6 gru 2011

,,Demony. Pokusa" - Lisa Desrochers

Dziś recenzja mikołajkowa, niestety, z tego powodu nie ma żadnej taryfy ulgowej dla recenzowanej książki. Podejrzewam, że takowa by się przydała, bo powieść sama niczym się nie broni.
 

Tytuł: Demony. Pokusa
Autor: Lisa Desrochers
Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2011 r.
Ilość stron: 367
Cena: 32,00 zł


~~***~~

Dobre złego początki

Kiedy przeczytałam na okładce pełną entuzjazmu recenzję, że ,,Demony. Pokusa” to powieść ,,porywająca, pełna emocji i zabawna” , naiwnie wierzyłam, że faktycznie któryś z tych peanów się sprawdzi. Cóż, może gdyby była to moja pierwsza książka z tego gatunku, byłabym zachwycona. Może. Chociaż wątpię.

Na początku było całkiem znośnie, gdy zaczęłam poznawać historię z perspektywy Luca. Ot, demon w szkole średniej. Temat wałkowany milion razy, ale się nie zrażałam, a nuż autorka czymś mnie zaskoczy. I zaskoczyła. Już na początku dowiadujemy się o ciekawej zdolności Luca, mianowicie: potrafi on przypisać uczuciom i emocjom zapachy, na przykład czekolady, pieprzu czy imbiru. Całkiem interesująca cecha, niestety – jedyna. Im dalej byłam od rozdziału pierwszego, tym było gorzej. Gdy do Luca dołączyła Frannie, Gabe i reszta wesołej paczki, a akcja zaczęła ,,nabierać tempa” (iście żółwiego swoją drogą) ja zaczęłam brnąć przez powieść.

Kopiuj/ wklej

Frannie ponoć pochodzi z katolickiego domu. Dobrze, że ktoś pokusił się o wzmiankę tego faktu na okładce, bo chyba bym się nie domyśliła. Nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty sarkazmu, naprawdę. Chyba, że dla autorki wiara objawia się poprzez nadanie każdej córce imienia Maria wraz z drugim, równie biblijnym imieniem. Tutaj o ultra religijności świadczy uczęszczanie na niedzielną mszę. Zdecydowanie lepiej katolicką rodzinę stworzyła w ,,Halo” Alexandra Adornetto.

Jednak nie tylko kwestia rzekomej religijności kuleje w książce. Postacie wykreowane przez panią Desrochers są idealne… do zastąpienia manekinów na sklepowej wystawie. Zero charakterystycznych rys, zero własnego charakteru, zero odrębności. Próba stworzenia wizerunku Frannie jako dziewczyny buntującej się przeciwko rodzinie i zwyczajom w niej panującym została chyba porzucona już na starcie. W efekcie dostajemy bezbarwną bohaterkę, która jest tylko kolejną marionetką zajmującą przestrzeń. Żadna z niej buntowniczka. Jej jedynym zadaniem w 367 stronicowej powieści jest wzdychanie do każdego obiektu płci męskiej w promieniu kilometra i rozmyślaniu o cielesności. Miłym akcentem była scena, w której Frannie naprawiała z dziadkiem samochód. Niestety, jeden dobry moment nie jest w stanie uratować całości. Fee to postać bez instynktu samozachowawczego, która na widok człowieka zmieniającego się w demona wpada w malutki szok, by potem przejść nad tym do porządku dziennego.

Również a
doratorzy walczący o serce i duszę Fee nie należą do najbardziej pociągających mężczyzn. Autorka totalnie odpuściła sobie pomysłowość i w efekcie dostajemy ślicznego jak z obrazka, blondwłosego, niebieskookiego aniołka i wykolczykowanego, wytatuowanego czarnowłosego demona. Cechy charakteru? Brak. Również ich imiona to szczyt kreatywności. Oto anioł nosi imię Gabe, a demon – Lucifer ,,Luc” Cain. Początkowo wrogowie, których główną misją było uwiedzenie Frannie, później zaczęli ze sobą współpracować, by chronić ją przez Prawdziwym Wrogiem, aż w końcu jeden z nich odpuszcza, by mogła być szczęśliwa z tym drugim. Czy tego już gdzieś nie czytałam?


Pozostałe postacie to jedna, szara masa. Żeby ich jakoś odróżnić, autorka litościwie nadała im imiona. Czas głównie spędzają na imprezowaniu, mówieniu o imprezach, mówieniu o obiektach zainteresowań czy o seksie.

Wątku paranormalnego jest jak na lekarstwo. Pojawia się kilka scen, kiedy to Luc kontaktuje się z piekielnymi braćmi (i jedną siostrą), ale to nawet nie jest zarys piekła. Książka w głównej mierze składa się z ochów, achów i innego rodzaju westchnień, bez względu na to, czyją perspektywę obserwujemy. Autorka próbowała nieśmiało wtrącić temat tego, jak to miłość zmienia złego człowieka w dobrego, jakie to cudowne uczucie, które leczy wszystko. Niestety wyszło jej to dość pokracznie; uczucia w ogóle nie ma, rozterki bohaterów, jeśli takowe w ogóle są, dotyczą raczej sfery seksu. Szkoda, bo gdyby skupiła się na wątku tej miłości, mogłaby wyjść z tego zdecydowanie lepsza powieść. Metamorfoza dla osoby, którą się kocha i dorastanie do związku tutaj nie zostało nawet potraktowane po macoszemu. Ot, może jedno zdanie na całą powieść.

Pokusa, której nie warto ulec
  
W książce dostajemy nieudany miks ,,Halo” A. Adornetto, ,,Zmierzchu” S. Meyer ,,Upadłych” L. Kate i garści wulgaryzmów. ,,Demony. Pokusę” nie polecam nawet najbardziej zagorzałym fankom gatunku paranormal romance. Powieść jest nudna i wtórna, a do tego napisana tragicznym językiem. Prosty jak drut z zupełnie niepotrzebnymi wulgaryzmami. Wszystko jest w niej ,,płaskie” – postacie, uczucia i ich przemyślenia.

Rzadko kiedy nie daję powieści drugiej szansy i nie sięgam po kontynuacje. Jednak w tym przypadku odpuszczę sobie, bo ,,Demony. Pokusa” były dla mnie całkowicie straconym czasem.

1 komentarz:

  1. Oj, no i pojawiają się mieszane uczucia. Może kiedyś przeczytam, nie wiem, zastanowię się.

    OdpowiedzUsuń