05.08.2016

„Harry Potter and the Cursed Child/Harry Potter i Przeklęte Dziecko" - John Tiffany, Jack Thorne, J.K. Rowling

Tytuł: Harry Potter and the Cursed Child
Autor: John Tiffany, Jack Thorne, J.K. Rowling
Wydawnictwo, rok wydania: Little Brown UK, 2016
Ilość stron: 344

Polskie wydanie
Tytuł: Harry Potter i Przeklęte Dziecko. Część 1-2
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania:[zapowiedź] 22.10.2016
Cena: 39 zł


~~***~~


Potter…

Potter, Potter.

Co my tu mamy?

Mamy tych, którzy okrzyknęli „Przeklęte dziecko” udanym powrotem do świata czarodziejów, a w opozycji do nich stoją twierdzący, że to tylko fanfiction niskich lotów. Burza emocji, jaka rozpętała się po premierze książki, nie jest niczym nadzwyczajnym, jeśli weźmiemy pod uwagę nerwowe oczekiwanie wiszące w powietrzu od dobrych kilku miesięcy. Dla wielu osób seria o Harrym Potterze jest kultowa, spędzili z nią niemalże 20 lat* i, tak jak ja, traktują ją jako nieodłączną część swojego dzieciństwa. O tym, że magia Harry’ego nie gaśnie, przekonałam się osobiście, w trakcie odliczania kolejnych minut w koszmarnie długiej kolejce, która rozciągała się wzdłuż ulicy tylko po to, by zawinąć się za rogiem i ciągnąć dalej. Nagini nie mogłaby się równać z takim wężykiem. Widziałam dorosłych, nastolatki i dzieci, widziałam kostiumy, których nie powstydziliby się prawdziwi czarodzieje, widziałam emblematy Hogwartu, okulary z charakterystycznymi oprawkami, różdżki, białe sowy i walizki. Wielu przypłynęło na fali nostalgii, inni dopiero stawiają pierwsze kroki w świecie magii. 

Owiana tajemnicą opowieść w końcu trafiła do moich rąk.

J.K. Rowling, John Tiffany i Jack Thorne to trio stojące za sztuką „Harry Potter i przeklęte dziecko: część 1 i 2”. Pisarka, reżyser i dramaturg (a nie jak zdarza się to przedstawiać machinie marketingowej – sama Rowling) odważyli się na ryzykowny eksperyment; słowa wieńczące siódmy tom serii „wszystko było dobrze” dla wielu czytelników były i nadal są definitywnym pożegnaniem z historią Pottera. Pozostali, po części z ciekawości, po części z tęsknoty za magicznym światem, postanowili zajrzeć do krainy-po-szczęśliwym-zakończeniu. Czy może być coś więcej? Czy powinno być coś więcej? 

„Przeklęte dziecko” podejmuje opowieść w tym samym miejscu, w którym skończył się epilog „Insygniów śmierci”. Dziewiętnaście lat spokoju… dobiegło końca. Nad światem czarodziejów ponownie zbierają się czarne chmury, a w centrum zamieszania, jak zawsze, znajdują się Potter, Granger, Wesley oraz Malfoy. Borykając się z pracą, problemami rodzinnymi i przeszłością, która tak naprawdę nigdy nie odeszła, zdają się nie zauważać, że ich pociechy wkroczyły w wiek, który, przynajmniej dla nich, był przełomowy. Nastoleni Albus Potter zmaga się z ciężarem rodzinnego dziedzictwa, którego nigdy nie chciał – tak samo, jak nie chce być porównywany ze swoim słynnym ojcem. Trudno stać w cieniu „tego Pottera”, szczególnie jeśli nie ma się zadatków na bohatera. Scorpius Malfoy również boryka się z rodzinnym dziedzictwem – a raczej plotkami na jego temat. Niepodobny do swojego ojca, który również zaznaczył swój ślad w historii Hogwartu, po raz pierwszy Malfoy jest tym, z którym nikt się nie liczy. Ich ścieżki przecinają się w zaskakującym punkcie, pociągając za sobą splot nowych przygód i dylematów, jednocześnie eksplorując dawne historie, których źródła kryją się głęboko w przeszłości. Bo gdy Potter i Malfoy chcą coś udowodnić, to nikt ich nie powstrzyma.

Nowe pokolenie wkroczyło do Hogwartu, a w ślad za nimi podążyło zło… 

Ósmy tom ma w sobie sporo z nostalgicznego spojrzenia wstecz pomieszanego z igraniem z ideą „co by było, gdyby…” – co by było, gdyby pewne wydarzenia potoczyły się inaczej, co by było, gdyby bohater X spotkał się z bohaterem Y, z kolei całość jest podlana pozornie nieskrępowanym fantazjowaniem na temat dorosłości ukochanego trio. Jak na kolejny tom przystało, opowieść jest zakorzeniona w Hogwarcie, niezmiennie będącym stałym punktem w losach bohaterów – tych nowych i tych starych. Autorom nie brakuje fantazji, a większość ich pomysłów sprawiała, że parskałam śmiechem. Szczególnie jednej dużej rewelacji nie dało się przyjąć na serio. Myślę, że w tym tkwi słaba strona „Przeklętego dziecka” – w dobie fanfiction nikogo nie dziwi dopisywanie nowych historii, łączenie w pary bohaterów i opowiadanie losów ich potomstwa. Jednak w przypadku opowieści określonej mianem oficjalnego ósmego tomu oczekiwałam czegoś więcej niż „kombinowania” i budowania osi opowieści wokół postaci, której życiorys jest jakby żywcem wyjęty z fanfiction nastoletniego czytelnika, niezbyt wprawionego w literackim rzemiośle. W przeciwieństwie do poprzednich siedmiu tomów, ósemka cechuje się bardzo nierównym poziomem. Mamy do czynienia ze zderzeniem magii Rowling z jakimiś dziwnymi, nie do końca udanymi pomysłami, jakby ilość i jakość bawiły się w przeciąganie liny i w ogólnym rozrachunku to ilość wygrała. W trakcie lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ta burza pomysłów nie była w wystarczającym stopniu przemyślana i uporządkowana. Część z nich można by zmienić, z części zrezygnować, bo w obecnej wersji ta kakofonia rozpisana na stronach „Przeklętego dziecka” nie jest czymś, co pasuje mi do stylu Rowling i tego, jak prowadzi historie. Jak pisałam wcześniej, „Przeklęte dziecko” na szczęście zawiera w sobie iskry dobrze znanej potterowskiej magii i to dzięki niej otrzymujemy dość oryginalną i wciągającą historię. Powiem szczerze, że nie chciałam się z nią rozstawać, nawet mimo tych niedociągnięć. Na kartach scenariusza co rusz odnajdujemy perełki w postaci nawiązań do poprzednich tomów, więc znajomość serii jest niezbędna. Ożywianie wspomnień sprawia, że łza się w oku kręci i na dodatek zyskujemy nową perspektywę na wydarzenia, o których myśleliśmy, że już niczym nas nie zaskoczą. Wyobraźnia czytelników nabiera barw kilkukrotnie w trakcie lektury, ale w moim przypadku fantazjowanie pobudził w szczególności wątek poświęcony alternatywnej rzeczywistości. Choć niejednokrotnie, szczególnie w ostatnich tomach, seria mierzyła się z tematem mroku i zła, to ósmy tom pozwolił zajrzeć nam do świata, który przeraża i jeży włosy na głowie, ale także… ciekawi. Nie mogłam oprzeć się myśli, że chciałabym poczytać coś więcej na ten temat, chciałabym, by Rowling napisała o nim osobną powieść. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ryzykowne myślenie, ale wizja alternatywnego tomu, utrzymanego w takim klimacie… kusi.

Niezaprzeczalnie kryje się w „Przeklętym dziecku” potterowski klimat, ale nie wiem, czy jest go wystarczająco dużo, by móc z lekkim sercem powiedzieć „tak, to godny ósmy tom!”, bo „Przeklęte dziecko” godną kontynuacją serii bywa – we fragmentach dialogów, niektórych interakcjach pomiędzy bohaterami, kreacji postaci (absolutnie cudowny Scorpius, do którego należy ten tom), zdaniach, które brzmią jak sentencje spod pióra Rowling czy opowieściach, które po raz kolejny rzucają swój czar. Jednak czy tylko częściowy powrót do domu, jak wielu fanów nazywa Hogwart, jest grą wartą świeczki? Umysł mówi nie, ale napędzane nostalgią serce twierdzi, że było warto, nawet dla tych kilku chwil, jeśli nie dla całości. Można sobie tylko wyobrażać, ile zyskuje ta historia, gdy zostaje wzbogacona o kostiumy, muzykę, scenografię, efekty specjalne, grę aktorską; wszystko, co składa się na magię teatru, z którą mogą obcować szczęśliwcy. Jeśli pojawi się nagranie sztuki na DVD, będę ostatnią, która krzyknie „skok na kasę”, a pierwszą, która je kupi. Bo kto nie chciałby zobaczyć westendowej sztuki?

Nie da się ukryć, że świat Pottera to świetny biznes. Czerpiąc informacje z Pottermore, możemy dowiedzieć się, że oprócz Special Rehearsal Edition, czyli pierwszej wersji scenariusza, zostanie opublikowane także wydanie Definitive Edition, czyli wersja finalna. W 2017 roku, z okazji dwudziestolecia „Kamienia filozoficznego” na brytyjskim rynku pojawią się cztery wydania pierwszego tomu – każde wydanie związane z jednym z domów Hogwartu. Reedycja „Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć” zyska bonusowy materiał, ponadto dzięki nowym edycjom drugie życie zyskają „Quidditch przez wieki” i „Baśnie barda Beedle'a”. 

Czy naprawdę jest nam to potrzebne?

Kilka godzin później, gdy mijałam tę samą księgarnię, kolejka do kas nadal wyglądała imponująco, a tworzyli ją ciągle pojawiający się, nowi czytelnicy.

_________
*pierwsze wydanie (brytyjskie) powieści „Harry Potter i kamień filozoficzny” pojawiło się na rynku w 1997 roku.

26.07.2016

„Never Never: tom 1-3” - Colleen Hoover, Tarryn Fisher [przedpremierowo]

Tytuł: Never Never. Tom 1-3
Autor: Colleen Hoover, Tarryn Fisher
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Data wydania: [zapowiedź] 03.08.2016
Ilość stron: ok.382
Cena: 32,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Otwarte
Kup książkę na [Znak.com.pl] albo [Empik.com]


Nie ma chyba nic bardziej ekscytującego, budzącego dreszczyk emocji, od zagłębiania się w historie zbudowane na utracie pamięci. Podczas gdy bohater walczy o odzyskanie swojej przeszłości, czytelnik bądź widz próbuje oddzielić prawdę od złudzeń, drobne kłamstewka od niebezpiecznych kłamstw. To walka podszyta niepokojem i im bardziej jasna staje się sytuacja, w tym głębszym mroku tonie człowiek – czasem jest ofiarą, której umysł próbuje wyprzeć traumę, czasem jest zbrodniarzem, który próbuje odepchnąć od siebie konsekwencje popełnionego czynu. Cokolwiek czeka na końcu tej drogi i od czego właściwie wszystko się zaczęło, nie na darmo mówi się, że to niewiedza jest błogosławieństwem. Jednak jak można być sobą, gdy po spojrzeniu wstecz widzimy jedynie ciemność? Ludzka ciekawość nie pozwoli spocząć, nie w takiej sytuacji. Zaczynamy szukać, odtwarzać swoje kroki, łączyć wskazówki. Paragony, smsy, zdjęcia, echa wspomnień wywołane dźwiękiem bądź zapachem; czepiamy się kurczowo skrawków przeszłości. Co ma znaczenie? Co nie ma znaczenia? Kto nas widział, z kim byliśmy? A jeśli ktoś nas okłamuje? Jeśli okłamujemy sami siebie? Manipulacje, zacieranie śladów i błądzenie po omacku we własnej głowie.

Memento, Dziewczyna z pociągu, Zanim zasnę

Nie brzmi to jak historia, w której mogłaby się odnaleźć Colleen Hoover; ona przecież skradła moje serce stworzonymi przez siebie opowieściami o miłości. Wystarczył jednak zły wpływ Tarryn Fisher, która stworzyła cudownie toksycznych bohaterów w serii Love Me With Lies, by przeciągnąć Hoover na ciemną stronę mocy. Zaprzyjaźnione pisarki połączyły to, co najlepsze w ich twórczości – obydwie piszą o sile uczuć, choć na co dzień gustują w odmiennej atmosferze. Czy to znaczy, że młodzieżowa trylogia Never Never nie ma absolutnie żadnych wad? Przede wszystkim to jedna z tych książek, która wywiera tym większe wrażenie, im mniej się o niej wie przed rozpoczęciem lektury. Podstawowa informacja, która absolutnie wam wystarczy, brzmi: nastoletni Charlie i Silas pewnego dnia tracą pamięć. Ona nie wie, kim on jest, a on jej nie pamięta. Udaje im się ustalić, że niegdyś byli parą, a kolejne odkrycia są coraz bardziej złowieszcze, prowadząc ich uliczkami Nowego Orleanu… Wplątali się w coś, co sprawiło, że ich umysły wyrzekły się pamięci. Enigmatyczne? Jak dwie z trzech części Never Never. W historie-układanki, które polegają na odkrywaniu i dopasowywaniu poszczególnych elementów, najlepiej wkraczać tak, jak wkraczają do niej bohaterowie – z dużą dozą nieświadomości i w nerwowym oczekiwaniu na to, co się wydarzy. Wtedy, niczym trzeci bohater, jesteśmy możliwie najbliżej tego, by poczuć na własnej skórze to, co czują postacie. A emocji nie brakuje! Podsycane przed dramatyczne zwroty akcji, atmosferę gęstą od niedopowiedzeń oraz z rozmysłem dawkowane informacje, tworzą wir, który wciąga i nie puszcza. Trudno przerwać lekturę Never Never, każdy moment jest zły, bo zawsze jesteśmy na skraju nowego odkrycia, które popycha nas w stronę kolejnego rozdziału. Miałam ochotę rwać włosy z głowy, ilekroć musiałam odłożyć książkę i powrócić do rzeczywistości.

Igranie z (nie)pamięcią nie jest niczym nowym w literaturze i kinematografii, ale to na tyle wdzięczne zagadnienie, że twórcy są w stanie co rusz nas zaskoczyć. Duet Hoover & Fisher rusza z kopyta i nie zwalnia tempa, mieszając perypetie bohaterów z rodzinnymi tajemnicami i podrzucając rozmaite pomysły na to, co im się przydarzyło: czy można to racjonalnie wytłumaczyć, czy może wpływ mają zjawiska paranormalne? Wyparli to jako ofiary czy przestępcy? Co się stało?! CO DALEJ?! Te myśli powracają natrętnie, pobudzając wyobraźnię. Główkujemy razem z Charlie i Silasem, jednocześnie obserwując zachodzące w nich zmiany. Dwie perspektywy pozwalają nam zajrzeć do ich umysłów, które wraz z kolejnymi odkryciami ulegają metamorfozie. Ciekawie wykreowane postacie zyskują świadomość i próbują odnaleźć się pomiędzy dawnym a nowym „ja” i szukają odpowiedzi na pytanie: co oznacza bycie sobą? Czy można „być sobą” na więcej niż jeden sposób? Muszą również zmierzyć się z konsekwencjami czynów popełnionych przez dawnych Charlie i Silasa…

Never Never to nie tylko ekscytująca wyprawa w głąb przeszłości, ale także opowieść o miłości. W tym elemencie chyba najmocniej uwidacznia się ręka Hoover. Można by pomyśleć, że romantyczna historia z dreszczykiem raczej nie ma racji bytu, a jednak takie połączenie świetnie się spisuje. Groza nieświadomości i rozpaczliwy wyścig z czasem przeplatają się z uroczymi scenami podkreślającymi siłę nastoletniego uczucia, co rozczula i urzeka. Wspólne zmagania zbliżają do siebie, a czyhające za zakrętem zagrożenie nadaje wyrazistości wątkowi romantycznemu. Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że złowieszcza Tarryn i kochliwa Colleen naprawdę dobrze się spisały.

Niebanalny wpływ na klimat powieści ma miejsce akcji. Nowy Orlean w dużej mierze budzi dość upiorne skojarzenia. Mogę tylko za to winić serial American Horror Story: Coven albo również rozgrywającą się w Luizjanie Klątwę Jessabelle. Autorki są świadome potencjału tkwiącego w popkulturowym obrazie miasta i odwołują się do niego, choć nie opierają się na nim w pełni. Widzimy turystyczny Nowy Orlean, widzimy ten niepokojący, pełen przemykających cieni i chcemy zobaczyć jeszcze więcej. Naprawdę nie miałabym nic przeciwko, gdyby autorki jeszcze dłużej wodziły nas za nosy, bo nieczęsto zdarzają się w najnowszej literaturze młodzieżowej tytuły, które w taki sposób łączą romans z dreszczowcem. Ten dodatkowy czas również przydałby się autorkom do uporządkowania i zamknięcia wszystkich wątków, bo niektóre z nich urwano, choć zapowiadały się naprawdę obiecująco. Dwie części rozbudziły potworny apetyt, a część trzecia, choć sycąca, pozostawiła miejsce na mały deser, którym mogłyby być dwa, góra trzy dodatkowe rozdziały. 

Gdy myślę o Never Never, do głowy przychodzą mi trzy słowa: tajemnicza, nieszablonowa, uzależniająca. Jest to jedna z tych powieści, dla których można, ba, nawet trzeba! zarwać noc. Trudno zasnąć, gdy w głowie buzują domysły, a adrenalina krąży we krwi. Never Never to jazda bez trzymanki w kompletnych ciemnościach: nie masz pojęcia dokąd zmierzasz i co się stanie. 

Rzucam Ci wyzwanie: przerwij lekturę w połowie książki i nie myśl o losach Charlie i Silasa. Założę się, że nie dasz rady.