18 lis 2011

,,Nazwanie Bestii" - Mike Carey


,,I'd rather go to hell.
Than be in a purgatory
Cut my hair, gag and bore me, pull this pin, 
Let this world explode!”





Autor: Mike Carey
Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo MAG, 2011
Ilość stron: 480
Cena: 37 zł


~~***~~


It's time to do it now, and do it loud!


,,Nazwanie bestii” to już piąty (ale nie ostatni, jeśli wierzyć zapowiedziom) tom o przygodach egzorcysty Felixa ,,Fixa” Castora. W poprzednim tomie byliśmy świadkami krwawej jatki, w wyniki której na wolność wydostał się demon Asmodeusz. Stwór rzecz jasna nie opuścił przy tym ciała Rafiego Ditko, a wręcz przeciwnie – zaczął przerabiać je na swoją modłę. Jednak ziemskie życie musiało mu obrzydnąć, bo ,,sympatyczny inaczej” Asmodeusz postanawia wrócić do domu.

Tak, tego domu.

Piekła.

Sam fakt, że chce wrócić do Otchłani nie byłby taki straszny, ale nie może zrobić tego tak łatwo. Felix niegdyś pokrzyżował mu szyki, splatając demona z duszą Rafiego. Teraz na biednego Ditko polują, co następuje: Anathemata, stowarzyszenie niegdyś z hukiem wyrzucone z kościoła katolickiego, ale zaopatrzone w dość dużą ilość pieniędzy by prowadzić dalszą działalność polegającą na gromieniu stworzeń nadprzyrodzonych; doktor Jenna – Jane, namiętnie torturująca nadludzi w imię ,,wyższego dobra nauki”, dla której Rafael i jego pasażer na gapę są cennym obiektem do badań tudzież wiwisekcji, no i… Fix Castor. Nasz biedny egzorcysta z kolei nie radzi sobie z wyrzutami sumienia i topi smutki w alkoholu.

Również Asmodeusz ma własny plan na powrót i pożegnanie z pompą, niestety przy okazji nie oszczędzając Rafiego. Postanawia wykorzystać do tego kogoś z kręgu Castora, w wyniku czego na włosku zawiśnie jedno małżeństwo, a mnóstwo osób stanie jedną nogą w grobie.


Everybody wants to change the world, but no one, no one, wants to die.

W tym tomie nasi bohaterowie muszą nieźle szarpać się z siłami zła, by móc przeżyć. Autor nikogo nie oszczędza, a i Castor obrywa z nawiązką. Krew tryska w sporych ilościach, nie mówiąc o latających częściach ciała czy narządach.

Na scenie pojawiają się nowe postacie i więcej miejsca poświęcono dotychczas epizodycznym m.in. Trudie Pax, doktor Jenna – Jane, Gilbert McClennan. Oczywiście nie zabraknie też starej gwardii: sukuba Juliet Salazar, Susan Book, Pen Bruckner czy policjanta Gary’ego Coldwooda. Jednak scenę we władanie tak naprawdę przejął Asmodeusz aka Rafi Ditko, który raz na kilka stron wyskakuje spektakularnie niczym diabeł z pudełka. Co można autorowi zarzucić to to, że poza Fixem i Asmodeuszem reszta jest potraktowana jak statyści, którzy stanowią tło. Szkoda, bo odniosłam wrażenie, że w poprzednich częściach postacie były bardziej wyraziste, ,,z charakterkiem”. Teraz Mike Carey skupił się na konstruowaniu akcji i armii przeciwko demonowi jak całości. Juliet straciła na drapieżności (i to nie tylko wina… a zresztą, sami przeczytajcie i przekonajcie się), Pen nie ma w sobie tyle z wiedźmy co niegdyś, a Susan… Właściwie tylko sobie jest. Z imienia i nazwiska. W sumie… Nawet Felix nie jest już tak sarkastyczny.


Scream out! "What will save us?" And the sky opened up.

Przyznaję, na początku ciężko było mi się wciągnąć. Od przeczytania czwartego tomu minęło trochę czasu i musiałam przypomnieć sobie, w jakiej sytuacji rozstałam się z bohaterami. Gdy już zaświtało mi w głowie jak mają się sprawy w nawiedzonym Londynie, ostrzyłam zęby na powieściową jazdę rollercoasterem. Trochę się rozczarowałam. Nawet więcej niż trochę. Akcja po prostu momentami wlecze się niemiłosiernie. Jednak zauważyłam w poprzednich tomach, że to poniekąd znak firmowy Carey’a. Najpierw biedny Fix lata po całym Londynie, tudzież Anglii tudzież… świecie, by nagle stanąć twarzą w twarz z bandą krwiożerczych ludzi czy demonów. Stopniowanie napięcia to nie jest zbyt mocna strona pisarza. Również walka, na którą czytelnicy właściwie czekali od pierwszego tomu, nie jest może tragiczna, ale czułam pewien niedosyt. Szczególnie, że przez cały piąty tom na podstawie wypowiedzi bohaterów w mojej głowie powstał obraz całkowitego końca świata, walki nieba z piekłem, zagładą, przed którą ocaleniem będzie Fix grający na flecie… Uh, fakt, wyobraźnia mnie poniosła.

Mimo wszystko fabuła jest na plus. Każdy wątek początkowo może wydawać się zupełnie bez związku z pozostałymi, ale autor zgrabnie łączy je w jedno. Pisarz unika rozdrabniania wątków, raczej skupia się na rozbudowywaniu już istniejących (czasem robi to aż do przesady, przez co czytelnik zaczyna się niecierpliwić, jak już wyżej zaznaczyłam).

Pozytywne wrażenia robią również opisy. Londyn jest mroczny, chłodny, zupełnie jakby odzwierciedlał niebezpieczną sytuację Feliksa i jego przyjaciół. Lokacje różnią się od siebie, każda ma swoją niepowtarzalną atmosferę. O tak, budowanie nastroju Carey’owi wychodzi całkiem dobrze. Gdyby tylko nie rozwlekał czasem akcji aż do przesady, otrzymalibyśmy prawdziwy zastrzyk adrenaliny.


 

It's death or victory.

,,Nazwanie bestii” nie jest najlepszą powieścią z cyklu, co jednak nie znaczy, że jest to powieść zła. Ma swoje plusy jak i minusy. Fanom bez wahania mogę ją polecić, a osobom, które jeszcze nie czytały żadnego tomu o Castorze radzę zacząć od ,,Mojego własnego diabła”. Książki są ze sobą mocno powiązane i przegapienie którejś części może popsuć całą przyjemność z czytania. Serię mogę polecić również tym, którym do gustu przypadł film ,,Constantine”.

Przeglądając źródła znalazłam informację o tym, że w przygotowaniu jest kolejny, szósty już tom przygód egzorcysty. Trochę mnie to dziwi, bo zakończenie ,,Nazwania bestii” raczej nie pozostawiło większego pola do manewru. Może jednak Mike Carey czymś nas zaskoczy?

---------------------------------------------------------------------------------

Anglojęzyczne cytaty pochodzą z utworu ,,Na na na” My Chemical Romance.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz