3 sty 2018

Światło w cichą noc. Willa pod Kasztanem tom 1 - Krystyna Mirek

Tytuł: Światło w cichą noc. Willa pod Kasztanem tom 1
Autor: Krystyna Mirek
Wydawnictwo, rok wydania: Edipresse, 2017
Ilość stron: 376
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Książkę do recenzji udostępniło Wydawnictwo Edipresse


Zwyczajny cud świątecznego dnia

Wigilijne wspomnienia niosą ze sobą zazwyczaj rodzinne ciepło, radość i bliskość. Jednak Magda Łaniewska zachowała w pamięci zupełnie inne chwile. Odkąd jako dziecko straciła rodziców w wypadku w wigilijny dzień, razem z braćmi każde święta Bożego Narodzenia spędza na egzotycznych wakacjach. Choinka, dekoracje, śnieg są dla niej symbolami najgorszego wieczoru w życiu. Jednak w tym roku wszystko ma się zmienić: Magda planuje kolację wigilijną dla rodziny swojego narzeczonego, Konstantego. Chce raz na zawsze odczarować ten dzień, by móc zrealizować marzenia o własnej kochającej rodzinie. Z pomocą braci rzuca się w wir przygotowań, korzystając z doświadczenia swojej sąsiadki, babci Kaliny. Tymczasem w życiu Kaliny pojawia się nieoczekiwany gość – dorosły już wnuk, Antek Milewski, wskutek prywatnych zawirowań musi rozpocząć swoje życie na nowo, jednak nie może tego zrobić, dopóki nie rozwiąże dręczącej go tajemnicy związanej z ojcem. Szukając odpowiedzi, przekonuje się, jak wiele niedopowiedzeń tkwi w przeszłości jego rodziny. Atmosferę świąt czuć również u Mirskich, gdzie nad domowym ogniskiem czuwa mama Konstantego, Dorota. Piękny dom, piękna rodzina i piękne Święta są jej dumą, od lat budząc podziw otoczenia. Nie mogłaby pragnąć niczego więcej… prawda? Tej Wigilii wszyscy przekonają się, że świąteczne cuda miewają różne oblicza.

Spoglądając na okładkę powieści, a dokładniej na jej tytuł, nie można mieć chyba bardziej świątecznego skojarzenia niż to związane z kolędą „Cicha noc”. I takie też jest całe „Światło w cichą noc” – oparte na dobrych skojarzeniach związanych z Bożym Narodzeniem, na melodiach, które znamy i lubimy. Zaśnieżone ulice, migotanie choinkowych lampek, gotowanie świątecznych potraw, wyszukiwanie prezentów dla najbliższych. I rodzinne tradycje, wspólne wieczory. Bo „Światło w cichą noc” to przede wszystkim uwaga poświęcona rodzinie – bliskiej i tej dalekiej, utraconej, nieobecnej, tej, którą próbujemy stworzyć, której się uczymy, którą znajdujemy w najmniej oczekiwanych osobach, tej perfekcyjnej, wymarzonej, zwyczajnej. Krystyna Mirek pochyla się nad kilkoma rodzinami, których losy przeplatają się, poprzez troski i problemy dążąc do szczęścia. W końcu nie da się opowiedzieć o świętach Bożego Narodzenia, w ten czy inny sposób nie poruszając tematu rodziny i w „Świetle w cichą noc” to właśnie te rodzinne wątki, czy to poświęcone Dorocie, przyszłej teściowej Magdy, czy zmarłemu ojcu Antka, są najciekawsze. One próbują odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę stanowi sedno rodziny, szczęśliwej rodziny, nawet gdy rodzice i dzieci postrzegają to szczęście inaczej. I czy tam, gdzie rodzice ponieśli porażki, ich dzieci będą w stanie zbudować coś trwałego i pewnego? Na szczególną uwagę zasługuje wspomniana już postać Doroty Mirskiej, za której sprawą autorka porusza dość trudny, ale ważny temat. Raczej nie spodziewalibyśmy się go w świątecznej opowieści, która z założenia ma opowiadać o cudach i podnosić na duchu. Dla wielu z nas rodzina jest cenna, żeby nie powiedzieć – najcenniejsza i nie wyobrażamy sobie Świąt spędzonych inaczej, niż tylko w gronie najbliższych. Cenimy sobie ciepło rodzinnego domu bądź nawet sami je kreujemy. Ale czy mamy pewność, że każdy członek rodziny czuje to szczęście i ciepło? A może to tylko pozory? Być może po „Światło w cichą noc” sięgnie wiele kobiet, takich jak Dorota, które nie tylko utożsamią się z bohaterką, ale i uświadomią sobie, że ich sytuacja nie jest sytuacją bez wyjścia – nawet jeśli prowadzi do niego metoda małych kroków. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby autorka położyła większy nacisk na wątek Doroty. Opowieści o dziewczynach takich jak Magda jest wiele, a dla sporej grupy czytelniczek, ich mam, babć, koleżanek, sióstr, ciotek i reszty kobiecego grona być może to właśnie Dorota stanie się tą najważniejszą bohaterką. Melodie, które znamy i lubimy, pojawiają się za to w warstwie fabularnej – szczególnie znają je czytelniczki polskich lekkich powieści obyczajowych. Nie brakuje książek poświęconych powrotom do domów i rodzinnym tajemnicom ukrytym w ich ścianach, drugim szansom i miłości, która spada na bohaterów jak grom z jasnego nieba (choć my od początku wiemy, między kim zaiskrzy). Tych rozwiązań nie brakuje również w „Świetle w cichą noc”. Rzeczywiście jest to powieść mocno polegająca na sprawdzonych schematach, jednak tak naprawdę trudno mieć o to pretensje, bo historie, które określa się mianem „ogrzewających serca” czy „rozgrzewających niczym herbata” rządzą się swoimi zasadami, już na wstępie sygnalizując, z czym będziemy mieli do czynienia. Są jak melodie, które lubimy, bo znamy, parafrazując znane powiedzenie.

„Światło w cichą noc” jest pierwszym tomem serii „Willa pod Kasztanem”, więc nie dziwi to, że autorka potraktowała poszczególne wątki niczym otwarte furtki, przez które jeszcze raz (i pewnie nie ostatni) przejdą bohaterowie. Jednak nawet mając „Światło o poranku” na horyzoncie, nie można zignorować tego, że powieści brakuje pewnego… konkretu. Opisana weń historia stanowi wprowadzenie do losów bohaterów i z tym pozostawia czytelnika; nie otrzymujemy żadnego rozstrzygnięcia i gdyby nie narzucona akcji świąteczna rama, która poniekąd wymusza finał w wigilijny czas, powieść nie miałaby żadnego własnego „naturalnego” zakończenia. Nie jest to cliffhanger, który trzyma w niepewności i wprost zmusza do sięgnięcia po kontynuację – jest to raczej przerwanie historii w takim a nie innym punkcie ze względu na świąteczną konwencję, a co za tym idzie, nie wzięto pod uwagę tego, co się wydarzyło, co właśnie trwało, a do czego w ogóle nie doszło. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wiele ważnych decyzji (szczególnie związanych z rodziną narzeczonego Magdy) rozegrało się gdzieś za kulisami, gdzie zepchnęły je elementy, które nie powinny być aż tak znaczące (jak kreacja postaci Bartka, którą świetnie można by zaznaczyć bez poświęcania jej aż tyle uwagi). „Światłu w cichą noc” brakuje takiego zwieńczenia, punktu, który z jednej strony zamknąłby stary rozdział w życiu bohaterów, ale z drugiej otworzył nowy etap. Autorka zatrzymała ich właśnie przed tym punktem, nie stawiając kropki nad „i”. Mam wrażenie, że bohaterowie wejdą w Nowy Rok ze starymi problemami, ale za to „Światło o poranku” dobitniej zaznaczy zmiany zachodzące w ich życiu.

Powieść Krystyny Mirek wpisuje się w trend świątecznych opowieści, które mają wprowadzić nas w odpowiedni nastrój, jednocześnie oferując chwilę wytchnienia w tym pracowitym okresie. Jak na opowieść bożonarodzeniową przystało, nie brakuje w niej cudów zwykłego dnia, miłości, bliskości ciepła, a także mnóstwa dobrego jedzenia, którymi okraszono nie zawsze łatwe perypetie mieszkańców Willi pod Kasztanem. Jednak nie jest to lektura tylko na Święta czy tylko na zimę – życiowe problemy i rozterki nie poddają się przecież zmianom pór roku, a drzwi do domu babci Kaliny stoją otworem przez cały rok.   

27 lis 2017

Artemis - Andy Weir


Tytuł: Artemis
Autor: Andy Weir
Wydawnictwo, rok wydania: Akurat, 2017
Ilość stron: 416
Cena: 39,90 zł


~~***~~


Marsjanin ustawił poprzeczkę zbyt wysoko.

Nic dwa razy się nie zdarza i w tym przypadku nie zdarzył nam się drugi Mark Watney. Co prawda główna bohaterka Artemisa, Jazz, bardzo starała się oddać charakter Watneya i jego zamiłowanie do humorystycznych wstawek, ale trudno nazwać ją kobiecą wersją Marka – brakuje jej tej iskry, która sprawiła, że cały świat z zapartym tchem obserwował perypetie kosmicznego Robinsona Crusoe.

Pisząc, że nie zdarzył nam się drugi Mark Watney, nie zdradzam tutaj swoich oczekiwań, by otrzymać drugiego Marka. W końcu powtórka z rozrywki jest tylko powtórką z rozrywki. Oczekiwałam raczej niepowtarzalnego, równie nietuzinkowego bohatera i wciągającej historii. Chciałam drugiego Marsjanina pod kątem poziomu, nie pod kątem recyklingu pomysłów. Jazz mogłaby być kimś zupełnie innym, składać się z zupełnie innych cech, nawyków i zdolności, i nadal być interesującą postacią. Chodzi mi raczej o fakt, że najwyraźniej sam Weir próbował stworzyć kogoś na kształt swojego pierworodnego. Jazz jest piekielnie inteligentna, w mig przyswaja nowe informacje i eksperymentuje, niemal na poczekaniu wymyślając rozwiązania nierozwiązywalnych problemów. Wszyscy pamiętamy wykłady Marka dotyczące chemii, fizyki, biologii i mnóstwa innych dziedzin, które towarzyszyły jego karkołomnym planom w walce o przetrwanie. W przypadku Jazz, części naukowej jest nieco mniej, ale nadal poświęcamy sporo czasu na przyswojenie informacji dotyczących życia na Księżycu, funkcjonowaniu Artemisa i kosmicznych technologii, chemii, fizyki… Wszystko przydaje się w walce o fortunę. A potem o przetrwanie. I gdyby tylko ta wiedza i inteligencja łączyła Jazz z Markiem, to właściwie nawet nie byłoby problemu. Jednak jeśli dodamy do tego charakterystyczne rysy, zadziorność i poczucie humoru rodzące niewybredne komentarze, trudno oprzeć się wrażeniu, że Weir chciał powtórzyć sukces formułą na bohatera. Nie do końca mu się to udało, bo o ile Mark w pojedynkę dźwigał historię na swoich barkach, o tyle w wykonaniu Jazz nie robi to takiego wrażenia. Dziewczyna ma tupet i swój urok, jej głos raczej bezboleśnie przeprowadza nas przez historię, ale z jakiegoś powodu kompilacja podobieństw obudziła nieco inne odczucia, tworząc bohaterkę, która nie zapada w pamięć. Gdzie leży problem?

Przede wszystkim chciałabym zobaczyć, jak autor buduje nowego głównego bohatera, nowe spojrzenie, poprzez które poznamy historię. Być może chodzi też o fakt, że ten sam portret postaci sprawdza się zupełnie inaczej, gdy osadzimy go w dwóch różnych konstrukcjach opowieści. W Marsjaninie Mark miał dwa wyjścia – ze wszystkich sił utrzymać hart ducha albo załamać się i umrzeć. Humor stanowił rodzaj szalupy ratunkowej, Mark w większości mówił do siebie, a jego monolog objaśniał czytelnikowi kolejne działania oraz przedstawiał sposób myślenia bohatera. Jazz nie działa w pojedynkę, bo niemal cały czas ktoś jej towarzyszy i obserwujemy jej interakcje z innymi, co w połączeniu z jej usposobieniem wypada dość… dziwacznie. Jakby starała się za bardzo, przez co wszystko wydaje się takie wymuszone. To, o czym pomyślałby Mark, Jazz bez ogródek powiedziałaby do losowo wybranego bohatera. Ciekawe, że to, co sprawdziło się w wewnętrznym monologu, wypada dość drętwo w dialogu. Może zabrakło tego filtra między umysłem Marka a ustami Jazz?

Historia Jazz skupia się na podejrzanym planie mającym jej przynieść fortunę, a który zamienia się w kosmiczną intrygę z ofiarami śmiertelnymi na koncie. I to nie jest zła historia, a nawet powiedziałabym, że filmowcy już zacierają ręce. Ma wszystkie elementy, które składają się na dobrze naoliwioną maszynę. Mamy wyścig z czasem, karkołomne główkowanie, by skok się udał, dzielnych pomocników, starających się ubarwić akcję, interesujące, nietuzinkowe miejsce akcji i… sporo informacji na temat spawania. Weir jak zwykle nie zawodzi, jeśli chodzi o naukowo-techniczną stronę powieści. Niektórzy uważają, że tych informacji jest wręcz za dużo, mają przesyt, ale osobiście uważam je za wielki plus. Wszelkie szczegóły, niuanse, wiadomości dotyczące funkcjonowania na Księżycu budują wręcz namacalny świat, który działa według konkretnych zasad. Tym sposobem Weir podbił Marsa, a teraz Księżyc.

Niestety, ale widać spadek, jeśli chodzi o poziom trzymania czytelnika w napięciu. Nie przypominam sobie ani jednej chwili, w której moje serce zabiłoby mocniej albo w której drżałabym o los bohaterów. Choć nie brakuje groźnych sytuacji i śmierci wiszącej nad postaciami (na Księżycu, tak samo jak na Marsie, dużo rzeczy może pójść nie tak), to trudno o większy zastrzyk adrenaliny. Problem leży w tym, że my wiemy, że pewnym osobom nic się nie stanie, bo to Typowa Formuła Amerykańskiej Historii - zabili go i uciekł z największych opałów, uratował świat i nawet nie urwało mu ręki. Ani nogi. Mózgu na ścianie też nie było. Znając tak dobrze ten scenariusz, Weir nie musiałby urabiać się po łokcie, by wprowadzić jakiekolwiek zmiany, jednak zdecydował się podążyć znaną ścieżką. Nie znaczy to, że Artemis nie oferuje żadnej rozrywki – to poprawna powieść, która na pewno uprzyjemni kilka czytelniczych godzin. W trakcie lektury bawiłam się dobrze, ale nie wyśmienicie; sęk w tym, że w swojej poprawności Artemis nie wyróżnia się zbyt mocno. To książka, o której można powiedzieć, że jest ok, ma kilka świetnych momentów, ale wylądowała po ciemnej stronie, przyćmiona Marsjaninem. Trzyma się całkiem przyzwoicie na własnych nogach, tyle że my wiemy, że autora stać na więcej. Tytuł zmuszony do spełnienia oczekiwań narzuconych przez poprzednika, nie dał sobie rady w konfrontacji.

Trudno nie patrzeć na twórczość Weira przez pryzmat jego debiutu, trudno nie porównywać tych dwóch tytułów, szczególnie biorąc pod uwagę łączące je podobieństwa. Trudno nie odnosić się do Marsjanina, skoro autor tak bardzo postarał się, byśmy nie mogli opędzić się od skojarzeń. Artemis nie jest drugim Marsjaninem, szkoda tylko, że w dużej mierze zdecydował się różnić od niego wadami.