traktowane przez swoich rodziców jak śmieci, w końcu pękają i decydują się na podjęcie desperackich kroków, które wywracają życie mieszkańców Pagford do góry nogami. Trzeba przyznać, że wizerunek dorosłych w tej powieści nie nastraja optymistycznie. Są bezmyślni, aroganccy, egoistyczni i ograniczeni. Wiedzą doskonale co się dzieje w sąsiada za płotem albo kto się potknął wczoraj przed sklepem, ale nie widzą tragedii rozgrywającej się pod ich dachem. Ich dzieci z kolei próbują zwrócić na siebie uwagę na rozmaite sposoby, próbując ,,naprawić” swoje rodziny. Nie znaczy to, że są bez wad, sięgają po narkotyki, alkohol, znęcają się nad innymi i również przyczyniają się do tragedii, ale jest ona raczej skutkiem właśnie tej rodzicielskiej ,,nieobecności”. Finalnie to właśnie nastolatki okazują się dojrzalsi niż ich rodzice, którzy mogli zapobiec nieszczęściu, gdyby byli mniej skupieni wyłącznie na sobie.

Autorka portretuje świat, który dobrze znamy a do którego nie zawsze chcemy się przyznać. Nieszczęście, które dla jednej rodziny jest źródłem tragedii, dla reszty świata jest źródłem plotek. Ważniejsze od tego, jak się czują najbliżsi, są makabryczne szczegóły, świadkowie i to, kto pierwszy puści informacje w obieg. Po śmierci Barry’ego chociażby, rozpoczyna się wyścig kto komu szybciej i dokładniej zrelacjonuje przebieg jego śmierci. Nagminny jest również brak szczerych rozmów, które są zastępowane przez szykany, jak ,,cudownie” ukazano to na przykładzie rodziny Simona czy Parminder. Dostaje się również ,,wyższym sferom” za to, że obracają ludzkie tragedie w abstrakcyjne pojęcia, którymi mogą się przerzucać podczas wyborczych debat i mam tutaj na myśli wątek Krystal Weedon. Niewiele jest osób, które dostrzegają jej dramat i próbując naprawdę pomóc. Przez resztę świata jest uznawana za głupią, wulgarną ,,dziewuchę” i spychana na margines. Jest sądzona po swoim zachowaniu, ale mało kto zastanawia się, co sprawia, że ona zachowuje się tak, a nie inaczej.

,,The Casual Vacancy” ma ambicję być paskiem, którym społeczeństwo dostanie po tyłku. Całkiem nieźle się w tej ambicji realizuje, to muszę przyznać. Ukazuje hipokryzję oraz ,,piekiełko” międzyludzkie w całej ich glorii i chwale. Czy sięgnięcie po tę książkę było trafnym wyborem? Myślę, że tak. Rowling udowodniła, że potrafi dobrze pisać i trzymać w ryzach wielowątkowość powieści. Stworzony przez nią świat jest wręcz boleśnie wiarygodny tak samo zresztą, jak i postacie. Fanom Rowling nie muszę tej powieści polecać, bo zgaduję, że sięgną po nią chociażby z czystej ciekawości; niezdecydowanym z kolei radzę spróbować się przełamać i po ,,The Casual Vacancy” sięgnąć, bo książka jest zdecydowanie ciekawsza niż wskazywałby na to jej opis.

6 sty 2013

,,City of Lost Souls"/,,Miasto Zagubionych Dusz" - Cassandra Clare

City of Lost Souls (The Mortal Instruments, #5) 
Tytuł: City of Lost Souls
Autorka: Cassandra Clare
Wydawnictwo, rok wydania: Walker Books, 2012
Ilość stron: 553 (w tym 9 stron opowiadania ,,Mroczna przemiana")


Polskie wydanie

Tytuł: Miasto Zagubionych Dusz
Wydawnictwo, rok wydania: MAG, 2012
Ilość stron: 556
Cena: 39,00 zł


~~***~~
 

Przebrnęłam!

Tak mniej więcej brzmiało moje pierwsze słowo po przeczytaniu ,,City of Lost Souls”. Książkę odkładałam kilka razy, po czym do niej wracałam, niektóre fragmenty były

niczym

           brnięcie

                       przez

                               bagno.


Ki diabeł?


Myślałam kilkakrotnie w trakcie lektury. To nie Cassandra Clare jaką znałam. To nie są postacie, które polubiłam. Coś z tym światem jest bardzo, bardzo nie tak. Poprzednie tomy wręcz pochłaniałam z ciekawości, co też nowego autorka wymyśliła, podobało mi się jej lekkie pióro i niebanalny, cięty humor. To, co znam i co pozostało to humor, choć jest go zdecydowanie mniej oraz język, jaki posługuje się Cassandra przy kreowaniu świata.

W tym rollercoasterze pojawia się kilka wydarzeń, które ratują całą książkę i nie pozwalają się do reszty zanudzić. Bo niestety, ale Cassandra powędrowała do krainy romansu i przez większość czasu musimy zaczytywać się w westchnieniach tego czy innego bohatera względem tej czy innej bohaterki (bądź odwrotnie). Niestety, wspomniane wydarzenia to tylko urywki na tle całości – wątek z pierścieniami dla królowej był pomysłowy, ale z kolei nie dowiemy się zbyt wiele o Żelaznych Siostrach i Cytadeli chociażby. Z drugiej strony, podczas czytania miałam wrażenie, że ,,City of Lost Souls” jest czymś na kształt koszmarnie przydługiego wstępu do wielkiego finału, dopiero ostatnie sto stron zaczęło nabierać jako takiego tempa. Tak na marginesie, podliczając sytuacje, w których coś się dzieje, występują one tak średnio co 50 stron, w porywach do 100.

Słowem: historia jest coraz mocniej naciągana, by starczyło na kolejną 500 stronicową książkę i zaczyna trzeszczeć w szwach. Zamiast oczekiwać z niecierpliwością, co też przygotowano na kolejnych stronach, teraz ze znudzoną miną obserwuję kolejnego diabła wyskakującego z pudełka. Nadmierne gmatwanie fabuły też może zaowocować nudą.

Sierotka Marysia i siedmiu (może trochę więcej) oszołomów

W ,,City of Lost Souls” pojawiają się chyba wszyscy bohaterowie, których można było spotkać w poprzednich tomach. Ich natężenie jest całkiem spore, a do tego autorka większości z nich poświęca uwagę. Towarzyszymy Jocelyn, Luke’owi, Mai i Jordanowi, Clary, Alecowi, Isabelli, Magnusowi, Simonowi…

Zdziwił mnie fakt, że ni z tego, ni z owego, charaktery naszych bohaterów tak bardzo się zmieniły. Jakby z tomu czwartego na piąty ktoś przełączył pstryczek.

Po raz pierwszy od tomu pierwszego, miałam ochotę złapać za największą patelnię, jaką świat widział i zdzielić Clary w jej rudy łeb. Jej jojczenie o tym, że Jace nie jest TYM JEJ Jace’em oraz ŻE TO MOŻE JEDNAK ON, oraz zachwyty nad jego wyglądem przysłoniły jej cały sens (samobójczej) misji. To nic, że za ścianą czyha najbardziej walnięty nie-człowiek na świecie, czas na małe podziwianie sześciopaka zawsze się znajdzie. Zamiast wypełniać zadanie, które sama sobie narzuciła, czas spędza na podziwianiu garderoby i randkowaniu ze swoim chłopakiem.

Wbijany nam do głowy obraz Isabelle jako dziewczyny twardej i walecznej, w tym tomie robi KRRRRACH. Teraz bardziej przypomina Clary, zagubioną i niepewną w kwestiach miłosnych.

Również Alec i Magnus przeszli metamorfozę, na gorsze. Lightwood z chłopaka, który zrobiłby wszystko, by chronić najbliższych, teraz sam jest gotowy wyrządzić krzywdę najbliższej mu osobie. I ta potrzeba, by rozdrapywać z chorobliwą ciekawością przeszłość, z całą świadomością szukając pomocy u kogoś, kto otwarcie chce jego krzywdy. Magnus również stracił na wyrazistości. Jego charakterystyczny styl bycia, pełen papuzich kolorów i humorystycznych spostrzeżeń, zatarł się, przez co ,,utknął” on obok Jocelyn, która na dobrą sprawę jest dość nijaka.

Tak, jak lubiłam Aleca i Magnusa i kibicowałam ich związkowi, tak teraz mam ochotę nawrzeszczeć na autorkę. Nie wiem, dlaczego zrobiła to co zrobiła (a zrobiła to w durny sposób), ale cały wątek z Camille również można było by wyrzucić

[spoiler czemu Maureen nie mogła zabić Camille wcześniej? Dlaczego Magnus zerwał z Alexandrem zamiast z nim porozmawiać, skoro wie, jak bardzo przeżywa on temat nieśmiertelności? Dlaczego z kolei Alec stał się takim egoistą i słuchał rąbniętej wampirzycy zamiast ukochanego? spoiler]


Nie wiem po co w ogóle wepchnięto wątek Mai i Jordana, którzy, na dobrą sprawę, spędzają czas na obmacywaniu i patrzeniu sobie w oczy. Nie wnoszą nic do fabuły, która i tak jest nadmuchana jak balon. Ale cóż, dzięki nim jest tak z dziesięć stron ekstra, a przecież o to chodzi, nie?

Z wesołej kompanii w tym tomie przypadł mi do gustu tylko Simon. To nadal ten sam lojalny i oddany przyjaciel oraz rozsądny człowiek (wampir, wiadomo o co chodzi ;) ). On chyba jako jedyny zdawał sobie sprawę z zagrożenia wiszącego w powietrzu. Jego czyny w ,,City of Lost Souls” zaskarbiły mu moją sympatię.

Co za dużo…

Przykro mi to mówić, ale jako fanka czuję się mocno rozczarowana, a jako czytelniczka – znudzona. Sięgnę po dalsze części z nadzieją, że autorka wróci do formy, którą znam z pierwszego tomu. Choć z drugiej strony obawiam się trochę, co czeka na nas w ,,The Dark Artifices” skoro już teraz zamiast podekscytowania, ziewa się z nudów.