29 gru 2011

,,Bez mojej zgody" - Jodi Picoult


Tytuł: Bez mojej zgody
Autor: Jodi Picoult
Wydawnictwo i rok wydania: Prószyński i S-ka, 2009
Ilość stron: 528
Cena: 32 zł


~~***~~



Nie pozwolę ci odejść

Godziny życia Kate odmierzają kolejne leki, kroplówki, badania i… siniaki. One informują jej matkę Sarę o tym, że choroba wróciła i znów wyniszcza organizm. Ciągłe wizyty w szpitalu, czuwanie nad kruchą i śmiertelnie chorą dziewczyną oraz niepokój o kolejny dzień to nieodłączne elementy życia Fitzgeraldów. Z tragedią, która niczym kroplówka z chemią sączy się w żyły domowników, każdy próbuje sobie radzić inaczej. Nastoletni Jesse odcina się od świata, wpada w używki i zaczyna niebezpieczne eksperymenty z ogniem. Brian ucieka w pracę, nie radząc sobie z dźwiganiem małżeńskich problemów oraz choroby Kate. Sara z kolei całkowicie poświęca się córce, starając się za wszelką cenę ją uratować. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że jej małżeństwo wisi na włosku, bo nie potrafić porozumieć się z mężem tak jak dawniej.

Jednak ich życie to nie tylko ból, cierpienie i udręka czekania. Śmieją się również przez łzy, kiedy w życiu Kate pojawia się chłopak albo kolejna kuracja zaczyna działać. Mają swoje małe chwile radości, choć na wszystkim kładzie się cień.

Nie bez powodu nie wymieniłam jeszcze Anny. Najmłodsza z domowników, a jednocześnie zagubiona gdzieś pomiędzy światem dzieci i dorosłych. Z powodu choroby siostry musiała szybko dorosnąć, choć spragniona miłości rodziców i normalnego życia czuje się zagubiona. Dźwiga na sobie wielkie brzemię – jest lekiem dla Kate i jej powierniczką.

Anna jest niejako odpowiedzią na poszukiwania Sary. Ponieważ choroba Kate sprawiła, że każda kuracja może zostać zastosowana tylko jeden raz, lekarze doradzili Sarze jeszcze jedno wyjście.

 
Dziecko na zamówienie

Sara dowiedziała się, że możliwe jest sztuczne poczęcie dziecka, którego geny będą idealnie pasować do genów chorej Kate. Takie dziecko może oddawać krew i szpik, a nawet narządy, ponieważ jest idealnym dawcą. Na początku planowano tylko skorzystać z krwi pępowinowej Anny, jednak kolejne nawroty choroby spowodowały, że Anna została stałym dawcą.

Już od momentu narodzin Anna cały czas musi być gotowa, by służyć swoimi tkankami chorej siostrze. Nie ma wyboru. Jako niepełnoletnia, jest pod opieką rodziców. Z kolei Sara nie zawaha się by podpisać jakiekolwiek zgody. Wszystko po to, by ratować Kate.


Moje ciało – moje prawo?

Anna czuje, że wpadła w pułapkę. Z jednej strony chce odzyskać prawo do własnego ciała i przerwać pasmo bólu, ale z drugiej strony wie, jak to skończy się dla jej starszej, ukochanej siostry. Podjęcie decyzji nie jest łatwe, biorąc pod uwagę tajemnicę, którą skrywa Anna. Jednak dziewczyna decyduje się złożyć pozew do sądu. Wtedy do akcji wkracza adwokat Campbell i Julia – kurator sądowy.

Od tej pory rodzina wpada w wir zainteresowania mediów, rozpraw sądowych i najgorszej z możliwych walk – walce w domu i we własnym sumieniu.


Kroplówka z emocji

Jest to niewątpliwie niebanalna historia opowiedziana w ciekawy sposób. Autorka starała się przedstawić ją obiektywnie i stąd też mamy aż siedem perspektyw : Anny, Campbella, Sary, Briana, Jesse’ego, Julii i Kate, jednak o Kate napiszę jeszcze za chwilę.

Nasi bohaterowie snują swoje opowieści, które splatają się w całość. Często też odrywają się od teraźniejszości i wracają wspomnieniami do przeszłości. Dzięki temu czytelnik ma szansę prześledzić całą historię, od zalążka aż do finału.
Teraz pozwolę sobie wrócić do perspektywy Kate, która pojawia się w książce tylko jeden raz. Jest to zabieg dość zaskakujący, ale zrozumiały w świetle całej powieści. Poznajemy chorą dziewczynę z perspektywy innych, nie poznajemy jej myśli i odczuć, dzięki temu finał książki zyskuje jeszcze większy wydźwięk. Choć rozumiem taki zamysł autorki, jednak żałuję trochę, że nie ma większego wglądu z psychikę Kate.

Na plus zaliczyłam również całą medyczną otoczkę towarzyszącą powieści. Zostajemy zbombardowani medycznymi określeniami, nazwami leków, składem tak zwanej ,,chemii” . Dzięki temu widzimy, jak ciężka jest walka z chorobą, jak wiele musi znieść organizm. Jesteśmy również świadomi w jakim szoku musi być chora osoba, gdy oprócz diagnozy słyszy całą terminologię, z której nic nie rozumie, przynajmniej na początku.

Książka budzi emocje i za to wielki plus. Pisarka powoli odkrywa wszystkie karty przed czytelnikiem. W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się coraz więcej, często są to szokujące informacje. Choć częściowo spodziewałam się, jakie będzie zeznanie Anny, jednak i tak był to dla mnie szok, bo nie domyśliłam się wszystkiego.


Za małe dawki, za duże dawki

Co mi się w książce nie podobało? Połowicznie była to zbyt duża ilość perspektyw, z których poznawałam całą historię. Rozumiem, że zamysłem pisarki było przedstawienie jak najszerszego obrazu całej sytuacji, jednak zaszkodziło to w dokładnym badaniu psychiki bohaterów. Zdecydowanie lepiej, według mnie, byłoby skupienie się wyłącznie na rodzinie i ich przeżyciach. Perspektywa Julii oraz jej romans z adwokatem jest zbędny, niepotrzebnie mnoży wątki.

Czymś, co również może przeszkadzać czytelnikom, jest sposób, w jaki wysławiają się postacie. Mimo tak wielu odmiennych perspektyw, ich język się nie zmienia. Nieważne, czy bohater ma lat czterdzieści, siedemnaście czy osiem. W książce zabrakło mi takiej indywidualności postaci. Niby każdy zachowuje się inaczej, niby mamy wgląd w jego psychikę, ale – właśnie – to wszystko czasem jest takie płytkie, pobieżne.

Miałam również problem z zakończeniem książki. Niestety, ale odniosłam wrażenie, że sama autorka nie wiedziała jak wyjść z tak trudnej sytuacji bez pisania w nieskończoność. Z jednej strony takie zakończenie może wyciskać łzy, ale pewne echo niezadowolenia pozostaje.


Ile nam wolno?

Jodi Picoult w ,,Bez mojej zgody” zadaje ważne pytania dotyczące moralności i życia drugiego człowieka. Czy wolno nam powoływać na świat jedno dziecko, by uratować drugie? Czy wolno nam wymagać od takiego dziecka całkowitego posłuszeństwa i oddania? Czy dziecko ma prawo jako jednostka, czy bezapelacyjnie podlega władzy rodziców?

Również dylemat Anny, od której wymaga się oddania nerki, wcale nie jest łatwy do rozwiązania, szczególnie wtedy, gdy wiemy, co nią tak naprawdę kieruje.

Autorka stawia te pytania przed nami i nie daje na nie gotowej odpowiedzi. Sami musimy zdecydować, kto ma rację. Bo może tak naprawdę w takiej sytuacji nikt nie wygrywa?


Trasa szpital – dom - szpital

Pisarka pokazała, że ciężka choroba wyniszcza nie tylko organizm pacjenta, ale i jego rodzinę. Ciężko budować szczęśliwe małżeństwo i poświęcać czas pozostałej dwójce dzieci, gdy ma się śmiertelnie chorą córkę, nad którą trzeba czuwać dzień i noc, i spędzać z nią długie tygodnie w szpitalu.

Jest to również lekcja dla nas, by wspierać i pomagać chorym oraz ich rodzinom. Takie osoby potrzebują kogoś, kto ich wysłucha czy nawet potrzyma za rękę i nieważne, czy chodzi tutaj o osobę przebywającą w szpitalu czy hospicjum.
,,Bez mojej zgody” to niewątpliwie książka zmuszająca do myślenia. Może nie jest arcydziełem, jednak warto ją przeczytać, choćby po to, by poddać refleksji opisywany temat i spojrzeć na niego z różnych punktów.

Polecam.


P.S. Dla zainteresowanych dodam, że powstał film na podstawie książki. Jeszcze go nie oglądałam, więc nie mogę wyrazić swojej opinii ;)

20 gru 2011

,,Anielski ogień" - Courtney Allison Moulton


Tytuł: Anielski ogień
Autor: Courtney Allison Moulton
Wydawnictwo i rok wydania: Bukowy Las, 2011 r.
Ilość stron: 423
Cena: 36,90 zł.



~~***~~



Panie i Panowie – oto ,,Anielski ogień”!

Ellie jest z pozoru zwykłą nastolatką z bogatej rodziny. Lubi spotykać się ze znajomymi, imprezować i nie przepada za szkołą. Musi użerać się z ojcem, przez którego jest traktowana jak ciężar. W nocy męczą ją koszmary o śmierci. Pewnego dnia spotyka starszego od siebie, przystojnego mężczyznę i wydaje jej się, że gdzieś go już kiedyś widziała...

Wspomniany mężczyzna to Will, który wprowadza Ellie w Mrocznię – świat demonów zwanych kosiarzami. Pożerają oni zarówno ciała jak i dusze i wysyłają je do piekła. Okazuje się, że nasza bohaterka jest kolejnym wcieleniem potężnego wojownika rodem z Niebios. Ma ona za zadanie zabijać kosiarzy i nie dopuścić do drugiej wojny nieba z piekłem.
Tyle słowem wstępu.

Gdy Buffy spotyka Clary i Luce…
 
Podczas lektury miałam nieodparte wrażenie, że całą historię gdzieś już kiedyś widziałam. I nie myliłam się. Historia nastolatki, która ukrywa swoją tożsamość i walczy ze złem jest bliźniaczo podobna do tej z serialu ,,Buffy, postrach wampirów”. W książce bohaterka również próbuje być normalną nastolatką, a w walce pomaga jej tajemniczy przystojniak o nadnaturalnych mocach. Jest ona ,,wybranką”, która jako jedyna może zwalczyć siły ciemności. Jej sprzymierzeńcami są bibliotekarz Nathaniel, który całkiem nieźle posługuje się bronią i jest specem od starożytnych artefaktów, oraz medium Lauren. Dla osób, które nie widziały serialu, z oczywistych względów taka historia może wydać się ciekawa i pomysłowa. Niestety, dla mnie, fanki serialu, ,,Anielski ogień” za dużo rozwiązań czerpie od innych, a za mało wnosi coś od siebie. Zauważy to każdy, kto oglądał przygody Buffy.

Motyw miłości ponad wiekami i odradzanie się w nowych ciałach również nie jest nowością. Ostatnio pojawił się on w ,,Upadłych” Lauren Kate. Jeśli jeszcze do tego dodamy, że Will jest w pewnym sensie aniołem, a Ellie ma w sobie dużo z człowieka, to pomysłowość autorki zaczyna się potężnie chwiać.

Kolejnym zgrzytem jest spore podobieństwo do cyklu ,,Dary anioła” Cassandry Clare. Magiczne tatuaże, o których jest wzmianka, a także potwory z innego wymiaru nawiedzające Ziemię, czy demoniczno-anielskie pochodzenie bohaterów – to też już niestety było. Wzorem Clary, Ellie również jest na początku zwykłą nastolatką, która po pewnym czasie odkrywa swoje niezwykłe moce i zaczyna romansować ze swoim przystojnym i mrocznym stróżem.

Demony z nadwagą
 
Jak na anielsko – demoniczną walkę i zbieranie armii od zarania dziejów, akcja bywa dość niemrawa. Ot, mamy tylko jednego Preliatora (anielskiego wojownika, którym jest Ellie), którego od czasu do czasu zaatakuje jeden kosiarz i wgniecie błotnik w samochodzie. Zastanawiające jest to, że sporo czasu zajmuje mocom zła odnalezienie Ellie. Czy Bastian (dowódca demonów) nie mógł po prostu wysłać kosiarzy by uprowadzili Preliatora do Mroczni, by mógł się z nim rozprawić?

Pomijając kilka innych nieścisłości, demony naprawdę do walki zabierają się ociężale. Ponoć mają wielką armię, a do walki wysyłają jednego słabego demona. Z jednej strony jego zadaniem jest zabicie Ellie, ale z drugiej Bastian twierdzi, że nie mogą jej tak po prostu zabić, bo się odrodzi i muszą unicestwić jej duszę. Do tego z kolei potrzebują starożytnego artefaktu. To o co im w końcu chodzi?! Walczą z nią, ranią, chcą zabić, choć z drugiej strony nie widzą w tym sensu. Cóż za niekonsekwencja.

Anioł, demon, bibliotekarz

Kreacja bohaterów nie zachwyca, nie ma co tu dużo kryć. Will to kolejny mroczny/przystojny/seksowny/pociągający/tajemniczy wojownik. Ellie to ,,dziewczyna z sąsiedztwa”, która dość szybko pogodziła się z istnieniem potworów i Mroczni. W gruncie rzeczy jest właśnie takim miksem Buffy, Clary i Luce, w różnych proporcjach. Jako gorszą wersję Buffy, można ją śmiało postawić gdzieś obok Nory z ,,Szeptem”. O pozostałych nie ma co pisać. Nikt specjalnie się nie wyróżnia, czy to pozytywnie, czy negatywnie.

Sięgając po książkę, miałam świadomość, że nie jest to ambitna powieść z bogatymi portretami psychologicznymi postaci, ale chyba nawet po książce o tematyce czysto rozrywkowej mam prawo oczekiwać przyzwoitego poziomu. Przecież rozrywka też może być ambitna.

Nie jest najlepiej, ale…

Żeby nie było, że wyłącznie pastwię się nad książką – znalazłam też plusy. Wątek romansowy nie jest w książce najważniejszy. Autorka oszczędziła czytelnikom miłosnych wyznań na milion zdań i skupiła się na akcji (inna sprawa, jaka ta akcja jest). Również pomysł podzielenia kosiarzy na różne ,,gatunki” jest całkiem niezłym pomysłem. Całe szczęście, że autorka podarowała sobie wulgaryzmy w dialogach i nie siliła się na wymyślny pseudomłodzieżowy slang. Zastanawiałam się też, czy sceny przemocy, poważnych ran i litrów krwi zaliczyć na plus, czy na minus. Bo tego akurat jest dość sporo. Spalanie ciał, urywanie rąk, pręty wystające z różnych części ciała – a co za tym idzie, dość wnikliwe opisy – mogą się niektórym nie spodobać.

Garść anielskich piórek, szczypta amnezji i dużo miłosnego napięcia


Na potrzeby recenzji porównałam daty wydań poszczególnych książek, by sprawdzić, czy słusznie zarzucam kopiowanie pomysłów autorce. Oto, co znalazłam na zagranicznych stronach: ,,Anielski ogień” wydano w lutym 2011 roku. ,,Miasto kości” wydano w 2008 roku. ,,Upadłych” wydano w 2009 roku. Gwoli ścisłości, serial ,,Buffy, postrach wampirów” pochodzi z 1997 roku. Czyli jak widać, nawet w książce autorka zachowała kolejność. Najpierw mamy odkrycie misji przez nastolatkę, potem romans anielsko-reinkarnacyjny, później zyskujemy wesołą kompanię do walki ze złem.

Podsumowując, ,,Anielski ogień” to zlepek popularnych motywów znanych z książek czy seriali. Jak już wcześniej wspomniałam – książka jest za mało pomysłowa. Niewiele w niej świeżych, oryginalnych rozwiązań. Czy sięgnę po kolejny tom? Szczerze mówiąc, nie wiem. Jeśli będzie okazja i nie będę miała nic ciekawszego pod ręką, to czemu nie.

6 gru 2011

,,Demony. Pokusa" - Lisa Desrochers

Dziś recenzja mikołajkowa, niestety, z tego powodu nie ma żadnej taryfy ulgowej dla recenzowanej książki. Podejrzewam, że takowa by się przydała, bo powieść sama niczym się nie broni.
 

Tytuł: Demony. Pokusa
Autor: Lisa Desrochers
Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2011 r.
Ilość stron: 367
Cena: 32,00 zł


~~***~~

Dobre złego początki

Kiedy przeczytałam na okładce pełną entuzjazmu recenzję, że ,,Demony. Pokusa” to powieść ,,porywająca, pełna emocji i zabawna” , naiwnie wierzyłam, że faktycznie któryś z tych peanów się sprawdzi. Cóż, może gdyby była to moja pierwsza książka z tego gatunku, byłabym zachwycona. Może. Chociaż wątpię.

Na początku było całkiem znośnie, gdy zaczęłam poznawać historię z perspektywy Luca. Ot, demon w szkole średniej. Temat wałkowany milion razy, ale się nie zrażałam, a nuż autorka czymś mnie zaskoczy. I zaskoczyła. Już na początku dowiadujemy się o ciekawej zdolności Luca, mianowicie: potrafi on przypisać uczuciom i emocjom zapachy, na przykład czekolady, pieprzu czy imbiru. Całkiem interesująca cecha, niestety – jedyna. Im dalej byłam od rozdziału pierwszego, tym było gorzej. Gdy do Luca dołączyła Frannie, Gabe i reszta wesołej paczki, a akcja zaczęła ,,nabierać tempa” (iście żółwiego swoją drogą) ja zaczęłam brnąć przez powieść.

Kopiuj/ wklej

Frannie ponoć pochodzi z katolickiego domu. Dobrze, że ktoś pokusił się o wzmiankę tego faktu na okładce, bo chyba bym się nie domyśliła. Nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty sarkazmu, naprawdę. Chyba, że dla autorki wiara objawia się poprzez nadanie każdej córce imienia Maria wraz z drugim, równie biblijnym imieniem. Tutaj o ultra religijności świadczy uczęszczanie na niedzielną mszę. Zdecydowanie lepiej katolicką rodzinę stworzyła w ,,Halo” Alexandra Adornetto.

Jednak nie tylko kwestia rzekomej religijności kuleje w książce. Postacie wykreowane przez panią Desrochers są idealne… do zastąpienia manekinów na sklepowej wystawie. Zero charakterystycznych rys, zero własnego charakteru, zero odrębności. Próba stworzenia wizerunku Frannie jako dziewczyny buntującej się przeciwko rodzinie i zwyczajom w niej panującym została chyba porzucona już na starcie. W efekcie dostajemy bezbarwną bohaterkę, która jest tylko kolejną marionetką zajmującą przestrzeń. Żadna z niej buntowniczka. Jej jedynym zadaniem w 367 stronicowej powieści jest wzdychanie do każdego obiektu płci męskiej w promieniu kilometra i rozmyślaniu o cielesności. Miłym akcentem była scena, w której Frannie naprawiała z dziadkiem samochód. Niestety, jeden dobry moment nie jest w stanie uratować całości. Fee to postać bez instynktu samozachowawczego, która na widok człowieka zmieniającego się w demona wpada w malutki szok, by potem przejść nad tym do porządku dziennego.

Również a
doratorzy walczący o serce i duszę Fee nie należą do najbardziej pociągających mężczyzn. Autorka totalnie odpuściła sobie pomysłowość i w efekcie dostajemy ślicznego jak z obrazka, blondwłosego, niebieskookiego aniołka i wykolczykowanego, wytatuowanego czarnowłosego demona. Cechy charakteru? Brak. Również ich imiona to szczyt kreatywności. Oto anioł nosi imię Gabe, a demon – Lucifer ,,Luc” Cain. Początkowo wrogowie, których główną misją było uwiedzenie Frannie, później zaczęli ze sobą współpracować, by chronić ją przez Prawdziwym Wrogiem, aż w końcu jeden z nich odpuszcza, by mogła być szczęśliwa z tym drugim. Czy tego już gdzieś nie czytałam?


Pozostałe postacie to jedna, szara masa. Żeby ich jakoś odróżnić, autorka litościwie nadała im imiona. Czas głównie spędzają na imprezowaniu, mówieniu o imprezach, mówieniu o obiektach zainteresowań czy o seksie.

Wątku paranormalnego jest jak na lekarstwo. Pojawia się kilka scen, kiedy to Luc kontaktuje się z piekielnymi braćmi (i jedną siostrą), ale to nawet nie jest zarys piekła. Książka w głównej mierze składa się z ochów, achów i innego rodzaju westchnień, bez względu na to, czyją perspektywę obserwujemy. Autorka próbowała nieśmiało wtrącić temat tego, jak to miłość zmienia złego człowieka w dobrego, jakie to cudowne uczucie, które leczy wszystko. Niestety wyszło jej to dość pokracznie; uczucia w ogóle nie ma, rozterki bohaterów, jeśli takowe w ogóle są, dotyczą raczej sfery seksu. Szkoda, bo gdyby skupiła się na wątku tej miłości, mogłaby wyjść z tego zdecydowanie lepsza powieść. Metamorfoza dla osoby, którą się kocha i dorastanie do związku tutaj nie zostało nawet potraktowane po macoszemu. Ot, może jedno zdanie na całą powieść.

Pokusa, której nie warto ulec
  
W książce dostajemy nieudany miks ,,Halo” A. Adornetto, ,,Zmierzchu” S. Meyer ,,Upadłych” L. Kate i garści wulgaryzmów. ,,Demony. Pokusę” nie polecam nawet najbardziej zagorzałym fankom gatunku paranormal romance. Powieść jest nudna i wtórna, a do tego napisana tragicznym językiem. Prosty jak drut z zupełnie niepotrzebnymi wulgaryzmami. Wszystko jest w niej ,,płaskie” – postacie, uczucia i ich przemyślenia.

Rzadko kiedy nie daję powieści drugiej szansy i nie sięgam po kontynuacje. Jednak w tym przypadku odpuszczę sobie, bo ,,Demony. Pokusa” były dla mnie całkowicie straconym czasem.

26 lis 2011

,,Biała jak mleko, czerwona jak krew" - Alessandro D'Avenia


Tytuł: Biała jak mleko, czerwona jak krew
Autor: Alessandro D'Avenia
Wydawnictwo i rok wydania: Znak literanova, 2011
Ilość stron: 312
Cena: 31, 90 zł


~~***~~


So lately
I've been wonderin'…

 
Kolory... Otaczają nas każdego dnia. Mamy swój ulubiony kolor, każdy z czymś nam się kojarzy. A czy potrafimy przypisać kolory uczuciom? Czy potrafimy w codziennym życiu zwracać uwagę na barwy?

Kolory mają wielkie znaczenie dla Leo, bohatera powieści ,,Biała jak mleko, czerwona jak krew" autorstwa Alessandro D'Avenia. Już sam tytuł wskazuje, że odgrywają one olbrzymią rolę w książce. Są liniami, które splatają słowa w niezwykłą historię. Jest ona wielobarwnym materiałem, swoistym patchworkiem, w którym każdy może odnaleźć fragment ze swojego życiorysu.

Leo jest śmiałym, energicznym, może nawet nieco bezczelnym nastolatkiem. Przypomina huragan – wszędzie go pełno, skupia na sobie uwagę i nie umie przejść niezauważony. Onieśmiela go i poskramia jego lwią naturę tylko jedna osoba, rudowłosa Beatrice. Śliczna dziewczyna jest obiektem westchnień głównego bohatera, który dyskretnie próbuje zwrócić jej uwagę na siebie. Przy przedstawianiu postaci nie można pominąć Silvie. Przyjaciółka Leo, jego powierniczka i bezpieczna przystań o oczach koloru morza. Pojawia się również Niko, kumpel Leo oraz Naiwniak – nauczyciel, jakiego większość z nas bardzo chciałaby poznać w czasie swojej edukacji szkolnej. Cała plejada barwnych postaci, z rodzicami bohatera na czele, przewija się przez stronice książki. Nikt absolutnie nie jest papierowy i sztuczny. Te osoby żyją, mają mięśnie, skórę, krew, własne problemy i uczucia. Potrafią zirytować, potrafią rozśmieszyć przez łzy. Współczujemy im, albo kibicujemy.

Who will be there to take my place
When I'm gone you'll need love
To light the shadows on your face


Na początku, muszę przyznać, powieść mi się podobała, choć zastanawiałam się, skąd te wszechobecne zachwyty, skoro to zwykła opowiastka o nastolatku zauroczonym ładną dziewczyną. W miarę rozwoju akcji, moje uczucia coraz bardziej skłaniały się w stronę zachwytu. Nie dajcie się zmylić, nastoletnia miłość, którą serwuje nam autor, to pułapka, która potem nie chce nas wypuścić. Naiwnie myślałam, że mam w ręku najzwyklejszy na świecie romans, a zanim się obejrzałam, w kącikach oczu miałam łzy. Autor uśpił moją czujność i zakładam się, że zrobił to z uśmiechem na ustach, by potem zerwać zasłonę i pokazać mi, jak bardzo się myliłam. Bo ta opowieść jest wszystkim, ale nie historyjką o tym, jak chłopak zakochał się na zabój w urodzie dziewczyny. Źle oceniłam Leo, przyznaję. I niby pojawia się w tej historii stary jak świat wątek ,,on, ona i ta trzecia”, ale myślę, że tutaj jest on niezbędny i do tego bardzo dobrze poprowadzony.

And maybe I'll find out
A way to make it back someday
To watch you to guide you
Through the darkest of your days


Powieść pokazuje nam, że nigdy nie należy tracić nadziei, a w każdej, nawet najtrudniejszej chwili, można znaleźć coś pięknego i wartościowego. Beatrice uczy Leo innego patrzenia na świat, jego rodzice pokazują mu, czym jest miłość, a Sylvie jako wierna przyjaciółka pozwala milczeć, gdy ból nie pozwala już wypowiadać słów. Metamorfoza, jaką przechodzi Leo, jest niezwykła. Od irytującego, bezczelnego nastolatka, który ciągle był na ,,nie” i chamsko odzywał się do nauczycieli do dojrzałego młodego mężczyzny. Zaczyna szanować cudzy światopogląd, a nawet szukać w nim pomocy i odpowiedzi na dręczące go pytania. Przechodzi od ,,ja” do ,,ty” by ostatecznie zatrzymać się na ,,my”.

Co mnie jeszcze urzekło, to język, jakim posługuje się autor. Może wydawać się to odrobinę nierealistyczne, bo rzadko kto w codziennym życiu mówi takim, można by rzec, poetyckim językiem. Nie jest on specjalnie trudny, pisarz używa prostych słów, ale łączy je w treściwe, pełne emocji zwroty. Książka jest nie tylko przesycona kolorami, ale i pięknymi metaforami. Często w powieściach w domyśle kierowanych do nastolatków tego mi brakuje.

I know now just quite how
My life and love might still go on
In your heart and your mind
I'll stay with you for all of time

 
Niektórzy mogą zarzucić powieści, że to zwykły wyciskacz łez. Coś w tym jest, bo natężenie emocji w tej książce mogłoby złamać niejednego czytelnika. Ale czy to znaczy, że jest tandetna i ckliwa? Nie! Jest w niej miejsce na radość i na smutek. Na otwarte cierpienie i na intymność. To po prostu opis normalnego życia. Życia, które prowadzi wiele osób. Chyba każdy doświadczył utraty kogoś bliskiego oraz miłości. ,,Biała jak mleko, czerwona jak krew” wyciska łzy nie przez swoją cukierkowatość (bo takowej nie ma), ale przez swoją prawdziwość. Nie dostajemy ugrzecznionego, lukrowanego romansu, który uspokoi sumienie. Dostajemy historię, która uderza w nas kolorami i zostawia z refleksją ,,przecież to mogło być o mnie…”.

Nie porównujmy ,,Białej jak mleko, czerwonej jak krew” do ,,Love story”. ,,Biała…” ma w sobie tyle lirycznego uroku i magii, że grzechem jest ją stawiać w czyimkolwiek cieniu. Niech będzie klasą samą w sobie, bez czyjejkolwiek rekomendacji.

Piękna książka.

----------
Cytaty pochodzą z utworu The Calling - Wherever You Will Go.

18 lis 2011

,,Zbuntowane anioły" - Libba Bray


Autorka: Libba Bray
Wydawnictwo i data wydania: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010
Ilość stron: 488
Cena: 29, 90 zł


~~***~~


Na wstępie powiem otwarcie: jeśli ktoś po ,,Mrocznym sekrecie” spodziewa się w kontynuacji mrożącej krew w żyłach powieści grozy osadzonej w wiktoriańskiej Anglii (skądinąd szalenie ostatnio popularny temat w książkach spod znaku paranormal romance), to niech ominie ,,Zbuntowane anioły” a może i nawet moją recenzję, i poszuka czegoś innego. Jeśli jednak ktoś jest ciekaw, co przydarzyło się damom ze Spence, zapraszam do dalszej części tekstu.

W drugim tomie trylogii ,,Magiczny krąg” dalej poznajemy losy Gemmy, Ann i Felicity. Dziewczęta poza nauką w Akademii Spence, przygotowaniami do debiutu oraz zmyślaniem dla jednej z nich nowej tożsamości, muszą również radzić sobie z magią. Po jej uwolnieniu, o czym była mowa w tomie pierwszym, w Międzyświecie zapanował chaos. Nieposkromiona siła kusi zarówno stronę dobra jak i stronę zła. Podstępem próbują one wkraść się w łaski jedynej osoby, która może odnaleźć mityczną Świątynię – źródło wszelkiej magii. Osoba będąca kluczem do Świątyni może przekazać władzę wybranej osobie. Kluczem tym, jak nietrudno zgadnąć, jest Gemma. Tajemnicza Kirke Seryjna Morderczyni, Zakon-jest-ale-jakby-go-nie-było oraz stowarzyszenie Rakshana Siejemy Grozę i Zniszczenie Spółka Z.O.O stają do wyścigu o władzę nad Świątynią. Jednak by ją zdobyć muszą najpierw przeciągnąć na swoją stronę Gemmę. Dziewczynę nawiedzają dziwne wizje, duchy oraz... Kartik, którego jedynym zadaniem jest rzucanie przez całą powieść ,,pełnego grozy” rozkazu o poskromieniu magii.

Ciężar akcji przesuwa się z Akademii na wiktoriański Londyn. Co prawda, autorka nie zagłębiła się opisywanie miasta, więc osoby spragnione bogatej w szczegóły londyńskiej panoramy będą zawiedzione. Z kolei nieco więcej niż w tomie pierwszym dowiadujemy się o Międzyświecie. Autorka wprowadza kolejne krainy oraz żyjące w nich istoty, jednak nie poświęca zbyt wiele uwagi na ich opisy. Wielka szkoda, bo magiczna kraina jest ledwie nakreślona. Wspomnienie nazwy plemienia czy obszaru to zdecydowanie za mało. Pomysł pani Bray ma w sobie wielki potencjał, ale jak na razie nie jest on wykorzystywany.

O Gemmie można powiedzieć, że jest dość wyrazistą postacią, ale za to Felicity i Ann – już nie. Wtapiają się w korowód postaci razem z Pippą, Simonem, Kartikiem i resztą. Żaden z bohaterów nie wzbudził we mnie większej sympatii ani niechęci, nawet złowieszcza Kirke. Wracając do Gemmy – dziewczyna zmienia się, dorasta i to widać. Przestaje być naiwną panienką, myślącą tylko o małżeństwie i udanym debiucie na salonach. Troszczy się o ojca, zdaje sobie sprawę z tego, że jej bliskim grozi niebezpieczeństwo. Nie traktuje magii z lekceważeniem, nie pozwala sobą manipulować. Można nawet powiedzieć, że poświęca własne szczęście dla innych.

Mam wrażenie, że autorka chce spróbować wszystkiego po trochu i próba złożenia tego w całość wymknęła się jej z rąk. Mam tutaj na myśli nieszczęsne romanse Gemmy. O ile ten z Kartikiem można jeszcze przełknąć, o tyle flirt z Simonem wprowadza niepotrzebne zamieszanie, niczego nie wnosi i jest zupełnie nieprzekonujący. Takie ,,rozmienianie wątków na drobne” nie służy powieści.

Mimo kilku wad, powieść podobała mi się bardziej niż jej poprzedniczka. Zdecydowanie bardziej wciąga, świat przedstawiony nie jest może skonstruowany w pełni, ale na pewno jest bogatszy od tego w tomie pierwszym. Sięgnę po ostatnią część trylogii, jeśli będę miała okazję, bo naprawdę ciekawią mnie dalsze losy bohaterek, mimo niedociągnięć.

Komu mogę polecić ,,Zbuntowane anioły”? Na pewno osobom, które zauroczyła pierwsza część. Czytelnikom, którym ,,Mroczny sekret” nie przypadł do gustu mogę doradzić, aby się nie zniechęcali, bo druga część ,,Magicznego kręgu” jest lepsza od poprzedniczki.

,,Jeśli zostanę" - Gayle Forman



Autorka: Gayle Forman
Wydawnictwo i rok wydania: Nasza Księgarnia, 2010
Ilość stron: 248
Cena: 24, 90 zł


~~***~~


Nastoletnia Mia prowadzi życie normalnej nastolatki. Ma oryginalną, kochającą się rodzinę, pasję, wiernych znajomych i chłopaka, który gra w rockowym zespole. Niedawno złożyła papiery na prestiżową muzyczną uczelnię. Mimo problemów, z którymi każdy musi się uporać, jej życie jest warte tego, by je przeżyć. Jednak gdy wszystko legnie w gruzach, czy decyzja o życiu nadal będzie taka łatwa? Zacznijmy od początku...

Książkę otwiera scena rodzinnego śniadania, która pozwala nam poznać członków rodziny. Ojciec, niegdyś szalony rockman, teraz jest (w miarę) ustatkowanym nauczycielem, z kolei mama nadal ma w sobie iskrę z młodzieżowych lat, jest energiczna, szczera do bólu i pyskata, co jednocześnie nie przeszkadza jej w byciu troskliwą i kochającą rodzicielką. Najmłodszym członkiem rodziny jest Teddy, który również aspiruje do bycia gwiazdą rocka, jak niegdyś jego tata. Mia z kolei odnosi sukcesy na polu muzycznym - jest utalentowaną wiolonczelistką. To ona jest narratorką powieści. Dzięki niej poznajemy historię związku z Adamem oraz jej życie.
 
Gdy rodzina Mii ulega wypadkowi, tylko dziewczyna nie umiera natychmiast. Niczym duch obserwuje wszystko z boku. Widzi ciała zmarłych bliskich, widzi jak służby ratunkowe próbują wyrwać ją ze szponów śmierci. Trwając w zawieszeniu między życiem a śmiercią, wspomina niektóre fragmenty z życia oraz plany, które wypadek najwyraźniej zniszczył. Uświadamia sobie, że ma dwa wyjścia: odejść, nie czuć bólu związanego z ranami i utratą rodziny albo zostać, zmierzyć się z tym, co pozostało,z cierpieniem i niepewnym losem. W podjęciu decyzji pomagają jej bliscy. Mówią do niej, słusznie przekonani, że ich słyszy. Mia widzi, jak jej ukochany Adam walczy o to, by ją zatrzymać. W końcu dzieje się coś, co pomaga jej podjąć decyzję.

Niewątpliwym plusem książki są emocje, które budzi ona w czytelniku. Jest pisana prostym, ale ładnym językiem. Historia uderza w czułe punkty, zmusza do refleksji. Nikt przecież nie wyobraża sobie utraty rodziny, opuszczenia i cierpienia. Mia pokazuje, że wokół każdego są osoby, które w tak trudnych chwilach są gotowe pomóc, którym na nas zależy. Zawsze mamy wybór, choć jest on okupiony konsekwencjami. Kolejnym plusem są główni bohaterowie. Niebanalni rodzice Mii, jej chłopak i przyjaciółka mają własne, różniące się charaktery. Również ona sama, stojąc nieco w opozycji do rodziny, wyróżnia się. Reszta bohaterów została zepchnięta do roli niezbyt wyrazistej masy. Trzecim plusem jest tematyka powieści. Autorka porusza trudny temat, ale robi to umiejętnie. Nie zalewa czytelnika potokiem patosu, dramatyzmu czy ckliwego pseudofilozofowania. Nie ubarwia. Pokazuje tylko (i aż) prostą historię o ciężkich wyborach, o dojrzałości, o wsparciu i miłości. O tym, że czasem trzeba się pogodzić z odejściem bliskiej osoby.

Z minusami, muszę przyznać, miałam problem. Powieść spełnia swoje zadanie. Wzrusza i zmusza do refleksji. Chciałam napisać, że czułam niedosyt z powodu ilości stron, ale z drugiej strony, czy książka miałaby tak silny ładunek emocji, gdyby rozłożono go na 400 stronach? Czy historia przemówiłaby do mnie tak mocno, gdyby była dłuższa i dokładniej opisana, a może rozpisywanie się o życiu Mii zaszkodziłoby powieści? Na te pytania nie potrafię odpowiedzieć. Żałuję tylko, że niektórzy bohaterowie byli, w moim odczuciu, zbyt ogólnie nakreśleni.

Do tej książki trzeba podejść z odpowiednim nastawieniem, przynajmniej tak mi się wydaje. To nie jest przyjemna książka na wakacje, choć, paradoksalnie, nie jest to dramatyzm w pigułce trudny do przełknięcia.

To jest niezwykła opowieść o zwyczajnym życiu i o sytuacji, która, niestety, może się przytrafić każdemu z nas. Pokazuje, że nawet po takiej tragedii istnieje życie. Może właśnie na tym polega jej siła.

,,Nazwanie Bestii" - Mike Carey


,,I'd rather go to hell.
Than be in a purgatory
Cut my hair, gag and bore me, pull this pin, 
Let this world explode!”





Autor: Mike Carey
Wydawnictwo i rok wydania: Wydawnictwo MAG, 2011
Ilość stron: 480
Cena: 37 zł


~~***~~


It's time to do it now, and do it loud!


,,Nazwanie bestii” to już piąty (ale nie ostatni, jeśli wierzyć zapowiedziom) tom o przygodach egzorcysty Felixa ,,Fixa” Castora. W poprzednim tomie byliśmy świadkami krwawej jatki, w wyniki której na wolność wydostał się demon Asmodeusz. Stwór rzecz jasna nie opuścił przy tym ciała Rafiego Ditko, a wręcz przeciwnie – zaczął przerabiać je na swoją modłę. Jednak ziemskie życie musiało mu obrzydnąć, bo ,,sympatyczny inaczej” Asmodeusz postanawia wrócić do domu.

Tak, tego domu.

Piekła.

Sam fakt, że chce wrócić do Otchłani nie byłby taki straszny, ale nie może zrobić tego tak łatwo. Felix niegdyś pokrzyżował mu szyki, splatając demona z duszą Rafiego. Teraz na biednego Ditko polują, co następuje: Anathemata, stowarzyszenie niegdyś z hukiem wyrzucone z kościoła katolickiego, ale zaopatrzone w dość dużą ilość pieniędzy by prowadzić dalszą działalność polegającą na gromieniu stworzeń nadprzyrodzonych; doktor Jenna – Jane, namiętnie torturująca nadludzi w imię ,,wyższego dobra nauki”, dla której Rafael i jego pasażer na gapę są cennym obiektem do badań tudzież wiwisekcji, no i… Fix Castor. Nasz biedny egzorcysta z kolei nie radzi sobie z wyrzutami sumienia i topi smutki w alkoholu.

Również Asmodeusz ma własny plan na powrót i pożegnanie z pompą, niestety przy okazji nie oszczędzając Rafiego. Postanawia wykorzystać do tego kogoś z kręgu Castora, w wyniku czego na włosku zawiśnie jedno małżeństwo, a mnóstwo osób stanie jedną nogą w grobie.


Everybody wants to change the world, but no one, no one, wants to die.

W tym tomie nasi bohaterowie muszą nieźle szarpać się z siłami zła, by móc przeżyć. Autor nikogo nie oszczędza, a i Castor obrywa z nawiązką. Krew tryska w sporych ilościach, nie mówiąc o latających częściach ciała czy narządach.

Na scenie pojawiają się nowe postacie i więcej miejsca poświęcono dotychczas epizodycznym m.in. Trudie Pax, doktor Jenna – Jane, Gilbert McClennan. Oczywiście nie zabraknie też starej gwardii: sukuba Juliet Salazar, Susan Book, Pen Bruckner czy policjanta Gary’ego Coldwooda. Jednak scenę we władanie tak naprawdę przejął Asmodeusz aka Rafi Ditko, który raz na kilka stron wyskakuje spektakularnie niczym diabeł z pudełka. Co można autorowi zarzucić to to, że poza Fixem i Asmodeuszem reszta jest potraktowana jak statyści, którzy stanowią tło. Szkoda, bo odniosłam wrażenie, że w poprzednich częściach postacie były bardziej wyraziste, ,,z charakterkiem”. Teraz Mike Carey skupił się na konstruowaniu akcji i armii przeciwko demonowi jak całości. Juliet straciła na drapieżności (i to nie tylko wina… a zresztą, sami przeczytajcie i przekonajcie się), Pen nie ma w sobie tyle z wiedźmy co niegdyś, a Susan… Właściwie tylko sobie jest. Z imienia i nazwiska. W sumie… Nawet Felix nie jest już tak sarkastyczny.


Scream out! "What will save us?" And the sky opened up.

Przyznaję, na początku ciężko było mi się wciągnąć. Od przeczytania czwartego tomu minęło trochę czasu i musiałam przypomnieć sobie, w jakiej sytuacji rozstałam się z bohaterami. Gdy już zaświtało mi w głowie jak mają się sprawy w nawiedzonym Londynie, ostrzyłam zęby na powieściową jazdę rollercoasterem. Trochę się rozczarowałam. Nawet więcej niż trochę. Akcja po prostu momentami wlecze się niemiłosiernie. Jednak zauważyłam w poprzednich tomach, że to poniekąd znak firmowy Carey’a. Najpierw biedny Fix lata po całym Londynie, tudzież Anglii tudzież… świecie, by nagle stanąć twarzą w twarz z bandą krwiożerczych ludzi czy demonów. Stopniowanie napięcia to nie jest zbyt mocna strona pisarza. Również walka, na którą czytelnicy właściwie czekali od pierwszego tomu, nie jest może tragiczna, ale czułam pewien niedosyt. Szczególnie, że przez cały piąty tom na podstawie wypowiedzi bohaterów w mojej głowie powstał obraz całkowitego końca świata, walki nieba z piekłem, zagładą, przed którą ocaleniem będzie Fix grający na flecie… Uh, fakt, wyobraźnia mnie poniosła.

Mimo wszystko fabuła jest na plus. Każdy wątek początkowo może wydawać się zupełnie bez związku z pozostałymi, ale autor zgrabnie łączy je w jedno. Pisarz unika rozdrabniania wątków, raczej skupia się na rozbudowywaniu już istniejących (czasem robi to aż do przesady, przez co czytelnik zaczyna się niecierpliwić, jak już wyżej zaznaczyłam).

Pozytywne wrażenia robią również opisy. Londyn jest mroczny, chłodny, zupełnie jakby odzwierciedlał niebezpieczną sytuację Feliksa i jego przyjaciół. Lokacje różnią się od siebie, każda ma swoją niepowtarzalną atmosferę. O tak, budowanie nastroju Carey’owi wychodzi całkiem dobrze. Gdyby tylko nie rozwlekał czasem akcji aż do przesady, otrzymalibyśmy prawdziwy zastrzyk adrenaliny.


 

It's death or victory.

,,Nazwanie bestii” nie jest najlepszą powieścią z cyklu, co jednak nie znaczy, że jest to powieść zła. Ma swoje plusy jak i minusy. Fanom bez wahania mogę ją polecić, a osobom, które jeszcze nie czytały żadnego tomu o Castorze radzę zacząć od ,,Mojego własnego diabła”. Książki są ze sobą mocno powiązane i przegapienie którejś części może popsuć całą przyjemność z czytania. Serię mogę polecić również tym, którym do gustu przypadł film ,,Constantine”.

Przeglądając źródła znalazłam informację o tym, że w przygotowaniu jest kolejny, szósty już tom przygód egzorcysty. Trochę mnie to dziwi, bo zakończenie ,,Nazwania bestii” raczej nie pozostawiło większego pola do manewru. Może jednak Mike Carey czymś nas zaskoczy?

---------------------------------------------------------------------------------

Anglojęzyczne cytaty pochodzą z utworu ,,Na na na” My Chemical Romance.

,,Król Demon" - Cinda Williams Chima

Dawno, dawno temu...
...za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
Znacie? Znamy!
A za ,,siedmioma królestwami znacie”?
Nie? To poznacie!



Autorka: Cinda Williams Chima
Wydawnictwo i rok wydania: Galeria Książki, 2011
Ilość stron: 560
Cena: 39, 90 zł

 
~~***~~

W jednym z siedmiu królestw zwanym Fells mieszka księżniczka Raisa i drobny złodziejaszek Han. Arystokratka, dziewczę rozumne i dociekliwe, ma rychło zostać wydana za mąż, co jest dla niej iście przerażającą perspektywą. Gdy próbuje przekonać swoją matkę, królową Mariannę, do porzucenia planów matrymonialnych, docierają do niej wieści o niepokojach w królestwie. Rezolutna księżniczka postanawia wyściubić nos z komanty i wziąć sprawy w swoje ręce. Wychowywana do tej pory pod kloszem, poznaje smak prawdziwego życia swoich poddanych i wpada na trop wielkiego spisku, który może zniszczyć królestwo.

Z kolei Han, mieszkaniec ubogiej części miasta, walczy o przetrwanie swoje, swojej matki i siostry. Niedawno porzucił złodziejski fach i przywództwo w gangu Łachmaniarzy, i chwyta się każdej drobnej pracy by zarobić trochę grosza. Próbuje przy tym bezskutecznie ściągnąć i sprzedać srebrne, magiczne bransolety, które posiada od niemowlęctwa i które rosną razem z nim. Pewnego dnia w lesie należącym do Kolonii, napotyka młodocianego maga Micaha. Wywiązuje się między nimi kłótnia, w wyniku której Han wchodzi w posiadanie magicznego amuletu. Amuletu, można by rzec, przeklętego. Bowiem ojciec Micaha, Wielki Mag, zrobi absolutnie wszystko by potężny artefakt odzyskać.

Od tej pory dwójka głównych bohaterów wpada w wir wydarzeń, porzucając znane dotychczas życie.

Tyle słowem wstępu. Teraz jest ten moment, kiedy w baśni pojawia się wiedźma. Czyli sobie ponarzekam.

Recykling zawsze w modzie

Pierwsze, co się rzuca w oczy po przeczytaniu książki to przewidywalność i wtórność.

Zaskoczyła mnie przeszłość tylko jednego bohatera. Losy reszty bohaterów są boleśnie utartym schematem, którego autorka niczym nie próbuje ratować. Od początku wiadomo co zrobi księżniczka Raisa, kto umrze, kto zostanie porwany, czy, rodem z kryminału ,,kto zabił?!" Chociażby w przypadku Hana mamy do czynienia z ,,od zera do bohatera”. Nie byłoby to takie złe, bo na takiej metamorfozie opiera się większość powieści dla młodzieży, gdyby nie fakt, że fajerwerki na koniec powieści bledną znacząco w oczach czytelnika, który przeczytał w życiu więcej niż jedną książkę. W tym przypadku Hana można porównać do Eragona. Obawiam się, że w następnych tomach Bransoleciarz będzie, niestety, kopią Smoczego Jeźdźcy.

Również kreacja miasta nie zachwyca. Stylizowane na średniowieczne, lokacje były już do znudzenia eksploatowane w ,,Atramentowej trylogii” Cornelii Funke czy ,,Kłamstwach Locke’a Lamory” Scotta Lyncha, tyle że w tych powieściach zrobiono to umiejętniej, barwniej. W ,,Królu demonie” Han i Raisa mogliby równie dobrze biegać po szklanym wieżowcu czy rozbijać się mercedesami na autostradach. Autorka nie ,,traciła” czasu na opis miasta.

Książka jest wstępem do dalszym tomów, i to wstępem przydługim. Na dobrą sprawę, dowiadujemy się wszystkiego i niczego. Świat jest dość ogólnie nakreślony, postacie przerzucają się nazwami geograficznymi czy imionami świętych, ale nic ponadto. O pozostałych królestwach wiemy na razie tylko tyle, że istnieją.


W książce wystąpili

Bohaterowie – punkt obowiązkowy. Nie uświadczymy bogatych portretów psychologicznych, tak dla jasności. Han wzbudza sympatię czytelnika i jest chyba najciekawszą postacią w powieści. Czytelnik kibicuje mu w walce z gwardią czy realizacji kolejnych karkołomnych pomysłów. Raisa z kolei czasem irytuje i choć nie jest czarnym charakterem, to ciężko było mi ją polubić. Resztę podzielono grubą krechą na tych dobrych i złych. Mimo to bohaterowie nie zlewają się w jedno, choć jest ich całkiem sporo. Plus dla autorki, że nie zdecydowała się na wprowadzenie do książki nadmiaru magicznych stworzeń. Są tylko magowie. Nie spotkamy smoków, elfów czy krasnoludów.


I wszyscy żyli długo i szczęśliwie

Co mamy więc w ,,Królu demonie”? Dworskie romanse i intrygi, pojedynki gangów, pościgi a wszystko podszyte magią. Mimo wyświechtanych pomysłów powieść czyta się całkiem przyjemnie, jest wciągająca. Mam nadzieję, że autorka zaskoczy nas czymś w kolejnych tomach.

,,Sekretny język kwiatów" - Vanessa Diffenbaugh

,,Jestem nieufna jak lawenda,
Samotna jak biała róża.
Boję się, dlatego pozwalam, by moim głosem były kwiaty.”

Autorka: Diffenbaugh Vanessa
Wydawnictwo, rok wydania: Świat Książki, 2011
Ilość stron: 400
Cena: 39, 90 zł



Glicynia - Witaj

,,Sekretny język kwiatów” zakupiłam kilka dni po premierze, gdy z dumą piastował całą półkę w dziale ,,Literatura zagraniczna”. Jakie było moje zdziwienie, gdy przy następnej wizycie spostrzegłam, że książkę przeniesiono do działu ,,romanse”. Znając treść książki, uważam, że taka etykietka jest myląca, bo ,,Sekretny język kwiatów” nie traktuje o romansie jako temacie głównym. Owszem, pojawia się on, ale jest dość... nietypowy.


Hiacynt biały – piękno

Zacznę jednak od wspomnienia o wydaniu książki. Tutaj ukłon w stronę osób odpowiedzialnych za oprawę graficzną. Pominę już okładkę, która byłaby jeszcze ładniejsza gdyby kwiat trzymany przez dziewczynę był bardziej realistyczny. Wewnętrzna strona okładki stylizowana jest na wzór papieru czerpanego z wtopionymi suszonymi kwiatami. Biorąc pod uwagę tematykę książki, taki zabieg to strzał w wizualną dziesiątkę. Eleganckie wydanie wprowadza w atmosferę historii i niewątpliwie uprzyjemnia czytanie.


Biała róża – serce nienawykłe do miłości

Fabule książki również nie można niczego zarzucić. Książka opowiada historię osieroconej Victorii. Jest ona narratorką powieści. W jej opowieści wspomnienia z przeszłości przeplatają się z wydarzeniami ze współczesności. Dzięki temu dowiadujemy się, że dziewczyna od niemowlęcia tułała się po rodzinach zastępczych i domach dziecka. Prawie nigdzie nie zaznała miłości, ciepła rodzinnego i spokoju. Z tego powodu stała się nieufna, zamknięta w sobie, niezdolna do okazywania uczuć. Gdy Victoria była dzieckiem, w czasie tułaczki jej los splótł się z losem samotnej Elizabeth, właścicielki winnicy. Ona jedna dotarła do dziewczyny, ucząc ją mowy kwiatów. Jednak na drodze do stworzenia normalnego domu stanął zatarg z przeszłości oraz sama Victoria... Współcześnie osiemnastoletnia Victoria staje u progu dorosłości ze sporym bagażem życiowych doświadczeń, ale bez wsparcia jakiejkolwiek osoby. Nie ma domu, rodziny ani pracy. Jej jedynymi towarzyszami są kwiaty oraz niezwykły talent do układania bukietów. To za ich pośrednictwem zostaną odbudowane rodziny, wykiełkuje miłość a wiele osób odnajdzie szczęście. Niemożliwe? A jednak! W tej książce kwiaty, a raczej pokładane w ich znaczeniu nadzieje, mają magiczną moc.


Jemioła – pokonam wszystkie przeszkody

,,Sekretny język kwiatów” porusza wiele historii, które płynnie splatają się w jedną, a wszystko za sprawą roślin. I tak: mamy zamkniętą w sobie, nieufną i nienawykłą do okazywania uczuć sierotę, skłócone siostry, mężczyznę z trudną przeszłością, właścicielkę kwiaciarni oraz jej rozlicznych klientów. Jak już wspomniałam, stworzona przez panią Diffenbaugh opowieść jest ciekawa i niebanalna. Choć ktoś może powiedzieć : ot, to taki wycinek z życia grupy ludzi, których możemy spotkać na ulicy. Ale za to jaki wycinek! Może i jest to debiutancka powieść i nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca, ale ja powiem, że autorka ma talent do opisywania rzeczy trudnych i często ,,zamiatanych pod dywan”. Nie upiększa i nie ubarwia, przedstawia rzeczy takie, jakimi są. Fakt, wstrząsające może być to, jak traktowano Victorię w dzieciństwie, ale czy nie słyszymy o podobnych przypadkach codziennie? Przecież takich osób poturbowanych przez życie tak samo jak główna bohaterka, jest mnóstwo.


Dzwonek pokrzywolistny – zaniedbane piękno

Fabuła na plus, a jak jest z bohaterami? Oni również są dość ciekawie skonstruowani. Najbardziej wyrazistą postacią jest Victoria, co jest rzeczą dość oczywistą, biorąc pod uwagę fakt, że jest ona narratorką. Również Elizabeth, jej siostrzeniec Grant oraz właścicielka kwiaciarni Renata, nie są papierowymi kukiełkami potrzebnymi tylko po to, by zapełnić tło. Mają swoje uczucia, problemy, historie. Każdy z bohaterów jest inny, to prawdziwi ludzie z krwi i kości. Nie są idealni, oszałamiająco piękni, mądrzy i co tam jeszcze można dorzucić. Nie, oni popełniają błędy i przyjmują ich konsekwencje. Podejmują decyzje, które mogą się wydawać kontrowersyjne i niezrozumiałe, ale są tylko ludźmi, których los często okrutnie doświadczył i nie potrafią inaczej.


Narcyz – nowe początki

Dużo ważniejsze w tej powieści jest przesłanie, które mówi, że na naprawienie błędu nigdy nie jest za późno. Zawsze można wrócić, porozmawiać, pogodzić się. Zawsze należy podać rękę komuś, kto znalazł się w trudnej sytuacji. ,,Sekretny język kwiatów” nie jest książką wybitną, ale dobrą. Czasem może przeszkadzać nieco niewprawne pióro pani Diffenbaugh, ale naprawdę nie ma tragedii, płaczu i zgrzytania zębów. Ciekawym rozwiązaniem jest dołączony do powieści słownik języka kwiatów. Dzięki temu czytelnicy mogą tak samo jak Victoria układać własne bukiety z przesłaniem, co w dobie Internetu, e-maili i smsów jest niezwykle oryginalnym i romantycznym rozwiązaniem.

----------

Znaczenia kwiatów oraz cytat na początku recenzji pochodzą z książki ,,Sekretny język kwiatów".

,,Nevermore. Kruk" - Kelly Creagh

Chodź ze mną w obłęd…
…czyli Poe i romans paranormalny dla nastolatków.



Autorka: Kelly Creagh
Wydawnictwo, rok wydania: Jaguar, 2011
Ilość stron: 453
Cena: 39, 90 zł

~~***~~



Powieść spod znaku czarnego eyelinera i różowych pomponów

Edgar Allan Poe i paranormal romance z gotem i czirliderką. Gdy przeczytałam opis ,,Nevermore. Kruk” pomyślałam, że ktoś nieźle ryzykuje. Choć z drugiej strony, czy można być jeszcze czymś zaskoczonym w literaturze młodzieżowej? Był romans z wampirem, z wilkołakiem, z duchem, z wróżem, z syreną… Można w nieskończoność wymieniać. Ale Poe?

Po skończonej lekturze stwierdzam, że to eksperyment całkiem udany, choć nie bez wad. ,,Nevermore” jest dość obiecującym debiutem, choć połączenie różowym pomponów i czarnego kruka może się wydać karkołomnym zadaniem.

W skrócie: jest to historia czirliderki Isobel i gota Varena. Nastolatkowie pochodzą, dosłownie i w przenośni, z różnych światów. Na lekcji języka angielskiego zostają przydzieleni do wykonania referatu. Izzy, która musi zdobyć dobrą ocenę, by móc uczestniczyć w zawodach, niechętnie zgadza się na współpracę. Got zupełnie nie jest w jej typie, podświadomie wyczuwa, że on coś ukrywa. Jednak jak wszyscy wiedzą, serce nie sługa. Niewinna z początku znajomość zaczyna rozwijać się w stronę czegoś poważniejszego, a tajemnica Varena wyrywa się spod jego kontroli. Świat chłopaka zaczyna osaczać Isobel, która zdaje sobie sprawę, że wcale nie trzeba śnić by znaleźć się w koszmarze.

Banalny opis? Możliwe. Jednak w powieści ta banalność jest niewidoczna. Nie ma zgrzytania zębów nad głupotą bohaterów (bo takowej po prostu nie ma), nie ma chęci rzucenia książką o ścianę. A co jest? Całkiem dobre czytadło z kilkoma minusami na koncie.


Wszystko to, co widzę
Poziom książki jest strasznie nierówny. Są chwile, gdy nudziłam się niemiłosiernie, mając wrażenie, że czytam kolejną obyczajówkę dla młodzieży, a z kolei później działo się tak dużo, że nie wiadomo było, o co chodzi. Pani Creagh najwyraźniej założyła, że każdy z jej czytelników zna twórczość Poego na wylot i wystarczą wzmianki, by odnaleźć się w lokacji. Z tego powodu świat nadnaturalny nie jest zbyt dobrze rozbudowany, swoją kreacją przypomina ten, który dostaliśmy w ,,Pomiędzy” Tary Hudson. Jednak nie jest tak do końca tragicznie, autorka zasługuję na pochwałę za sceny nawiązujące do ,,Maski Śmierci Szkarłatnej”, gdzie przenikanie się światów zostało całkiem nieźle opisane. W sumie książkę można podzielić: ¾ to bardziej romans, obyczajówka, ¼ to z kolei paranormal. Odniosłam nieco negatywne odczucie, że pani Creagh w trakcie pisania spostrzegła, że powoli zbliża się do umówionej z wydawcą ilości stron i nagle zaczęła wplatać wątek paranormalny. Mimo tego, uważam, że nadnaturalne elementy w opowieści, atmosfera grozy jest całkiem nieźle odmalowana, mimo dość ubogiego opisu świata. Im bliżej końca, tym bardziej powieść zaczyna być ,,z dreszczykiem”.

Autorka, chcąc uciec od jednego stereotypu wpada w następny i mości sobie w nim uroczy kącik. Bo oto otrzymujemy nastolatka z despotycznym ojcem i jego partnerką. Wspomniany młodzieniec buntuje się, farbując włosy na czarny kolor, maluje się, nosi gotycką biżuterię i piercing. Można się domyśleć ,jaką postawę przybiera w stosunku do świata. I to naprawdę nie jest wspomniana w opisie książki charakterystyka, jakoby był on: ,, Wesoły jak cmentarzysko, ciepły jak granitowa płyta, a na dodatek potwornie zgryźliwy.” Nic z tych rzeczy. Varen jest co najwyżej dość tajemniczy, choć z drugiej strony brakuje mu ikry. Sarkazm, sardonizm i ironia w jego wykonaniu ma w sobie tyle życia co trupy na cmentarzu. Na szczęście nie jest ,,papierowy”, z odrobiną dobrej woli można wyłuskać jego postać z kartek powieści. Już zupełnie inną historią jest to, czy zbolały, robiący z siebie tajemniczego do granic egzaltacji bohater jest w jakikolwiek atrakcyjny dla czytelników. Sama nie wiem, co jest gorsze – brak jakichkolwiek cech i kompletna przeźroczystość czy niebezpiecznie skłanianie się w stronę śmieszności. Z kolei jego partnerka i na dobrą sprawę, główna bohaterka powieści, Isobel, to złote dziecko amerykańskich komedii. Śliczna, blondwłosa czirliderka, z uwielbieniem do różu. Znany obrazek? Oczywiście. Nie brakuje również pseudoprzyjaciół i umięśnionego chłopaka. Na szczęście Izzy broni się całkiem normalnym zachowaniem. Nie chichocze jak idiotka, by przypodobać się grupie. Jest w stanie postawić się, gdy widzi, że znęcają się nad kimś i nie traktuje flirtowania jako sensu życia. To całkiem miła odskocznia od typowego wizerunku czirliderki. Isobel nie jest może najlepiej skonstruowaną postacią w całej historii paranormalnych romansów, ale ma poukładane w głowie, potrafi pokazać pazur i raczej budzi w czytelniku sympatię.

Gdzie tu stereotyp, zapytacie? Jak widać. Jeśli mroczny got, buntujący się przed rodzicami to oczywiście: czarne włosy, enigmatyczność, tona biżuterii, piercing i reszta wesołej menażerii. Argument, że ma takie a nie inne zainteresowania i stworzył taką a nie inną historię, do mnie nie trafia. Bronił się przed tworami, którego powołał do życia, a sam zaczął przypominać jednego z nich. Czirliderka Isobel uwielbiająca róż, z typowymi nastoletnimi problemami, posiadająca Najprzystojniejszego I Najbardziej wysportowanego Faceta Za Którym Wzdycha Cała Szkoła – fakt, nic stereotypowego. Ależ zupełnie nie. Maski, wspomniane w jednym z opisów książki – nie opadają. Isobel od początku jest taka sama, ani miła, ani wredna. Varen również nie przechodzi wielkiej metamorfozy. To, że otwierają się na siebie nawzajem, a w efekcie zakochują, nie zmienia ich.

W tym momencie trzeba się zatrzymać i wspomnieć o miłości naszych bohaterów. Ona rodzi się gdzieś poza kartami książki. Kilka spotkań, kilka rozmów – nigdzie tam nie pojawia się energetyzujący wybuch romansu. To Isobel gdzieś po ponad połowie opowieści stwierdza, że chyba się w Varenie zakochała. Dość dobrze obrazuje to, że więcej tam rozmyślań i wzdychania niż samej miłości. A skoro już przy westchnieniach jesteśmy, pozwolę sobie rzucić okiem na to, jakimi słowami zwracają się do siebie w ,,podniosłych” chwilach nasi bohaterowie. Uwierzcie, pisarka popełniła w tym miejscu egzaltację godną ,,Zmierzchu”, podam tutaj małą próbkę: ,,Jego oddech owiewał ją ciepłem i miała ochotę znowu mu się poddać, poczuć jego dotyk, poczuć jego pocałunek, miękki jak płatki kwiatów i palący zarazem. Nigdy wcześniej tak jej nie całowano. Miała poczucie, jakby skorupa jej duszy wyparowała.” Pomimo tych kilku wpadek, historia jest napisana ładnym, choć prostym językiem.

Nigdy więcej?

,,Nevermore. Kruk” żadną miarą nie jest arcydziełem, choć do takowego nawiązuje. Odwołanie do postaci Edgara Allana Poego i jego twórczości było dość ryzykownym przedsięwzięciem. Jednak chwała autorce za to, że wplotła w swoją różową makatkę czarną, atłasową wstążkę grozy. Bo to właśnie unoszący się nad fabułą duch Poego sprawia, że książka z ciężkostrawnego romansidła staje się zgrabnym romansem paranormalnym dla nastolatków, jednym z lepszych. Niestety, tylko tyle i aż tyle. Za to należy pogratulować wydawcy za dobrą kampanię promocyjną, bo byłam skłonna uwierzyć, że ,,Nevermore. Kruk” to perełka, jakiej do tej pory na rynku wydawniczym brakowało.

W zapowiedziach widnieje już kontynuacja ,,Nevermore” - ,,Enshadowed”, która brzmi całkiem obiecująco. Liczę na to, że autorka poświęci zdecydowanie więcej miejsca na opisanie krainy snu. W końcu tematyka oniryczna daje gigantyczne pole do popisu i popuszczenia wodzów wyobraźni. Do tego odwołania do Poego. Pomysł pani Creagh już ma. Talentu też jej nie brakuje, wnioskuję po pierwszym tomie. Na pewno sięgnę po kontynuację, z nadzieją na to, że będzie ona lepsza od poprzedniczki.