15 sty 2012

,,Tam gdzie ty" - Jodi Picoult


Tytuł: Tam gdzie ty
Autor: Jodi Picoult
Wydawnictwo i data wydania: Prószyński i S-ka, 2012
Ilość stron: 568
Cena: 36, 00 zł

~~***~~


Było to moje trzecie spotkanie z twórczością Jodi Picoult i generalnie wiedziałam już, czego się spodziewać - poważnego i aktualnego w dzisiejszych czasach problemu, w rozwiązaniu którego musi pomóc sąd. Całą sprawę poznajemy oczywiście z kilku perspektyw.

W książce ,,Tam gdzie ty” poruszony został temat homoseksualizmu, in vitro i zarodków. To zapowiadało emocjonującą podróż poprzez stereotypy i uprzedzenia na temat jak do tej pory niezbadany. Czy to się autorce udało? Cóż, ma ona już spore doświadczenie w opisywaniu takich historii, ale w tym przypadku przecieranie szlaku nie było tak spektakularne, jak można się tego było spodziewać, ale zacznijmy od początku.

Zoe i Max są małżeństwem od dziesięciu lat i starają się o dziecko. Po kolejnych poronieniach ich walka staje się coraz bardziej desperacka. W końcu codzienność spędzona na zastrzykach, badaniach w klinice, kolejnym oczekiwaniu i przyjściu na świat martwego dziecka, niszczy związek Baxterów. Max żąda rozwodu, wyprowadza się do brata i wraca do nałogu alkoholowego. Początkowo załamana Zoe próbuje ułożyć sobie życie od nowa i wtedy na jej drodze staje... Vanessa. Najpierw znajoma, później przyjaciółka, potem żona. Razem walczą z chorobą Zoe i troszczą się o siebie wzajemnie, próbując pokonać uprzedzenia panujące w ich środowisku. W końcu w ich związku przychodzi czas na dziecko. Zoe z poprzedniego małżeństwa wciąż ma zamrożone w klinice zarodki. Schody zaczynają się w momencie, gdy do ich użycia potrzebna jest zgoda Maxa. Były mąż po wyprowadzce do brata i jego żony Liddy nawrócił się i stał gorliwym chrześcijaninem. Za namową pastora decyduje się oddać sprawę do sądu, by nie dopuścić do oddania zarodków lesbijskiemu małżeństwu. Zamiast tego Max pragnie oddać je swojemu bratu, który jest bezpłodny. Od tej pory sprawa nabiera rozgłosu, ścierają się ze sobą dwa skrajne środowiska, często sięgając po drastyczne środki.

Trudny temat? Trudny. Kontrowersyjny? A jakże. Poruszanie takich tematów to niejako znak firmowy pani Picoult. A jak sobie z nim poradziła?

Pierwsze, co się rzuca w oczy po odłożeniu powieści, to to, że niepotrzebnie znów dołożono wątki, które w efekcie nie zostały wykorzystane i zostały wplecione w historię zupełnie nie wiadomo po co. Chodzi mi tutaj o wątek Maxa i Liddy. Nie będę tego opisywać, by nie psuć innym przyjemności z czytania, ale chyba każdy, kto przeczyta powieść, zgodzi się ze mną, że wprowadzanie takich komplikacji było zbędne i nic nie wnosiło do akcji. Wątek Lucy jeszcze można przeżyć, choć i tak miałam wrażenie, że autorka przypomniała sobie o nim w ostatniej chwili i postanowiła do niego wrócić.

Zastanawiałam się, jak ocenić poprowadzenie wątku Vanessy i Zoe. Wydawało mi się, że ślub po pięciomiesięcznej znajomości oraz planowanie dzieci to dość szybkie tempo. Za szybkie. Jednak zostawię to bez oceny, bo nie mogę mieć pretensji do autorki , że wykreowała taki a nie inny życiorys naszych bohaterek. Nadmienię tylko, że ten swoisty pośpiech odbił się na wiarygodności. Według mnie trochę za mało na kartach powieści było przedślubnego związku Zoe i Vanessy. Przez to nie mogłam zżyć się z nimi jako małżeństwem i kibicować jako parze. Ich miłość przekonała mnie swoją wiarygodnością nieco później. Z bohaterów zdecydowanie najbardziej polubiłam Zoe. To przesympatyczna, pełna ciepła kobieta, silna mimo przykrości jakie ją spotykają. Jest wrażliwa na cudzy ból, pełna empatii i wsparcia. Jej muzyczna pasja oraz zdolności również czynią z niej barwną postać. Bo z nią zżyłam się stosunkowo szybko. Ledwie powstrzymywałam łzy, gdy czytałam o utracie dziecka.

Tutaj wymieniam pierwszy plus na koncie książki: emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Jak już wcześniej wspomniałam, od początku łzy kręciły mi się w oczach i z całego serca współczułam Zoe. Później wraz z bohaterami denerwowałam się, cieszyłam i smuciłam. Przewracałam strony i czytałam z zapartym tchem, czekając na rozwiązanie problemu. Pisarka wie, jak poruszyć w czytelniku czułe struny, jak go zaciekawić i zatrzymać jego uwagę aż do końca.

Niewątpliwym plusem jest również poruszana tematyka. Homoseksualizm wzbudza wiele kontrowersji, praktycznie każdy ma swoją opinię, często bardzo krzywdzącą. Cóż, wystarczy zajrzeć na rodzimą scenę polityczną, gdzie padają niewybredne żarty pod adresem jednego z polityków. Na portalach internetowych nie ma chyba tematu dotyczącego homoseksualizmu, pod którym nie rozgorzałaby dyskusja. Pisarka z wrażliwością, ale i stanowczością zagłębia się w świat obydwu stron, pokazując plusy i minusy. I tak poznajemy środowisko ultrareligijne i ich sprzymierzeńców oraz homoseksualistów i wspierających ich ludzi. Osoby, nazwijmy to ,,religijne” reprezentują pastor Clive oraz Reid Baxter wraz z resztą wspólnoty. Osobiście wprost nie mogłam znieść brata Maxa, Reida. Ten człowiek jest sztuczny jak manekin z taniego plastiku. Zresztą, chyba wszyscy z obozu kościelnego są tak antypatyczni, jak to tylko możliwe. Pytanie, czy to tendencyjność autorki czy może rzeczywistość? Ocenę zostawiam innym. Dodam tylko, że wystarczy spojrzeć na osoby o skrajnie konserwatywnych i homofobicznych poglądach, którzy homoseksualizm zniżają do dewiacji takich jak pedofilia, a homoseksualistą życzą śmierci (słynne hasło: ,,pedały do gazu!”). Trudno ich nazwać milutkimi, nieprawdaż? Z tego powodu trudno ocenić, czy mówimy tu o podkoloryzowaniu czy o rzeczywistości.

Kolejne plusy za szerzenie tolerancji i ukazanie homoseksualisty jako normalnego człowieka, pragnącego miłości i rodziny, który wstaje rano do pracy, karmi psa, a po południu wraca do domowych pieleszy i ukochanej osoby. Nie jest wszelakim złem i nieszczęściem, jak to lubią demonizować niektóre kręgi religijne.

Również pozytywnie odbieram pierwszą część powieści, w której ukazano, jakim trudem jest staranie się o dziecko. Nazwy leków, opis leczenia, procedur oraz ryzyko z tym związane uzmysławia czytelnikom, jak wielkie może być pragnienie posiadania dziecka.

Mniej lub bardziej świadomie autorka pokazała minus szybkiego małżeństwa oraz tego, jak brak szczerej rozmowy może zniszczyć związek. Uważam również, że pisarka nieprzypadkowo uczyniła z rozpraw sądowych stały element akcji. To właśnie one pokazują, jak wiele twarzy może mieć człowiek, jak wiele w sobie skrywa. To sędziemu przypada trudne zadanie odkrycia prawdy w grze pozorów; on nie wie tego, co wie czytelnik.

Zakończenie nie do końca przypadło mi do gustu . Autorka nie wykorzystała kilku wątków, między innymi relacji Max/ Liddy, oskarżeń dotyczących Zoe czy wątku Lucy. Sprawa, tak przecież karkołomna i pełna impetu, na finiszu gwałtownie wyhamowała i straciła wiele ze swej siły.

Książka ma w sobie wiele emocji, ale głownie jest to smutek. Brakowało mi w niej chwil wytchnienia, radości. Druga połowa praktycznie nie posiadała lżejszych momentów. Rozumiem, że taka sądowa batalia raczej nie zostawia miejsca na odpoczynek od stresu, ale przecież autorka miała wielkie pole do popisu już po ogłoszeniu wyroku. Bardzo mi się nie podobała przepaść między przedostatnim a ostatnim rozdziałem. Nagle czytelnik dowiaduje się tylu nowych rzeczy, które na dobrą sprawę biorą się z powietrza i znienacka go atakują. Przemilczano historię, która mogłaby nawet zostać materiałem na nową książkę – może autorka ma taki zamysł?

Reasumując: nie jest to może najlepsza książka autorki, ale można umiejscowić ją pośród tych udanych powieści. Brakuje jej trochę do ,,Bez mojej zgody” czy ,,Dziewiętnastu minut”. Jodi Picoult nie do końca udźwignęła temat, którego się podjęła, jednak mimo to polecam powieść każdemu – jak już mówiłam, nie jest to arcydzieło, ale ciągle można ją zaliczyć do tych udanych, choć z wadami.