1 sty 2017

„Sukienka w kolorze nocnego nieba” - Karen Foxlee

Tytuł: Sukienka w kolorze nocnego nieba
Autor: Karen Foxlee
Wydawnictwo, rok wydania: Dobra Literatura, 2016
Ilość stron: 304
Cena: 36,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Dobra Literatura


Niebo uszyte z opowieści

Gdy na trasie nieustannej tułaczki ojciec Rose podejmuje decyzję o zatrzymaniu się w jednym z australijskich miasteczek, jego córka stara się nie przywiązywać zbytnio do nowego otoczenia – ma świadomość, że prędzej czy później ruszą w dalszą drogę. Nowy adres, nowa szkoła i nowi znajomi składają się na dobrze znany dziewczynie cykl, przeplatany dodatkowo alkoholizmem ojca. Jednak tym razem los Rose nie podąży utartą ścieżką, a wszystko przez… wiedźmę.

W miejscowym liceum Rose poznaje Pearl Kelly, która wciąga ją do kręgu swoich przyjaciółek. Dziewczęta są zaaferowane zbliżającym się dożynkami oraz doroczną paradą. To nie tylko okazja do zabawy, ale także do pokazania się w pięknej sukni i zdobycia korony królowej. Nastolatka początkowo niechętnie podchodzi do pomysłu uczestniczenia w paradzie, ale pod wpływem nowej przyjaciółki postanawia zakosztować zwyczajnej codzienności choć raz, choć na chwilę. Gdyby tylko wiedziała, że nic nie jest w tym miasteczku zwyczajne… Życie, obierając nową ścieżkę, prowadzi Rose do Edie Baker, ekscentrycznej samotniczki, która przez wielu jest zwana czarownicą. Krawcowa ponoć ma dar do szycia niezwykłych sukni, a właśnie tego potrzebuje Rose. Nietypowa zapłata za kreację zamienia szycie w długie godziny wypełnione magią opowieści.

Oprócz tej historii, istnieje jeszcze jedna, osnuta mgłą niedopowiedzeń i tajemnic. To teraźniejszość. Gdy po dożynkach ginie jedna z dziewcząt, policja i miejscowi angażują się w poszukiwania. Każdy szuka odpowiedzi – i każdy obawia się, jaka to będzie odpowiedź. Po zaginionej pozostało jedynie kilka śladów na skraju lasu, kilka strzępków przeszłości.

A przeszłość jest szeleszczącym materiałem, na nowo wykrawanym i zszywanym, za to teraźniejszość pruje się w szwach, odsłaniając kolejne warstwy tajemnicy…

I pomyślałam „zaraz, ja już gdzieś słyszałam podobny szelest…”

„Sukienka w kolorze nocnego nieba” zbudowana jest na rodzinnych opowieściach, międzypokoleniowych perypetiach, które nieoczekiwanie wpływają na siebie nawzajem. Szycie sukni staje się pretekstem do połączenia losów kobiet będących na różnych etapach życia. W szkatułach kryją się nie tylko nici, igły, tasiemki, koraliki i koronki, ale także ślady historii ukryte w materiale, które mienią się nostalgią, smutkiem i tajemnicą. Rose pomaga w szyciu sukni, a Edie roztacza nad nią zapamiętane opowieści niczym magiczne zaklęcia. Rękawy to pewnie historia prapradziadka, spódnicę skrojono na miarę babki, a kołnierzyk to może matka? Igła z nitką zszywa ze sobą świat Rose, nastolatki żyjącej na walizkach i świat Edie, kobiety zwanej wiedźmą. Sztuka szycia staje się sztuką opowieści, która wykracza daleko poza życie krawcowej i jej nowej podopiecznej. Rose, tak samo jak stworzona przez Leslye Walton Ava Lavender, kreuje swoją niezwykłość, odkrywa w niej piękno, a cudza przeszłość staje się potężną siłą, której nurt wdziera się w jej życie. Niestety, w zderzeniu z niektórymi osobami nie da się ocalić fantazji, bo zło i przemoc upomną się o każde piękno, brutalnie ściągając marzycieli na ziemię. Jednak ciągle istnieją tacy, którzy będą pielęgnować te potłuczone kawałki w nadziei na to, że i z nich da się ułożyć lepszy obraz świata. Tylko czy świat, który wcześniej znała Rose, aby na pewno był piękny? Zmagania dziewczyny odcisnęły piętno na przeszłości i teraźniejszości i w przeciwieństwie do historii Avy, w jej perypetiach jest więcej niejednoznaczności. Który bohater „Sukienki w kolorze nocnego nieba” popełnił błąd, a który był po prostu zły? Czy opowieść o niebieskiej sukience to opowieść o sumie ludzkich błędów, czy o przeklętej magii? Foxlee pochyla się nad niełatwymi tematami, które dotykają nastoletnich bohaterek – dla Rose istnieje przecież ten drugi świat, świat poza domem Edie. To tam przebywa jej przyjaciółka Pearl, jej ojciec i mieszkańcy miasteczka, to tam rozpocznie się parada dożynkowa, to tam czekają pierwsze westchnienia i gorzkie rozczarowania i to tam nieodwracalnie wszystko się zmieni. W trakcie lektury rośnie nasz niepokój. Wiemy, że „coś” się stało, możemy zgadywać, kto brał w tym udział, a ciemne chmury gęstnieją z rozdziału na rozdział. Przeplatające się płaszczyzny czasowe nieubłaganie dążą do zderzenia. Teraźniejszość to przede wszystkim śledztwo, które próbuje wygładzić fałdy i odszukać w materiale historii ślady z przeszłości. Podsycane przez złe przeczucia widmo tragedii krąży nad bohaterami, którzy nieustannie zadają sobie pytanie – co się stało z zaginioną dziewczyną? Autorka umiejętnie podsuwa mylne wskazówki, podsycając ciekawość i mieszając czytelnikowi w głowie. Czy magia maczała w tym palce, czy może było to działanie zwyczajnego człowieka? Nie można być pewnym niczego.

Jednak „Sukienka w kolorze nocnego nieba” nie wywarła na mnie w pełni takiego wrażenia jak „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender”. Przede wszystkim brakowało mi tej lekkości w łączeniu zwyczajności i niezwykłości, zacieraniu granicy pomiędzy magią i realnością tak, że magia staje się jak najbardziej realna. Historia skrzydlatej Avy zaangażowała mnie emocjonalnie, podczas gdy „Sukience…” wystarczyła jedynie moja ciekawość. Choć Foxlee pierwsza wydała swoją powieść, to książka Walton posiada ten niepowtarzalny koloryt, który staje się punktem odniesienia dla innych tytułów. Jeśli porównamy te dzieła, możemy zauważyć, jak niezwykle bohaterowie Walton snują swoje opowieści, z jaką fantazją autorka wplata magię w ich codzienne życie, kompletnie zacierając granice pomiędzy nimi. Foxlee dość nieśmiało włada magią, wsączając nierzeczywistość do realności. Tam, gdzie nie sięgnęła magia, pozostały niezałatane dziury. Autorka nie wykorzystała w pełni potencjału, który ciągle czeka, szczególnie w zakończeniu. Mogłaby odważniej sięgać do swojej wyobraźni, dzięki czemu historia nabrała większej płynności. Teraz co kilka rozdziałów wykonuje ona gwałtowny zwrot – tkwimy w niemalże onirycznej nierzeczywistości tylko po to, by nagle wpaść w zupełnie zwyczajną historię rozgrywającą się w kwietniu 1986 roku w jednym z australijskich miasteczek. Wiemy, że takie eksperymenty wyśmienicie się udają, co udowodniła wielokrotnie już przytaczana Walton. Foxlee ma ku temu dobre warunki, bo wie, gdzie szukać tej magii, potrafi połączyć historie, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą wiele wspólnego, tylko musi jeszcze wzbogacić je o klimat, zszyć je ze sobą tak, żeby nie rozchodziły się w szwach i stanowiły jedno. Finał przyniósł upragnione odpowiedzi, ale od zwieńczenia historii, szczególnie takiej historii, oczekuję czegoś więcej. Atmosfera tajemnicy, przeplatające się płaszczyzny czasowe i opowieści z pogranicza magii i rzeczywistości szykowały grunt pod coś naprawdę niezwykłego. Nie przeszkadza mi to, że Foxlee tak rozwiązała zagadkę tamtej nocy, ale na pewno mogła lepiej przyjrzeć się konsekwencjom, lepiej stopniować napięcie i zostawić czytelnika z czymś więcej niż tylko „wydarzyło się to i to, koniec”. Nie wyczerpano wszystkich możliwości, jeśli chodzi o opisanie zakończenia, nie pociągnięto choćby kawałek dalej kilku wątków, zupełnie jakby energii wystarczyło tylko na wprowadzenie czytelnika w historię Rose, Pearl i Edie.

„Sukienka w kolorze nocnego nieba” to opowieść o magii, która czai się na obrzeżach naszej codzienności. To książka wierna opowiadanej historii – po części sięga do kryminału, fantastyki, powieści młodzieżowej czy sagi rodzinnej. Nicią opowieści zszywa skrawki, które utkano z przeszłości i teraźniejszości. Choć powieść Karen Foxlee mocniej zakorzeniona jest w rzeczywistości, to pobrzmiewające w niej echa mogą skusić czytelników, którzy tęsknią za klimatem „Osobliwych i cudownych przypadków Avy Lavender”.

W końcu każdy czytelnik szuka magii skrojonej na swoją miarę…

7 gru 2016

„The Chemist" - Stephenie Meyer

Tytuł: The Chemist
Autor: Stephenie Meyer 
Wydawnictwo, rok wydania: Sphere (imprint Little, Brown)
Ilość stron: 524

Polskie wydanie
Książka prawdopodobnie ukaże się w Polsce


~~***~~


Zabójcza chemia

Sporą grupę czytelników zelektryzowała wieść, że Stephenie Meyer wydaje nową książkę dla dorosłych. Po „Intruzie”, który stanowił flirt ze SciFi, autorka postanowiła podzielić się swoją miłością do powieści szpiegowskiej. Wierni fani nie kryli zdziwienia, a wielu przeciwników nie mogło poskromić swojej ciekawości, bo zapowiedź nie zdradzała powrotu znanej Meyer. Thriller szpiegowski? Zabójcza agentka? Zero miłości na horyzoncie? Czy aby na pewno mówimy o autorce, która zasłynęła serią romansów paranormalnych? Okazuje się, że tak. 

W kategorii opowieści szpiegowskich nie ma chyba bardziej typowej historii, niż ta o agencie pracującym dla sekretnej organizacji rządowej, na którego to wspomniana agencja wydaje wyrok śmierci. Dlaczego? Czy nie posłuchał rozkazów, przeszedł na ciemną stronę mocy czy może… stał się niewygodnym świadkiem? Zmuszony do ucieczki, absolutnie nikomu nie ufając (no, może z kilkoma wyjątkami), postanawia rozwikłać intrygę. Wszyscy wiemy, co będzie później – pościgi, wybuchy, tropienie spisku na szczytach władzy, a gdzieś po drodze (opcjonalnie) ognisty romans. Zemsta jest za to obowiązkowa. Czas ucieka, rośnie liczba trupów, ilość nabojów w magazynku się nie kończy. Finalnie dochodzi do konfrontacji. Właśnie po te „typowości” sięgnęła Meyer w swojej drugiej powieści kierowanej do dorosłych czytelników.

Dziś ma na imię Alex i ma ciemne włosy. Jutro będzie blondynką Jessie o niebieskich oczach. Wczoraj była kobieca, dziś jest nastoletnią chłopczycą. Zmienia wygląd, styl, tożsamość, adres. Niegdyś była najlepszą chemiczką pracującą w tajnym laboratorium na usługach rządu, teraz jest zwierzyną, którą próbują upolować inni agenci. Wydano na nią wyrok śmierci i od tamtej chwili walczy o życie. Dobrze wyszkolona i zdeterminowana, nie zamierza stać się łatwym celem. 

W życiu Alex nie zmieniło się tylko jedno: nadal jest zabójczo skuteczna. 

Wiedza jest jej bronią.

I zamierza wykorzystać ją, by zemścić się na tych, którzy zapragnęli jej śmierci.

Uwielbiam opasłe tomy, przez które można przedzierać się godzinami. Im dłużej mogę zostać w wykreowanym przez autora świecie, tym lepiej. Dlatego sama nie wierzę, że to piszę, ale „The Chemist” jest… za długie. Zdecydowanie za długie. Przy „The Chemist” dłużyzny w 
Intruzie" to ledwie mgnienie oka. To przegadana powieść, pełna niepotrzebnie drobiazgowych opisów, które hamują akcję i nie pozwalają na budowanie napięcia. Wcześniejsze powieści Meyer łączy wiele, a jednym z tych elementów jest zarzut, że autorka niepotrzebnie opisuje do bólu przyziemne czynności. Buduje wokół nich całe rozdziały, jakby jedzenie płatków z mlekiem czy przygotowanie łatwego obiadu było czymś tak niewyobrażalnie egzotycznym dla czytelnika, że bez drobiazgowego opisu nie byłby w stanie sobie tego wyobrazić. Dobrze wiemy, że bohaterowie muszą jeść, spać, kąpać się, słowem: robić wszystko to, czego zazwyczaj domaga się ciało, ale czy za każdym razem trzeba nam to pokazywać? Meyer nie napisze, że bohaterka poszła wziąć prysznic. I kropka. Meyer opisze, że bohaterka obejrzała łazienkę, która wyglądała tak i tak, że były takie i takie kosmetyki do mycia, że zrobiła to i tamto… To tylko przykład, ale takich sytuacji jest mnóstwo. Taką przyziemność można by było przełknąć w powieści obyczajowej, ale jak po raz kolejny czytam o tym, że bohaterowie robią radosne nic w powieści, która z definicji ma trzymać w napięciu i oferować zawrotną akcję, to mi ręce i powieki opadają. I ziewam. Na litość wszystkich literackich bogów, to powieść firmowana jako „gripping page-turner”*! Gdy sięgam po thriller czy powieść szpiegowską, to na pewno nie robię tego po to, żeby czytać o tym, jak tajny superagent siedzi na kanapie i zmienia kanały w tv – i na dodatek autor nie opisuje tego w dwóch zdaniach, ale w dwóch rozdziałach. Na pewno nie sięgam też po taką powieść po to, żeby czytać, jak wspomniany agent ukrywa się, a ktoś inny odwala za niego całą brudną robotę. Ja chcę być w centrum wydarzeń, Stephenie Meyer – niekoniecznie. Nie da się nie zauważyć, że Meyer, mimo deklarowania wielkiej miłości do powieści szpiegowskiej, lepiej czuje się w romansie, który zresztą jest bazą tworzonych przez nią historii („Saga Zmierzch”, „Intruz”, a teraz „The Chemist”). Flirtuje z gatunkami, ale tak naprawdę nie potrafi oderwać się od swoich korzeni, co widać dobitnie w epilogu „The Chemist”. Autorka stroni od tworzenia skomplikowanej intrygi, ale za to z uporem wraca do wątku romantycznego. Stara się oferować zakochanym jak najwięcej kradzionych chwil, tworząc sceny normalnego życia. Podczas gdy jeden z bohaterów poza kadrem wykonuje niebezpieczną misję, o której dowiadujemy się jedynie ze strzępków rozmów telefonicznych, główna bohaterka i jej ukochany przesiadują na farmie, która jest ich tymczasowych schronieniem i najwięcej czasu zajmuje im opieka nad psami oraz robienie maślanych oczu do siebie nawzajem. To bezczelny spoiler, ale musicie wiedzieć, co na was czeka, gdy sięgniecie po powieść opisywaną jako wciągającą i trzymającą w napięciu. Jak nietrudno zgadnąć, jakiekolwiek napięcie i dynamizm akcji zostały na tym etapie zarżnięte i później, tuż przed finałem, próbowano je wskrzesić. 

Czy wspominałam, że wielką rolę w powieści odgrywa romans? Uściślając, jest to instalove, czyli miłość nieposkromiona, nieokiełznana, natychmiastowa, od pierwszego wejrzenia, która uderza w bohaterów niczym piorun już przy pierwszym spotkaniu. Co prawda okoliczności ich zapoznania są nietypowe, ale najwyraźniej dla tej autorki nie istnieją okoliczności tak nietypowe, żeby nie dało się z nich stworzyć okazji do flirtu. Teoretycznie ten flirt mogłoby się udać, gdyby Meyer miała większe doświadczenie i sprawniej poruszała się po gatunku. Niestety, w tej relacji również brakuje napięcia, silniejszych emocji – ta miłość zupełnie nie przekonuje, a wręcz prowokuje pytania „po co autorka wplotła taki wątek? Co miała na myśli? Co miał on wnieść do historii?”. Myślę, że pisarka chciała na siłę połączyć dwie różne historie, zastosować swoje ulubione rozwiązania, ale to, co sprawdziło się w książce X, niekoniecznie sprawdzi się w książce Y, tak odmiennej gatunkowo. Pierwsza próba w roli szpiega skończyła się rozpaczliwym godzeniem tego, co znane z tym, co nowe. „The Chemist” byłoby lepsze, gdyby Meyer nie była taka „meyerowa” i lepiej przemyślała całą intrygę. Najwyraźniej jest to pisarka, która w każdym gatunku będzie szukała tego, w czym czuje się pewnie. O ile „Intruz” przez porównanie stał się lekkostrawnym romansem w konwencji SF, o tyle podobny eksperyment nie udał się w „The Chemist”. Tu ciężkostrawne jest wszystko: i romans, i ujęcie powieści szpiegowskiej. Uwielbienie dla Jasona Bourne’a może i jest niezłą inspiracją, ale to na pewno niewystarczający materiał na całą powieść. W ogólnym rozrachunku wyszło tak, że autorka miała jakiś tam pomysł na intrygę, wiedziała, jak chce zacząć i skończyć, ale pozostał jeszcze jeden malutki problem… Trzeba to ze sobą połączyć. Łatanie romansem i niczym konkretnym gigantycznych dziur w historii zaowocowało niemal pięćsetstronicową powieścią, która mogłaby być krótsza o 1/3 (albo i nawet więcej). To zabójcze dla thrillera i nie ratują tego naprawdę udane elementy, jak sceny walk czy działalność chemiczki Alex i cała otoczka związana z jej pracą.

Wypadałoby pochwalić Meyer za to, że próbuje czegoś nowego, ale zastanawiam się, dlaczego autorka nie próbuje swoich sił w gatunku, który najwyraźniej jest jej przeznaczony – romansie współczesnym. Widać, że w każdej historii dąży do miłości, że w budowaniu związanych z nią wątków czuje się najbardziej komfortowo. Moglibyśmy zaprzeczać, ale „Saga Zmierzch” miała w sobie to coś, co porwało tłumy i zaowocowało drugim fenomenem w postaci „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E.L. James. Nawet fani „Intruza” ciągle czekają na kolejne tomy, które niegdyś zapowiadano. „The Chemist”, mimo że jest przysłowiową inną bajką, nie ma w sobie tej samej iskry, która zainteresowałaby czytelnika, zaangażowała go w historię i pozwoliła jej trwać w kolejnych tomach.

______________

* Powieść, która mocno wciąga, trzyma w napięciu i nie można się od niej oderwać. Czytelnik w zawrotnym tempie przewraca kolejne strony, żeby dowiedzieć się, co dalej.