6 sty 2013

,,City of Lost Souls"/,,Miasto Zagubionych Dusz" - Cassandra Clare

City of Lost Souls (The Mortal Instruments, #5) 
Tytuł: City of Lost Souls
Autorka: Cassandra Clare
Wydawnictwo, rok wydania: Walker Books, 2012
Ilość stron: 553 (w tym 9 stron opowiadania ,,Mroczna przemiana")


Polskie wydanie

Tytuł: Miasto Zagubionych Dusz
Wydawnictwo, rok wydania: MAG, 2012
Ilość stron: 556
Cena: 39,00 zł


~~***~~
 

Przebrnęłam!

Tak mniej więcej brzmiało moje pierwsze słowo po przeczytaniu ,,City of Lost Souls”. Książkę odkładałam kilka razy, po czym do niej wracałam, niektóre fragmenty były

niczym

           brnięcie

                       przez

                               bagno.


Ki diabeł?


Myślałam kilkakrotnie w trakcie lektury. To nie Cassandra Clare jaką znałam. To nie są postacie, które polubiłam. Coś z tym światem jest bardzo, bardzo nie tak. Poprzednie tomy wręcz pochłaniałam z ciekawości, co też nowego autorka wymyśliła, podobało mi się jej lekkie pióro i niebanalny, cięty humor. To, co znam i co pozostało to humor, choć jest go zdecydowanie mniej oraz język, jaki posługuje się Cassandra przy kreowaniu świata.

W tym rollercoasterze pojawia się kilka wydarzeń, które ratują całą książkę i nie pozwalają się do reszty zanudzić. Bo niestety, ale Cassandra powędrowała do krainy romansu i przez większość czasu musimy zaczytywać się w westchnieniach tego czy innego bohatera względem tej czy innej bohaterki (bądź odwrotnie). Niestety, wspomniane wydarzenia to tylko urywki na tle całości – wątek z pierścieniami dla królowej był pomysłowy, ale z kolei nie dowiemy się zbyt wiele o Żelaznych Siostrach i Cytadeli chociażby. Z drugiej strony, podczas czytania miałam wrażenie, że ,,City of Lost Souls” jest czymś na kształt koszmarnie przydługiego wstępu do wielkiego finału, dopiero ostatnie sto stron zaczęło nabierać jako takiego tempa. Tak na marginesie, podliczając sytuacje, w których coś się dzieje, występują one tak średnio co 50 stron, w porywach do 100.

Słowem: historia jest coraz mocniej naciągana, by starczyło na kolejną 500 stronicową książkę i zaczyna trzeszczeć w szwach. Zamiast oczekiwać z niecierpliwością, co też przygotowano na kolejnych stronach, teraz ze znudzoną miną obserwuję kolejnego diabła wyskakującego z pudełka. Nadmierne gmatwanie fabuły też może zaowocować nudą.

Sierotka Marysia i siedmiu (może trochę więcej) oszołomów

W ,,City of Lost Souls” pojawiają się chyba wszyscy bohaterowie, których można było spotkać w poprzednich tomach. Ich natężenie jest całkiem spore, a do tego autorka większości z nich poświęca uwagę. Towarzyszymy Jocelyn, Luke’owi, Mai i Jordanowi, Clary, Alecowi, Isabelli, Magnusowi, Simonowi…

Zdziwił mnie fakt, że ni z tego, ni z owego, charaktery naszych bohaterów tak bardzo się zmieniły. Jakby z tomu czwartego na piąty ktoś przełączył pstryczek.

Po raz pierwszy od tomu pierwszego, miałam ochotę złapać za największą patelnię, jaką świat widział i zdzielić Clary w jej rudy łeb. Jej jojczenie o tym, że Jace nie jest TYM JEJ Jace’em oraz ŻE TO MOŻE JEDNAK ON, oraz zachwyty nad jego wyglądem przysłoniły jej cały sens (samobójczej) misji. To nic, że za ścianą czyha najbardziej walnięty nie-człowiek na świecie, czas na małe podziwianie sześciopaka zawsze się znajdzie. Zamiast wypełniać zadanie, które sama sobie narzuciła, czas spędza na podziwianiu garderoby i randkowaniu ze swoim chłopakiem.

Wbijany nam do głowy obraz Isabelle jako dziewczyny twardej i walecznej, w tym tomie robi KRRRRACH. Teraz bardziej przypomina Clary, zagubioną i niepewną w kwestiach miłosnych.

Również Alec i Magnus przeszli metamorfozę, na gorsze. Lightwood z chłopaka, który zrobiłby wszystko, by chronić najbliższych, teraz sam jest gotowy wyrządzić krzywdę najbliższej mu osobie. I ta potrzeba, by rozdrapywać z chorobliwą ciekawością przeszłość, z całą świadomością szukając pomocy u kogoś, kto otwarcie chce jego krzywdy. Magnus również stracił na wyrazistości. Jego charakterystyczny styl bycia, pełen papuzich kolorów i humorystycznych spostrzeżeń, zatarł się, przez co ,,utknął” on obok Jocelyn, która na dobrą sprawę jest dość nijaka.

Tak, jak lubiłam Aleca i Magnusa i kibicowałam ich związkowi, tak teraz mam ochotę nawrzeszczeć na autorkę. Nie wiem, dlaczego zrobiła to co zrobiła (a zrobiła to w durny sposób), ale cały wątek z Camille również można było by wyrzucić

[spoiler czemu Maureen nie mogła zabić Camille wcześniej? Dlaczego Magnus zerwał z Alexandrem zamiast z nim porozmawiać, skoro wie, jak bardzo przeżywa on temat nieśmiertelności? Dlaczego z kolei Alec stał się takim egoistą i słuchał rąbniętej wampirzycy zamiast ukochanego? spoiler]


Nie wiem po co w ogóle wepchnięto wątek Mai i Jordana, którzy, na dobrą sprawę, spędzają czas na obmacywaniu i patrzeniu sobie w oczy. Nie wnoszą nic do fabuły, która i tak jest nadmuchana jak balon. Ale cóż, dzięki nim jest tak z dziesięć stron ekstra, a przecież o to chodzi, nie?

Z wesołej kompanii w tym tomie przypadł mi do gustu tylko Simon. To nadal ten sam lojalny i oddany przyjaciel oraz rozsądny człowiek (wampir, wiadomo o co chodzi ;) ). On chyba jako jedyny zdawał sobie sprawę z zagrożenia wiszącego w powietrzu. Jego czyny w ,,City of Lost Souls” zaskarbiły mu moją sympatię.

Co za dużo…

Przykro mi to mówić, ale jako fanka czuję się mocno rozczarowana, a jako czytelniczka – znudzona. Sięgnę po dalsze części z nadzieją, że autorka wróci do formy, którą znam z pierwszego tomu. Choć z drugiej strony obawiam się trochę, co czeka na nas w ,,The Dark Artifices” skoro już teraz zamiast podekscytowania, ziewa się z nudów.

8 komentarzy:

  1. Rzeczywiście największa moc miały pierwsze trzy tomy, potem jest już gorzej. Książka pisana pod publiczkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, muszę się z tym zgodzić - autorka zaczyna ciągnąć to na siłę; i tak się sprzeda, bo to ,,ta Clare" od ,,tego Miasta Kości". Ciekawe, czy filmowcy wezmą na warsztat wszystkie tomy. Jeśli tak, to współczuję im przenoszenia na ekran zagmatwanej historii rodzinnej Clary i Jace'a ;))

      Usuń
  2. Bardzo mi się podoba twoja emocjonująca recenzja. Przyznam, że jak zaczęłam czytać o patelni, to niemal wyobraziłam sobie, jak dajesz Clary w jej rudy łeb :-))) Nie czytałam tej serii, ale muszę przyznać, że mimo twojej negatywnej oceny, mam ochotę poznać ten cykl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę warto przeczytać. Poprzednie tomy, tj. od 1 - 4 są o wiele lepsze i zbierają pozytywne oceny. Ja również zaliczam się do fanów, nawet jeśli piątka okazała się takim niewypałem w stosunku do poprzednich części.

      Usuń
  3. Jakoś w ogóle nie ciągnie mnie do tej serii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mimo wszystko, cała seria nadal przede mną. Mam nadzieję, ze niedługo się za nią wezmę:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze nie czytałam pierwszego tomu, więc do tego mi daleko.
    Ale recenzja świetna, pośmiałam się :D
    Z drugiej strony szkoda jednak, że autorka nie trzyma poziomu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Patelnią w Clary łeb!
    Z tym się zgodzę:)
    Fakt, ta część jest gorsza, ale i tak mi się nawet podobała...
    Ale Clary nie lubię, oj nie lubię!

    OdpowiedzUsuń